Andromeda - Anna Kasiuk - ebook + książka

Andromeda ebook

Anna Kasiuk

4,2

Opis

Ważne, by umieć przegrywać z godnością i nauczyć się wygrywać z pokorą.

Judyta, inteligentna i piękna uczennica maturalnej klasy, ma wszelkie warunki ku temu, by błyszczeć w towarzystwie, a jednak uparcie trzyma się na uboczu. Napięcie wokół dziewczyny przybiera na sile, kiedy nauczycielka zadaje uczniom projekt, a Judyta ma go przygotować w parze z najprzystojniejszym uczniem, kapitanem drużyny koszykarskiej, z którym chodzi Ola. Bieg wydarzeń gwałtownie przyspiesza, gdy okazuje się, że Szymona i Judytę łączy o wiele więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać – namiętność, przeszłość i związane z nią tajemnice…

Książka jest doskonale przemyślana, napisana tak pięknie, że nie sposób oderwać się od lektury. Mimo że opowiada o postaciach, które dopiero niebawem wejdą w dorosłość, tę historię powinien przeczytać każdy!
Magda Zimna, czytamybokochamy.blogspot.com

Andromeda to książka opowiadająca po prostu o życiu. Anna Kasiuk napisała świetną powieść, która spodoba się zarówno nastolatkom, jak i dorosłym czytelnikom. Polecam!
Ewelina Nawara, www.myfairybookworld.pl

Ująć w słowa wielowymiarowość ludzkiego wnętrza nie jest sprawą prostą, ale Annie Kasiuk z pewnością udało się to zrobić. Historia stworzona jej piórem to mądra opowieść o trudnych wyborach i konsekwencjach raz podjętych decyzji. Gorąco polecam.
Wioleta Sadowska, subiektywnieoksiazkach.pl

Anna Kasiuk – zodiakalny Koziorożec, domatorka, miłośniczka przyrody zakochana w krajobrazie polskich gór i Mazur. Autorka bloga „Świat równoległy Anny Kasiuk”. Od lat pielęgnuje swoją pisarską pasję, czego efektem są powieści: „Piąte – nie zabijaj”, „Lewy brzeg”, „Mroki Łowisk”, „Jagoda” , „Za zakrętem” i antologia „Pensjonat pod świerkiem”.
Prywatnie żona i mama trójki temperamentnych dzieciaków, a także właścicielka dwóch kotów i psa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG

Pamiętam, że było zimno. Tamtego roku zima trwała naprawdę długo, ciągle padał śnieg, a nam, jakby całej tej przeklętej pogody było mało, popsuł się samochód, dlatego musiałam chodzić na przystanek autobusowy oddalony od naszego domu o jakiś kilometr. Niby nie jest to daleko, ale kiedy mroźny wiatr smaga twarz, a śnieg sypie w oczy, taki kilometr zdaje się wydłużać z każdym przebytym krokiem. Zupełnie jak w horrorach, kiedy bohaterowie, zamiast przybliżać się do zbawiennego wyjścia z trudnej sytuacji, oddalają się od niego. Szczerze mówiąc, tamtego roku przestałam lubić zimę. Nie pamiętam niczego poza wiatrem, widokiem stojącego na podjeździe zasypanego samochodu i pustki, która wypełniła zimny i cichy dom. A jednak tęsknię za tamtym czasem. Minął już ponad rok.

Teraz w naszym domu jest ciepło, samochód mamy nowy, ogień w kominku strzela, bo tata nie szczędzi drewna, a ja tęsknię. I naprawdę, gdybym wiedziała, że można to zrobić – bez względu na konsekwencje czy cenę, jaką miałabym zapłacić, zrobiłabym zupełnie wszystko, aby cofnąć czas. Chodziłabym na przystanek bez zbędnego narzekania, wracałabym do domu zadowolona i nie robiłabym tych wszystkich niepotrzebnych rzeczy, które przychodziły mi wtedy do głowy! Gdybym tylko mogła wrócić do zimy sprzed roku. Ale nie mogę. Często zdarza mi się stać wieczorami w oknie, wsłuchiwać się w ciszę i patrzeć na drogę ciągnącą się od naszego domu, ostatniego przy ulicy Czarujący Zakątek, w stronę miasteczka. Wyobrażam sobie czerwone światła naszego samochodu i majaczące wewnątrz sylwetki moich rodziców jadących do szpitala. I tak bardzo wierzę, że tym razem wrócą do domu, mama przygotuje kolację, a tata będzie zerkał na zegarek i odliczał czas do wyjazdu w trasę swoim tirem.

Niestety. Nie mam władzy cofania czasu. Nie mam takiej mocy, która umożliwiłaby mi siłą woli cofnąć się aż do tamtego wieczora.

Czternaście miesięcy temu umarła moja mama. Miała dopiero czterdzieści dwa lata, jednak powikłania po niewyleczonej grypie bezpowrotnie zgasiły świecę jej życia. Tata zostawił mnie w domu samą i czuwał przy niej. Przez dwa dni, najdłuższe dwa dni oczekiwania, jakie dotąd przyszło mi przeżyć. A ona umierała, z dala ode mnie. Bez względu na to, jak gorąco modliłam się o jej życie i ile obietnic złożyłam Bogu w zamian za to, by mi ją oddał.

Do tej pory pamiętam dźwięk mojej komórki, która zadzwoniła rano. Szykowałam się do szkoły, złorzecząc, bo na dworze wciąż padało, a ja musiałam wędrować ten przeklęty kilometr na przystanek autobusowy. Narzekałam i szczerze się za te narzekania nienawidziłam. Teraz wiem, że tak reagowałam na stres, jakim było dla mnie to oczekiwanie. Sięgnęłam po telefon i słuchałam dobiegającego po drugiej stronie chlipania mojego taty. Wiedziałam, z czym do mnie dzwonił. Czułam to, zanim jeszcze brzęczący dzwonek mojej komórki rozbrzmiał w domu.

– Judi, zostaliśmy sami. Mama odeszła.

Cisnęłam telefon na łóżko i wybiegłam przed dom. Śnieg padał zupełnie tak samo, wiatr z niesłabnącym zapałem wdzierał się pod mój sweter, a ja stałam, wpatrując się w okolicę. Być może z nadzieją, że coś się ze mną stanie, bo zupełnie nie wyobrażałam sobie przyszłości. To był ostatni dzień mojej beztroski i młodości. Zerwałam ze starym towarzystwem, przemalowałam pokój, skuliłam się w sobie i zarzuciłam na ramiona ciężką kamizelkę wyrzutów sumienia. Musiałam być silna, żeby mój tata miał siłę. Potrzebował mnie tak samo mocno, jak ja potrzebowałam jego.

I

Marzec to chyba najpiękniejszy miesiąc w roku, myślała Judyta, przemierzając odległość ponad kilometra, dzielącą ją od przystanku autobusowego. Każdego ranka wstawała godzinę wcześniej, bez względu na panującą za oknem aurę. A im gorsza pogoda ją witała, tym głębiej oddech wdzierał się w jej płuca, tym wyżej podnosiła głowę i z tym większym zapałem szykowała się do szkoły. Ubiegłej zimy straciła mamę, a więc wszystko, co było dla niej ostoją, poczuciem bezpieczeństwa i miłością. Poza tatą, oczywiście. Wtedy też podjęła decyzję o zmianach, jakie muszą nastąpić w jej życiu. Skończyła ze spędzaniem czasu w grupie aspołecznych odludków, którzy stanowili większość klasy, przestała w ogóle wychodzić z domu. A właściwie lepiej byłoby stwierdzić, że wróciła do domu. W końcu jednak, wciąż odczuwając wokół siebie pustkę i tęsknotę za życiem, które bezpowrotnie utraciła, postanowiła pójść jeszcze dalej i zmieniła szkołę. Tym sposobem odsunęła od siebie wspomnienia na tyle, na ile jej codzienność na to pozwalała. Ten rok miał upłynąć pod znakiem nauki. Judyta chwyciła leżącą na kanapie w salonie kurtkę, zrzucając z niej psa Jaśka, i cmoknęła pospiesznie koty – Gucia i Maję – przeciągające się i pomrukujące z niezadowoleniem. Miała tylko pół godziny, by zdążyć na autobus, który woził ją każdego ranka na drugą stronę miasteczka do liceum, które w tym roku kończyła.

Marzec jest najpiękniejszym miesiącem w roku, powtórzyła w myślach, rozglądając się wokół. Niby zwiastuje nadejście wiosny, w powietrzu czuć już delikatne sygnały budzącego się gdzieś w zakamarkach pobliskiego lasu ciepła, a jednak wciąż dmie chłodem i dotyka złośliwymi palcami mrozu, kiedy tylko pozostawi mu się odrobinę nieokrytego ciała. Uśmiechnęła się pod nosem. Marzec, jak nadzieja, jak niemowlę, bezradnie skrobie mrozem okna, a popołudnia halką ciepła okrywa…

Jej komórka zadrżała w kieszeni. Sięgnęła po nią pospiesznie i przycisnęła ramieniem do ucha, wyciągając równocześnie długopis i zeszyt, w którym zwykle notowała strzępy swoich myśli. Kiedyś ułożę z nich opowieść, mawiała, gdy przygotowywały z mamą obiad. Wymyślę pochłaniającą fabułę i wydam książkę. To będzie ślad, jaki po sobie pozostawię, mamo, powtarzała z zapałem.

– Cześć, tato! – Jak nadzieja, jak niemowlę… Notowała gorączkowo.

– Cześć, Judi. Biegniesz na autobus? O, nie masz już wiele czasu. Zaspałaś?

Tata każdego ranka budził ją do szkoły. Przypadł mu w udziale trudny czas wychowywania dorastającej córki. Sam wiecznie w drodze, robił wszystko, by być najlepszym ojcem na świecie, co tylko pozornie było jego obowiązkiem. Judyta miała dziewiętnaście lat, wiele w swoim młodym życiu spróbowała i czasem to ona zajmowała się ojcem, tak jakby była mu potrzebna opieka. Ale nie przeszkadzało jej takie odwrócenie ról. Traktowała je jako pokutę za popełnione w życiu błędy.

– Nie, nie zaspałam. Trochę mi zeszło, bo Gutek przyniósł kleszcza i musiałam go zoperować.

– Poważna sprawa. Udało się?

– Tak. To chyba tysięczny kleszcz, jakiego mu wyjęłam, tato.

– No tak, zapomniałem, że jesteś teraz nie ­tylko gospodynią, ale i domowym felczerem dla swoich pupili. – Ojciec roześmiał się słabo.

Judyta wyczuła w jego głosie zmęczenie. Zawsze, kiedy stopniały śniegi, jej tata wyruszał w pierwsze, trwające nawet tydzień, trasy. Jeździł po kraju, przewożąc ładunki z miejsca na miejsce. Bywało, że wracał bardzo zmęczony. Zamykał się wtedy w starej sypialni i przesypiał prawie dobę, żeby dojść do siebie. W domu był właściwie gościem, choć to również nie przeszkadzało Judycie. Przywykła do samotności, a nawet zdążyła ją polubić. Nie musiała gotować, bo gotowanie dla siebie samej było w jej mniemaniu pozbawione sensu. Nie musiała słać łóżka, uważała, że szkoda na to czasu. A poza tym miała więcej czasu na naukę i opiekę nad Eleonorą i jej koleżankami, mieszkankami Domu Seniora w sąsiedniej miejscowości, dokąd jeździła w weekendy. Uwielbiała starszych ludzi. Kochała ich pergaminową skórę, siwe, szorstkie włosy i zapach. Kojarzył jej się z przeznaczeniem. Lubiła z nimi rozmawiać, słuchać ich wspomnień, które skrupulatnie zapisywała w pamięci.

Po śmierci mamy właściwie wszystko, co zaledwie tliło się w jej sercu jako namiastka pragnień, nagle urosło do planu, który Judyta miała zamiar zrealizować. Kochała zwierzęta, dlatego znalazła małe schronisko i zgłosiła się jako wolontariuszka do sprzątania boksów i wyprowadzania zwierzaków na spacery. Dom Seniora, dokąd trafiła z mamą tylko raz, stał się dla niej niemal drugim domem. Traktowała to miejsce z wyjątkowym szacunkiem. Uważała je za coś w rodzaju ostatniej przystani. Marzyła, by przychodzić tam codziennie, pomagać, rozmawiać z mieszkańcami i zapamiętywać ich, ale miała jeszcze szkołę i naukę, której oddała się zupełnie.

– Mamo, jeśli będziemy pamiętali o tych ludziach, a wydaje mi się, że o nich zapomnieli nawet najbliżsi, to oni będą żyli wśród nas, również po śmierci! – perorowała nieustannie, odkąd po raz pierwszy przestąpiła próg tego miejsca.

Mama kładła wtedy swoją ciepłą dłoń na głowie Judyty i wpatrywała się w jej twarz z miłością.

– Ja też zawsze chciałam zbawiać świat, córciu. Wierzyłam, że mogę pomóc wszystkim, uleczyć toczącą nas zgniliznę, uratować choć odrobinę moich marzeń.

– Uważasz, że nie zdołam tego osiągnąć?

– Nie. Uważam, że nie zdołasz pomóc wszystkim. Choć czasem wystarczy zrobić bardzo niewiele, by osiągnąć szczyt.

Mama zabrała Judytę do Domu Seniora, żeby złagodzić narastający w niej młodzieńczy bunt, nazywany przez nią Wezuwiuszem. Każdy spodziewał się wybuchu, ale nikt nie wiedział, kiedy mógł on nastąpić. To miejsce miało stać się dla Judyty punktem łączącym dwa światy. Mama, idąc z nią tam, pokazywała jej w ten sposób znaczenie szacunku do innych i samej siebie. A co ona robiła z tą nauką? Ramionami Judyty na samo wspomnienie targał gniew. Kiedy wróciły z owej przystani starszych ludzi pierwszego dnia, odrobiła lekcje i pojechała do Pawła. Musiała odreagować obrazy przemijania, zbliżającego się nieuchronnie starczego cierpienia. Wypili wtedy wino i przypalili jakieś zioła, które przywiózł z Holandii Daniel, brat Pawła. Jak w światłach stroboskopu widziała ciąg dalszy tego wieczoru. Wijące się wokół niej ramiona chłopaka, zapach jego ciała i wybuchające napięcie, zupełnie jak Wezuwiusz, o którym mówiła mama.

***

Życie jej i taty straciło barwę. Stało się monotonne, jedynie powtarzanie tych samych codziennych czynności i gestów stanowiło ich sens. Nie mieli ochoty na wyjścia do kina, nie wyjeżdżali razem. Jedyną rozrywką, jakiej się oddawali, były ich wspólne posiedzenia – zimą przed kominkiem, a latem przed domem. Wpatrywali się to w ogień, to znowu w dal, gdzie ulica prowadząca do ich domu, ostatniego przy ulicy Czarujący Zakątek, zakręcała w stronę centrum. Wyglądali wtedy zupełnie jak dwie pozbawione życia skorupy, z których dawno wysączyła się cała nadzieja i optymizm. Dopiero kiedy pierwsze rozczarowanie, rozpacz i tęsknota zostały przytępione przez czas, zaczęli ze sobą rozmawiać. Judyta powiedziała tacie o swoim zamiarze zmiany szkoły i marzeniu o pracy w pobliskim domu opieki. Wtedy też postanowiła, że będzie pojawiała się tam w weekendy i spędzała czas z mieszkańcami, będzie im pomagała i cieszyła się ich obecnością. Tata jedynie przytaknął jej pomysłowi i ponownie popadł w zadumę. W końcu jednak, kiedy czas odarł ich już z łez, nauczyli się rozmawiać o mamie, a nawet wspominali ją ze śmiechem. Potrafili już egzystować bez niej. Judyta wprowadziła w życie swoje plany i w ten prosty sposób wypełniła przygniatającą ją pustkę.

– Zdążyłam – wysapała, trzymając w zębach długopis i wciskając zeszyt do plecaka. – Tato, jestem na przystanku. Kiedy wracasz? Dziś piątek.

Włożyła kaptur bluzy na głowę i pociągnęła suwak kurtki aż pod szyję, by się ochronić przed wiatrem.

– Może wieczorem, więc byłbym wdzięczny za jakąś kolację.

Uśmiechnęła się pod nosem, słysząc, jak nieporadnie modulował głos, by nadać mu wyniosłe brzmienie.

– Ugotuję kolację. Zdążę posprzątać i będę na ciebie czekała, tato. A teraz muszę już kończyć. Autobus podjeżdża. Okej?

– Jasne. Do zobaczenia w domu, Judi.

Wsiadła do autobusu i rzuciła plecak na podłogę między nogami. Z głową opartą o szybę wpatrywała się w wilgotne ulice, szare trawniki i smutne uliczki miasta, aż poczuła, że ktoś siada obok.

– Cześć, Oliwka – odezwała się do ciemnowłosej, drobnej dziewczyny, która opadła na siedzenie obok i przytuliła policzek do jej twarzy.

– Będę chora – rzuciła dźwięcznym głosem Oliwia.

Była najlepszą i jedyną koleżanką, jaką udało się zdobyć Judycie w nowej szkole. Dzieliły nie tylko upodobania literackie, lecz kochały tę samą mroczną muzykę i Aarona Johnsona za jego rolę w filmie Savages. Ponad bezprawiem. Poza tym obie odstawały od reszty klasy, nie należały do żadnej grupy i raczej nie pojawiały się na klasowych domówkach, które stały się ostatnio wyjątkowo popularne. To automatycznie czyniło je podobnymi do siebie i prawdopodobnie z tego powodu tak szybko zawiązała się między nimi nić przyjaźni. Drobna i niska Oliwka otuliła się szczelnie włochatym kołnierzem czarnej parki i osunęła w fotelu.

– Nie choruj. Zrób sobie sok z czosnku i cebuli, zasyp to łyżeczką cukru i pij w weekend. Tylko do szkoły nie przyjdź pachnąca czosnkiem, bo to będzie temat przewodni co najmniej przez następny tydzień.

– Trafiłabym w końcu na okładkę gazetki szkolnej! – zażartowała Oliwia.

– To na pewno.

Oliwia mieszkała w połowie długości Czarującego Zakątka. Jej rodzice pracowali w piekarni na przedmieściach, dlatego często była obiektem żartów tej bardziej popularnej żeńskiej części ich klasy.

– Bardzo mi na tym zależy. – Westchnęła, potrząsając dłonią tuż przed twarzą Judyty. – Mam dziś dla ciebie kanapkę z majo i salami. Zainteresowana?

– Dałabym się za te twoje kanapki pokroić, Oli…

Judyta przewróciła oczami. Uwielbiała kanapki, które przynosiła Oliwia. Jej mama kupowała zawsze kilka, wracając z pracy, dlatego obie miały co jeść do lunchu.

Wysiadły na przystanku pod szkołą. Przyciskając plecaki do piersi, przebiegły przez ulicę i pospiesznie się rozebrały, a następnie upchnęły swoje kurtki w szafkach ustawionych w równych rzędach pośrodku mieszczącej się na lewo od drzwi wejściowych szatni. Wpadły do klasy w ostatniej chwili. Judyta zajęła swoje miejsce w ostatniej ławce pod oknem, a Oliwia w pierwszej, tuż przy drzwiach.

A popołudnia halką ciepła okrywa… – zdążyła pomyśleć Judyta, kiedy drzwi klasy zamknęły się za Ofelią, czyli polonistką.

– Dzień dobry, droga młodzieży – zaczęła od drzwi nauczycielka, a jej dźwięczny głos rozpłynął się pomiędzy uczniami. – Zapowiadam niniejszym, że w najbliższą środę zrobię wam klasówkę z całego materiału dotyczącego oświecenia. Zdążyliście się już chyba przygotować?

Pomruk niezadowolenia przemknął po sali, jednak nikt z uczniów nie zdecydował się na bardziej czytelne wyrażenie swojej dezaprobaty.

– Tak myślałam. Macie zatem trochę czasu. Proszę sobie wszystko przypomnieć, bo do końca roku pozostało nam już bardzo niewiele czasu. A w maju matura! – Klasnęła, wiodąc po twarzach zebranych ostrzegawczym spojrzeniem. – A teraz literatura współczesna. Dobieramy się w pary. Kolejna klasówka za miesiąc i nią zamkniemy przygotowania do matury z języka polskiego. Jakieś sugestie? Chętni? Nie? To ja wskażę.

Usiadła przy biurku i otworzywszy dziennik, nałożyła na nos wąskie okulary. Wyczytywała nazwiska, lekko unosząc spojrzenie sponad dziennika i upewniając się, że jej wybory nie spotykają się z nadmiernym niezadowoleniem. Dawno nie trafiła na tak podzieloną grupę. Dysproporcje materialne między rodzinami, w których przyszło żyć tym dzieciakom, zawiść i inne schorzenia, które trawiły społeczeństwo tej niewielkiej podkarpackiej mieściny, były tak czytelne, że aż kłuły w oczy. Dlatego postanowiła pokazać owym dzieciakom, że ich zróżnicowanie wcale nie stanowi o tym, które z nich jest gorsze, bo wywodzi się z uboższej rodziny, a już z pewnością nie decyduje o miejscu, jakie zajmowali jej uczniowie na zajęciach. Tu jedynym kryterium była wiedza i tylko ten argument do niej przemawiał.

– Judyta, ty pomożesz Szymonowi. – Nauczycielka spojrzała najpierw na chłopaka.

Był książkowym wręcz przykładem lidera. Umysł ścisły, doskonałe wyniki w nauce, kapitan szkolnej drużyny koszykarskiej, i tylko brak zainteresowania historią kraju oraz nieumiejętność barwnego wypowiadania się rzucały cień na jego nieskazitelny wizerunek. Wrota najlepszych krajowych – i nie tylko – uczelni stały przed nim otworem. Mimo tych niedostatków polonistka postanowiła spróbować mu pokazać, że warto skupić się na literaturze i rozwinąć w sobie wrażliwość.

Nauczycielka przeniosła spojrzenie na siedzącą pod oknem Judytę. Śliczna dziewczyna, pomyślała. Inteligentna, zdyscyplinowana, choć za bardzo skoncentrowana na postawionych przed sobą celach. Oni obydwoje mogą się sporo od siebie nauczyć. – Przerwała rozmyślania i opuściła głowę, widząc zaskoczone spojrzenie Szymona utkwione w swojej twarzy. Odnotowała jednocześnie, że Judyty nie przeraziła perspektywa pracy z Szymonem, właściwie nie była nawet zdziwiona.

– I pamiętajcie, czytacie jedną, wybraną przez siebie lekturę, spis podam za chwilę, przygotowujecie jej opis i omawiamy ją wspólnie. Liczą się wasze wnioski i przemyślenia. A teraz przechodzimy do lekcji.

***

– No? Szkoda, że tym razem nie trafiło na nas – ubolewała Oliwia, opierając się o czyjąś szafkę tuż obok Judyty. – Miałybyśmy pole do popisu.

– Obie lubimy literaturę, to proste, Oli. Ja dostałam Szymona, bo to zdecydowanie twarda głowa. A ty kogo masz?

Judyta odłożyła książki do polskiego na innych, zalegających w szafce rzeczach i przeglądała pozostałą jej zawartość w poszukiwaniu zeszytu do matematyki.

– Cholera, nie mogę znaleźć zeszytu do matmy. – Pochyliła się bardziej, ciągnąc za grzbiet leżącego na dnie szafki zeszytu. – Mam cię… – sapnęła. Niestety cała sterta innych materiałów, ułożonych na zeszycie, ześliznęła się i wszystko z hukiem runęło na podłogę. – Fuck!

Judyta natychmiast pochyliła się i zaczęła pospiesznie zbierać zeszyty, książki i notatki, które zapisywała na kolorowych skrawkach papieru. Sprawnie je przekładała i postukując grzbietami o podłogę, wkładała z powrotem na swoje miejsce.

– Ojej, coś się stało, moja ty szarości? – usłyszała za sobą piskliwy głos Olki. Przypominał jej dźwięk nienaoliwionych drzwi albo uciążliwe skrzeczenie srok, które przysiadały latem na drzewie rosnącym przed ich domem.

Tylko ciebie tu potrzeba, skrzywiła się. Olka była przewodniczącą klasy i Judycie wydawało się, że spotykała się z Szymonem, choć do tej pory nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia, co taki zdystansowany i chyba olewający wszystko facet mógł robić z taką błyskotką. A może właśnie tych dwoje łączyło to, co jej wydawało się dzielącą ich otchłanią? Do pewnych zajęć nie trzeba wysokiego IQ, pomyślała. Właściwie tylko czekała na to spotkanie. Co prawda Judyta nie miała najmniejszego zamiaru uczestniczyć w przepychankach o względy najprzystojniejszego chłopaka w klasie ani tym bardziej, co właściwie nawet nie było możliwe z powodu zaborczej postawy Olki, nie chciała nawet myśleć o Szymonie jak o mężczyźnie w obawie, by jego zazdrosna do granic możliwości dziewczyna nie miała sposobności choćby spojrzeć w jej stronę. Grunt to zachować równowagę i nie dać się z niej wyprowadzić, powtórzyła w myślach.

– Nic aż tak istotnego, by zwróciło uwagę jej wysokości – odparowała bez zastanowienia Oliwia. Miała zdecydowanie bardziej szorstki język niż Judyta i wciąż ogromny zapał do reagowania na zaczepki popularniejszej części klasy.

– Chyba że chcesz pomóc? – Judyta uniosła spojrzenie na Olkę i przekornie zmarszczyła czoło.

– Chcesz, wasza eminencjo? – Oliwia nie dawała za wygraną. Odepchnęła się od drzwi szafki i kołysząc głową na obie strony, co nawet Judytę przyprawiało o niechęć, ruszyła w kierunku zdezorientowanej Oli.

– Słuchaj, szara myszko – odpaliła w końcu Ola, przestępując niepewnie z nogi na nogę i czerwieniąc się. – Żeby przypadkiem nie przyszło ci do głowy pomyśleć, że miesięczna praca domowa daje ci jakiekolwiek prawo, by pomyśleć o sobie jak o…

– Spadaj, Oleńka. – Oliwka zaperzyła się i wyjęła z ust lizaka, który do tej pory zupełnie nie przeszkadzał jej w rozmowie. – Spadaj, powiedziałam.

– Druga szara myszka! – prychnęła Olka, przezornie postępując jednak krok do tyłu. Kiedyś Oliwii zdarzyło się uderzyć jakąś dziewczynę. Co prawda był to jednorazowy wybryk, który ona sama nazywała wypadkiem, jednak tamto zdarzenie skutecznie uczyniło ją w szkole nietykalną. Towarzysząca Olce świta koleżanek zamilkła i równie niepewnie ruszyła do tyłu. – Ty, Oli, powinnaś się leczyć! Chyba kanapki twoich starych w końcu ci zaszkodziły! – warknęła Olka i pospiesznie się odwróciła, po czym ruszyła przed siebie.

– Naprawdę nie wiem, co ta dziewczyna w sobie ma. – Podenerwowana Oliwia kręciła głową z dezaprobatą i dyszała ciężko, ponownie wkładając w usta lizaka. Zawsze miała ich spory zapas w plecaku. Powtarzała, że jest od nich uzależniona, dlatego dotąd nie sięgnęła jeszcze po inną używkę. Kiwała przy tym wymownie głową, krytykując w ten sposób Judytę i jej uległość wobec nałogu palenia papierosów.

– Daj spokój. Spotyka się z Szymonem, a skoro reaguje w ten sposób, to jej związek do najbardziej udanych raczej nie należy.

– Wydaje mi się, że on już dawno ją pogonił. Pamiętasz tę sprawę z narkotykami w ubiegłym semestrze?

– Nie. I nie chcę zaprzątać sobie tym głowy. Tak samo jak nie chcę, żeby ktokolwiek kojarzył mnie z Szymonem. Mamy tylko przeczytać i opracować lekturę. Oli, przynajmniej ty odpuść i nie doszukuj się drugiego dna w naszej dość jasno określonej relacji. Łączą nas Rozmowy z katem i koniec. Temat ciężki, ale gotowa jestem zrobić wszystko sama i udostępnić mu moją pracę, byleby tylko nikt nie tracił czasu na niepotrzebne rozmyślania. Jest przystojny, ale – jak mawia Tyler Joseph[1] – nie należy ufać ludziom zbyt idealnym. A ja nie potrzebuję towarzystwa, mam przecież tatę, ciebie, Eleonorę… – wyliczała na palcach. – I to wystarczy. Na pewno nie zamierzam stać się dla kogokolwiek zagrożeniem.

Zwróciła się twarzą do przyjaciółki. Ta słuchała jej przez moment. Za chwilę jednak pobladła i uniosła spojrzenie nieco wyżej, ponad głowę Judyty.

– No nie. Tylko nie to… – Judi zacisnęła powieki i czekała.

– Ty i zagrożenie, Judyta?

Niski głos Szymona zadźwięczał w końcu tuż za nią.

– Owszem. Właśnie zostałam zaatakowana przez twoją różową landrynę. Dlatego byłabym wdzięczna, gdybyś wytłumaczył jej, że wspólna lektura to nie stosunek oralny, i zamkniemy sprawę.

– Jesteś jakaś spięta, Judyto. – Szymon opuścił oczy i pospiesznie przeczesał palcami nieco za długie włosy. Czyżby się zawstydził?

Zaskoczona Judyta przechyliła głowę na bok. Co zatem robił z nią wieczorami? – zaśmiała się w duszy.

– Poza tym ta różowa landryna nie jest moja i nie mam wpływu na to, co robi. Oto twoja książka. Byłem w bibliotece i wypożyczyłem dwie. Ile czasu potrzebujesz, by ją przeczytać? – Wyciągnął w jej stronę rękę i potrząsnął trzymaną książką.

Judyta przeniosła osłupiałe spojrzenie z niego na książkę, potem znowu na niego.

– We wtorek będę gotowa.

– Mamy miesiąc.

– Im szybciej przez to przejdziemy, tym lepiej. Nie mam czasu na zabawy.

– Jak wolisz. Możemy pominąć zabawę.

Judyta już otwierała usta, by odeprzeć atak tego przemądrzalca, kiedy spojrzała na Oliwię. Ta stała z pochyloną głową i obracała w ustach patyczek od lizaka. A miała przy tym niebywale rozanielony wyraz twarzy. Co się z tymi dziewczynami dzieje? – przemknęło Judycie przez myśl. – Czy one wszystkie powariowały?

Znowu spojrzała na Szymona w nadziei, że dozna jakiegoś nagłego olśnienia i odkryje to coś, co tak zawracało w głowach dziewczynom z jej klasy. On zaś stał przed nią, z dłonią wciąż wyciągniętą w jej stronę, i wyglądał dobrze. I tyle, po prostu dobrze. Wyższy od niej o głowę, z burzą przydługich, kręcących się za uszami i wchodzących w oczy włosów w kolorze piasku, co przywodziło jej na myśl wokalistę The Doors, Jima Morrisona, którego uwielbiała. Nie dała się jednak zwieść pozornemu zauroczeniu włosami. Wyjęła z jego dłoni książkę i przesunęła opuszkami palców po szorstkich krawędziach jej kartek.

– We wtorek będę ją miała przeczytaną.

– W takim razie do wtorku. Omówimy wtedy szczegóły pracy nad nią.

– Do wtorku.

Patrzyła, jak oddalał się kołyszącym krokiem. Przygryzłszy policzek od wewnątrz, doszukiwała się najmniejszego bodźca, który pobudziłby jej endorfiny do choć odrobinę bardziej wytężonej pracy. Jednak niczego podobnego nie doznała. Widok, owszem, sprawiał przyjemność. Nie była aniołem, jeśli chodzi o seks, ale z pewnością również nie dało się jej nazwać płochliwą dzierlatką. Niegdyś lubiła oddawać się przyjemnościom z niego płynącym, jednak potem postanowiła odsunąć od siebie wszystko, co we własny, pokrętny sposób uznawała za związane ze śmiercią mamy. A wśród tych rzeczy były przede wszystkim zajęcia sprawiające jej niegdyś nieopisaną przyjemność. To one wypełniały jej dnie i noce, podczas gdy mama odchodziła od zmysłów, czekając na powrót córki do domu.

– To gruba książka – zauważyła w końcu stojąca obok Oliwia i oderwała Judytę od wspomnień. – A w środę jest klasówka z literatury drugiej wojny.

– Wraca tata i w sobotę idę do Eleonory. Nie wiem, jak przebrnę przez tę cegłę do wtorku.

– Będziesz musiała go przeprosić i przedłużyć czas na jej czytanie. Nie ma w tym nic złego.

– Co to to nie, moja kochana. Nie będę z buzi robiła sobie kapcia.

Judyta westchnęła z powodu złości, której dała się ponieść, i zastanawiała się, kiedy znajdzie czas na przeczytanie książki.

***

W sobotę obudziła się zdecydowanie wcześniej niż zwykle. Choć miała dla siebie cały dzień, spodziewała się bowiem, że tata wyjdzie z sypialni dopiero następnego dnia rano, nie mogła spać. Przewracała się z boku na bok, leżąc w łóżku w swoim pokoju i rozmyślając. Nie znosiła takich nocy. Każda myśl, którą odtrącała, wracała do niej i nurtowała niemal boleśnie. Każdy problem, wszystkie obawy urastały w nocy do niewyobrażalnie ogromnych rozmiarów, wydając się przy tym przeszkodami nie do pokonania. Szare ściany jej pokoju, niczym projektor, kołysały się wraz z obrazem podrygujących za oknem drzew, które, poruszane wiatrem, wyciągały gałęzie przypominające powykrzywiane palce. Nie budziły już w Judycie lęku, lubiła wyobrażać sobie powykrzywiane szpony makabrycznej staruchy, która przychodziła pod dom i odgrażała się, szukając szpary, która umożliwiłaby jej dostanie się do środka.

Okryta kocem Judyta wpatrywała się w rozgrywającą się na ścianach projekcję i myślała o szkole, śpiącym piętro niżej tacie i o mamie, której obecności w domu już nie czuła. Zaczęła sobie nawet wyobrażać, jak by to było, gdyby mama nagle wróciła, weszła do domu, usiadła na kanapie i rozejrzała się po salonie z tym swoim szerokim uśmiechem. Potem przed oczami jej wyobraźni stanął Szymon. Wzdrygnęła się zaskoczona. Jego uśmiech onieśmielał ją chyba bardziej niż w rzeczywistości. Wtedy bowiem starała się zachowywać dystans, mając nadzieję, że uchroni ją on od nadmiernego zainteresowania ludzi z klasy.

Kiedy zbawienny poranek zajrzał w okno, Judyta poderwała się i zeszła cicho do kuchni. Nastawiła wodę na herbatę, oparła się o ścianę i popatrzyła przez okno. Wiatr targał iglaki rosnące na granicy ich działki, a niebo zasnute było ciężkimi, cynowymi chmurami. Zalała herbatę i wróciła do spoglądania za okno. Uwielbiała smak aromatycznych herbat o tej porze dnia. Wyobrażała sobie, jak wypełniają one jej ciało nowymi pokładami energii i sił, od koniuszków palców aż po cebulki włosów.

Otworzyła drzwi prowadzące na mieszczący się od strony ogrodu taras i wypuściła koty, po czym cmoknęła i trzymając smycz w dłoni, wyszła przed dom. Natychmiast owiało ją rześkie, jeszcze pachnące zimą powietrze. Odgłosy psich łap na kamiennej podłodze obwieściły zbliżającego się Jaśka. Po chwili pies wyskoczył, jednym susem mijając stojącą na schodach właścicielkę, i zbiegł do ogrodu.

– Jasiek! Chodź tu! – syknęła Judyta, pamiętając o śpiącym tacie, a kiedy pies wrócił, zapięła mu smycz i wyszła z nim do lasu.

Dochodziła siódma, dzień leniwie dźwigał się pomiędzy drzewami, a cisza otulała zupełnie jak ciepła kurtka, którą miała na sobie Judyta. Mieszkała w tym domu od urodzenia. Okna jej sypialni z jednej strony skierowane były właśnie na las, dlatego przyzwyczaiła się do widoku starych strzelistych sosen broniących dostępu do ciemnego wnętrza. Kochała ten widok. Wielokrotnie siadywała przy biurku i szukając natchnienia bądź próbując przemyśleć jakiś problem, wpatrywała się właśnie w kołyszące się majestatycznie sosny. Zaraz za nimi swoimi delikatnymi liśćmi potrząsały brzozy wyrastające z ziemi zupełnie przypadkowo, bez porządku. Jak przekupki na targu w środowe poranki pochylały swoje zwisające nisko witki i snuły zaklęcia prosto w uszy spacerowiczów przemierzających szeroką szutrową drogę, prowadzącą w głąb starego lasu.

Judyta oddychała głęboko. Pokrzepiona białą herbatą z kawałkami opuncji, naciągnęła na głowę kaptur i nie myślała zupełnie o niczym. Wystarczyła jej noc, kiedy myśli dryfujące bez celu uparcie ją bombardowały, pozbawiając tym samym snu. Oczywiście bała się nadchodzącej coraz większymi krokami matury, męczyła ją nieznośna atmosfera w szkole, a ponadto tęskniła… Tak bardzo tęskniła za mamą. Minął już rok, a córka wciąż miała nadzieję, że jej śmierć była jakimś kiepskim żartem, mającym na celu coś, czego ona po prostu nie rozumiała. Może to miało być coś w rodzaju kary za jej młodzieńcze wybryki? Nie lubiła myśleć o sobie w ten sposób, ale często jej się to zdarzało. Gdyby mama nie musiała poświęcać czasu na rozmowy z nią, na oczekiwanie na jej powrót po całonocnych imprezach, miałaby czas zadbać o siebie. Wtedy z pewnością byłaby z nią teraz. Na przykład tamtego ranka, kiedy Judyta wróciłaby z psem z porannego spaceru, jej mama czekałaby w drzwiach tarasu i machała do niej. Nagła euforia ogrzała jej serce, oziębłe od trwających rok żalu i smutku.

Nie zadałabym nawet jednego pytania, po prostu cieszyłabym się – myślała. – Zrobiłabym jej śniadanie, napuściła wody do wanny i uczesała włosy. Na pewno nie kłóciłabym się z nią już nigdy, nie wychodziłabym z domu bez słowa i nie przyprowadziłabym do domu żadnego z tych zakochanych chłopaków, których obecność spędzała jej sen z powiek. Niewysłowiony ciężar niechcianych zdarzeń, które sobie przypomniała, osiadł na jej barkach. Ona umarła przeze mnie, pomyślała nagle, pokornie wciągając głowę pomiędzy ramiona. Często się nad tym zastanawiała. Kilkakrotnie nawet chciała zadać tacie to pytanie, ale bała się usłyszeć odpowiedź. A jednak miała nadzieję, że, gdyby się odważyła i zdecydowała na rozmowę, ojciec uzmysłowiłby jej niedorzeczność owych samooskarżeń. Dziś było jeszcze za wcześnie, a ból doskwierał zbyt mocno, aby sama potrafiła właściwie ocenić sytuację.

Spuściła psa ze smyczy i przewiesiła ją przez ramiona. Obejrzała się za siebie. Dom zniknął za zasłoną sosen, dlatego wyjęła i przypaliła papierosa. Tata wiedział o jej nałogu, ale sam nosił się z zamiarem rzucenia, dlatego wolała uniknąć jego uwag. Nie chciała, by ktokolwiek i kiedykolwiek miał się jeszcze przez nią denerwować. Niebo nad nią jaśniało z każdą chwilą, a blade, niewinne słońce zaczęło się przedzierać pomiędzy drzewami i ciskało w jej stronę słabymi promieniami. Judyta wyciągnęła szyję, szukając ciepła. Gdzieś obok słyszała powarkiwania Jaśka i szeleszczące pod jego łapami liście.

– Gdybym mogła, wcale nie wychodziłabym z tego lasu. Schowałabym się tu przed wszystkimi. Nikt by nie cierpiał, nikt nie wpatrywałby się we mnie z zainteresowaniem.

Westchnęła, zaciągając się ponownie papierosem. Lubiła zapach tytoniu. Lubiła przyjemny zawrót głowy, kiedy nikotyna docierała do jej płuc.

– Jasiek, wracamy.

Podniosła leżący nieopodal patyk i cisnęła nim w stronę domu. Czarna kula, jaką przypominał jej sznau­cer, wypadła z pobliskich krzaków i popędziła w drogę powrotną, chwytając w zęby kij.

Zanim dotarli do domu, dochodziła ósma. Judyta wrzuciła do klatki jeża kilka liści sałaty i wspięła się po schodach do swojego pokoju. Spacer zawsze przynosił jej ulgę, poza tym była sobota, dzień, kiedy wychodziła do Domu Seniora. Pospiesznie zrzuciła z siebie porozciągane dresy, wzięła prysznic i splotła włosy w warkocz. Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Przypomniała sobie, kiedy po raz pierwszy wybrała się tam z wizytą bez mamy. Nie wzięła pod uwagę, że jej niepokorny wygląd może w rezydentach domu wzbudzić niechęć, a w najlepszym wypadku dystans. Tamta wizyta nauczyła Judytę pokory i szacunku wobec przekonań ludzi starszych. Natychmiast po powrocie do domu wybrała się na zakupy i zainwestowała w kilka jasnych bluzek i białe trampki. Mieszkańcy Domu Seniora nie podzielali jej zachwytu czernią, nie kojarzyli jej ze spokojem i neutralnością, a wręcz przeciwnie, Judyta, która tamtego dnia stanęła w progu domu, wyglądała ich zdaniem jak anioł zwiastujący śmierć. Tak powiedziała Eleonora, osiemdziesięcioletnia bibliotekarka, której dzieci umieściły ją w tym miejscu, a same podbijały świat.

To właśnie z Eleonorą Judyta spędzała najwięcej czasu. Uwielbiała słuchać jej opowieści o wojnie, pierwszych miłościach, a także książkach, które Eleonora przeczytała, pracując w bibliotece. A spędziła w niej niemal całe swoje życie. Nawet jej pokój w tej ostatniej przystani przypominał nieco bibliotekę. Wszystkie ściany zastawione były regałami z poustawianymi nań książkami. A panował tam dodatkowo ten wyjątkowy klimat, jaki zawsze towarzyszy człowiekowi w bibliotece. Zapach papieru i kurzu powodował, że na samą myśl o tysiącach spisanych w nich historii na przedramionach dziewczyny unosiły się włoski. Kochała ten pokój i kochała Eleonorę.

Aby dotrzeć do Domu Seniora, Judyta przemierzała tę samą drogę do przystanku autobusowego co zwykle albo szła na przełaj, przez las. Co prawda zimą wybierała autobus, teraz jednak, kiedy pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny zaczęły zwracać już uwagę, zdecydowała się pójść przez las. Wciągnęła wysokie sznurowane buty, okręciła się długim tęczowym szalem, który zrobiła dla niej mama, i zapięła kurtkę, a na koniec naciągnęła na głowę kaptur. Kątem oka ujrzała myjącego się na tarasie czarnego kota Gucia. Po chwili obok niego, niczym zjawa, pojawiła się biała Maja. Judyta wpuściła koty i wyszła. Chłodne powietrze szczypało w twarz, a biały obłok pary natychmiast rozpływał się tuż przed nią, jakby pożerający ciepło chłód karmił się bliskością ciała człowieka.

Judyta wsłuchała się w panującą wokół ciszę, co chwilę zaciągając się papierosem. Idealna chwila, myślała. Wszystko wokół emanowało wręcz doskonałą harmonią. Cisza, las, spokój. I ona sama, z dala od innych, od bliskich. Jedyną zadrą, która utkwiła gdzieś głęboko od wczoraj, była myśl o książce, którą zobowiązała się przeczytać do wtorku. Ciarki przebiegły jej po plecach, kiedy przypomniała sobie swój wybuch złości. Niepotrzebną demonstrację niezadowolenia w reakcji na głupotę jakiejś beznadziejnej blondynki. Że też on musiał się wtedy pojawić! – dywagowała. A wydawało jej się, że osiągnęła już ten upragniony wewnętrzny spokój, kiedy nic, co działo się wokół, nie potrafiło wyprowadzić jej z równowagi. Zmieniła szkołę, bo potrzebowała zmiany środowiska. Zerwała kontakty ze starymi znajomymi, pozbawiając się bliskich więzi z kimkolwiek, kto mógłby w przyszłości dostarczyć jej cierpienia. Tyle zdołała zrobić. A tu nagle taki niekontrolowany wybuch! Zaklęła pod nosem, wydmuchując dym mocno w górę. I to tylko dlatego, że mimo jej usilnych starań ktoś w ogóle pomyślał, że ona mogła być zainteresowana towarzystwem szkolnego bożyszcza. Czy oni nie widzieli, że stanowiła raczej odseparowaną od nich, od ich świata i potrzeb jednostkę?!

Otrząsnęła się, bo pomyślała o Oliwce, tacie, Eleonorze i swoich zwierzakach. Ale ich obecności nie potrafiła się wyrzec. I to było jedyne odstępstwo od jej pokuty. Jedyne.

Podekscytowana weszła do budynku. Skostniałe dłonie wyciągnęła nad wiszącym na ścianie kaloryferem i zadarła głowę do góry. Zegar wiszący nad drzwiami wejściowymi wskazywał dziesiątą. Droga przez las zabrała jej godzinę. Tak jak przewidziała, więc Eleonora powinna być już po śniadaniu. Z pewnością siedziała w swoim wysłużonym fotelu z jedną ze swych ulubionych książek. Judyta roztarła zmarznięte dłonie i ruszyła przed siebie. Pokój Eleonory znajdował się na końcu szerokiego korytarza. Zaglądała do mijanych pokoi i pozdrawiała znajome twarze przez otwarte drzwi. A z każdą kolejną błogi stan otulał ją miękko. Judyta kochała tych ludzi. Z pewnością rozpaczałaby za każdym z nich, gdyby nagle okazało się, że ktoś odszedł – żal wzdrygnął jej ramionami, kiedy o tym pomyślała. W tej jednak chwili drzwi mieszczące się naprzeciw tych prowadzących do jej kochanej Eleonory otworzyły się i stanął w nich Szymon. Judyta, zaskoczona, próbowała zawrócić. Schować się przed nim, jednak było już za późno. Uchwyciła spojrzenie jego oczu i warknęła, zatrzymując się w miejscu:

– To już chyba jakaś paranoja.

Chłopak na szczęście jej nie usłyszał, a może tylko zignorował wypowiedziane zrezygnowanym tonem słowa, bo odezwał się jak gdyby nigdy nic:

– Cześć, Judi. Co ty tu robisz?

– Mogłabym zapytać cię o to samo, Szymon – odparowała chłodno, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt przed swoimi oczami.

– Racja. Mogłabyś. Byłem u babci – odparł zmieszany.

– Ale nie pytam.

– Wczoraj moi rodzice przywieźli tu babcię. Ma chorobę Alzheimera, a oni nie są w stanie zapewnić jej opieki – tłumaczył. – Czy ty także masz kogoś w ośrodku?

– Tak. Mam – odpowiedziała Judyta.

Skinął głową.

– Słuchaj, czy możemy przełożyć nasze spotkanie na środę? – zapytał. – Nie zdążę przeczytać tej lektury do wtorku. Mam za dużo zajęć w poniedziałek, a poza tym ten test z polaka. – Uniósł brwi, a kąciki jego ust powędrowały porozumiewawczo w górę.

– Masz jeszcze weekend – odparła chłodno Judyta.

Stał z utkwionym w niej spojrzeniem, bez słowa. Nie potrafił przebić się przez gruby pancerz niedostępności tej dziewczyny. Irytowało go to, ale i fascynowało. Właściwie wiedział o niej niewiele więcej ponad to, o czym wciąż plotkowały koleżanki. Mianowicie że lubiła czarny kolor i była samotnicą. Resztę podsłuchał, kiedy Olka rozmawiała z którąś ze swoich przyjaciółek. Straciła matkę i po tym zdarzeniu przeniosła się do ich szkoły. Nikt nie wiedział o niej więcej. I wszyscy przywykli do Judyty przemykającej korytarzami ich liceum właściwie niezauważalnie. Czasem myślał, że o to jej chodziło, chciała być niewidoczna, dlatego zainteresował się nią i poszperał nieco w jej przeszłości. Że też nikt inny nie wpadł na ten pomysł? Tylko Olka wciąż obserwowała Judytę, jakby czekając na wielki coming out, który w jakiś bliżej nieokreślony sposób mógł jej zaszkodzić. Ale o to nie pytał, dowiedział się wszystkiego, co go intrygowało. Niestety ta wiedza nie pomogła mu uśpić zainteresowania osobą Judyty. A reszty wolał nie ryzykować. Ola naprawdę potrafiła uprzykrzyć ludziom życie.

– W takim razie będę próbował. Widzimy się w szkole. – Skinął głową i minął ją, wlepiając wzrok w czubki swoich butów.

Judyta natomiast pchnęła drzwi upragnionego książkowego ogrodu Eleonory i zatrzasnęła je, opierając się o nie plecami. Znowu znajdowała się w azylu. Wspomnienie Szymona rozmyło się, kiedy ujrzała kobietę siedzącą w wypłowiałym, rudym fotelu z książką w dłoni.

– Dzień dobry – szepnęła z szacunkiem, a jej twarz rozjaśniła się radością.

Podeszła ostrożnie, wciągając w płuca zapach książek, starej farby i kurzu. Fotel Eleonory skrzypiał rozkosznie, zaś włosy na głowie Judyty unosiły się z podekscytowania. Kochała to miejsce i tę kobietę. Usiadła obok niej, nie zdejmując kurtki, i złożywszy dłonie razem, wpatrywała się w jej twarz.

– Dzień dobry, Judytko, kochanie. Przyszłaś w samą porę! – Eleonora klasnęła, a jej drżące, delikatne dłonie wydały suchy odgłos. – Właśnie zaczynałam czytać po drugim śniadaniu. Niech zgadnę, przyszłaś dziś na piechotę, przez las?

– Tak. Na dworze jest jeszcze zimno, ale już czuć wiosnę. Las zaczyna otrząsać się z mrozu. Co prawda jeszcze niewiele się dzieje, ale powietrze jest coraz cieplejsze.

– Rozbierz się. Chyba bardzo pragniesz tej wiosny, skoro tak twierdzisz. Od północnej strony pod drzewami wciąż leży śnieg. – Eleonora się roześmiała, a dźwięk ten przypominał drżenie smyczka na strunach wiolonczeli.

Judyta zdjęła kurtkę i przewiesiła ją przez poręcz łóżka, na którego krawędzi przysiadła. Przygładziła jasny sweter i usadowiła się nieco głębiej.

– Napijesz się herbaty, dziecko? Proszę, nalej sobie.

– Dziękuję, z przyjemnością.

– Napoczęłam to nowe pudełko, które mi przyniosłaś. To jest chyba herbata jaśminowa?

– Tak, Eleonoro, jaśminowa. Co czytałaś?

– Ach, sięgnęłam po wielki romans. Przeminęło z wiatrem. Czytałaś?

– Oczywiście! – Judyta roześmiała się dźwięcznie. – Eleonoro… – Jej głos zadrżał. – Chciałabym zapytać o nową rezydentkę.

– Ach tak, wczoraj przywieźli kobietę. Jest chora, a rodzina nie ma możliwości zapewnić jej opieki. Będzie moją sąsiadką. Widziałam dziś, że był u niej wnuczek. Bardzo miły młody człowiek, zajrzał do mnie i zapytał, jak się miewam. Judytko, jak minął ci tydzień?

– Całkiem dobrze. – Dziewczyna poruszyła ramionami i skrzyżowała palce dłoni, unosząc je nieznacznie do góry. – Mam masę pracy, bo matura już za dwa miesiące, dlatego sporo się uczę. Wrócił tata, ale śpi.

– No tak, jest zmęczony.

– Właśnie. I czytam nową lekturę. Rozmowy z katem.

– Potworna książka. Na jej kartach opisano zło, jakie drzemie w człowieku. Opowiadałam ci o niej… – przypomniała starsza pani, a Judyta skinęła głową.

Eleonora zamyśliła się na chwilę. Judyta pomyślała, że kobieta odpłynęła myślami do czasów, kiedy przyszło jej żyć jako dziecko, a o których ona się teraz uczyła. Po chwili jednak starsza pani uśmiechnęła się promiennie, jakby ocknęła się z krótkiego letargu.

– I kto tym razem jest twoją parą? – zapytała.

Judyta prychnęła i przechylając głowę to na jedną, to znów na drugą stronę, odparła:

– Wnuczek, który tak cię oczarował.

– Doprawdy? Ten sam? Judytko, dziecko, skąd zatem ta mina?

– Bo zdecydowanie wolałabym zajmować się opracowywaniem lektur z kimś innym. To nie jest dobra para dla mnie – westchnęła.

– A niby dlaczego? – Eleonora podźwignęła się z fotela i powoli, opierając się na drewnianej, lśniącej rączce swojej laski, podeszła do stołu. Sięgnęła po nieduży porcelanowy talerzyk z ułożonymi na nim herbatnikami i postawiła go przed Judytą na kwietniku, który, odkąd paproć Eleonory straciła liście i w końcu zwiędła, służył jej za stolik do kawy. – Poczęstuj się, kochanie. Herbatniki dobrze ci zrobią. Są bez glutenu, więc z pewnością nie zaszkodzą. I opowiadaj, skąd w tobie niechęć do tego chłopca. Powiem ci szczerze, że zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie.

Judyta sięgnęła po ciastko i przekładała je w palcach, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Jesteśmy różni jak dzień i noc. Oto dlaczego. On jest prymusem, spotyka się z przewodniczącą klasy, która wydrapałaby mi za niego oczy. Choć podobno wcale się już nie spotykają. Ale tego nie jestem pewna, zresztą nie bardzo mnie to interesuje. Jest zarozumiały, wyniosły, irytująco pewny siebie i wścibski.

– O, nie odniosłam takiego wrażenia. Ale widzę po tobie, że ta para cię nie cieszy. Może jednak, dla dobra twojej pracy, spróbuj się do niego przekonać? Na czas, który macie spędzić ze sobą. Opowiem ci pewną historię, jeśli pozwolisz.

Eleonora rozpromieniła się, widząc, jak Judyta zsuwa buty i podciąga nogi, podpierając głowę na dłoni. Kochała to dziecko całym sercem. Kochała również własne dzieci, ale nie widziała ich tak dawno, że chyba całą miłość, jaką żywiła do nich, przelała na to biedne, skrzywdzone przez los stworzenie. Ona tak bardzo potrzebowała miłości i matki. Mimo że miała prawie dziewiętnaście lat, wciąż potrzebowała ciepła, a jednak tak bardzo się przed nim broniła.

– Usłyszałam tę opowieść od Jędrzeja. Pamiętasz go, prawda, kochanie?

Judyta przytaknęła. Oczywiście, że pamiętała. Pamiętała również, jak odszedł, pozostawiając cały dom pogrążony w smutku.

– Już tego nie rozpamiętuj. Rozmawiałyśmy o tym. To jest nasza ostatnia przystań i cieszymy się tu z każdego dnia, jaki nam został. A jeśli ich zabraknie, nie będzie to powód do rozpaczy, dziecko. To znaczy, że opróżniliśmy już kosz z darami, jakie przyszykował dla nas los. Trzeba cieszyć się tym, co dostajemy. Słuchaj mojej opowieści. Kiedyś pewien stary Indianin nauczał swoje wnuki. I mówił im tak: Wewnątrz mnie odbywa się walka. To straszna walka. Walczą dwa wilki: jeden reprezentuje strach, złość, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, użalanie się nad sobą, poczucie winy, urazę, poczucie niższości, kłamstwa, fałszywą dumę i poczucie wyższości, a drugi to radość, zadowolenie, zgoda, pokój, miłość, nadzieja, akceptacja, chęć zrozumienia, hojność, prawda, życzliwość, współczucie i wiara. Taka sama walka odbywa się wewnątrz was i każdej innej osoby. Dzieci myślały o tym przez chwilę, po czym jedno z nich zapytało: Dziadku, a który wilk wygra? Ten, którego nakarmisz – odpowiedział stary Indianin[2].

Judyta spojrzała w okno i ujrzała błękitne niebo. Wyobraziła sobie palące się ognisko i siedzących wokół Indian. Zaraz potem pomyślała o swojej mamie i tęsknocie, którą pielęgnowała w sercu. Którego wilka ona dokarmiała? Spojrzała na Eleonorę uśmiechającą się do niej z miłością. Wielokrotnie słyszała tę historię, kilka razy nawet czytała w sieci, ale dopiero w ustach jej ukochanej Eleonory opowieść ta nabrała zupełnie innego, głębszego znaczenia.

– Kochanie, czas odwrócić głowę i spojrzeć w swoją przyszłość. Czasu nie cofniesz. Masz wokół siebie ludzi, którzy cię potrzebują i kochają. Czy to nie jest wystarczający argument? Ale sama musisz dokonać wyboru drogi, którą zamierzasz podążać.

Kiedy wracała do domu przez las, myślała o historii opowiedzianej przez Eleonorę. Myślała o spotkanym Szymonie i tym wszystkim, co się wokół niej działo, a co tak gorliwie od siebie odsuwała. Czy ja dokarmiam złego wilka? – zastanawiała się.

[1] Wokalista grupy Twenty One Pilots.

[2] Indiańska przypowieść o dwóch wilkach.

Andromeda

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-983-0

 

© Anna Kasiuk i Wydawnictwo Novae Res 2018

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Wioletta Cyrulik

KOREKTA: Katarzyna Kusojć, Małgorzata Szymańska

OKŁADKA: Katarzyna Borkowska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl

http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.