Amnezjak - Jakub Nowak - ebook + książka

Amnezjak ebook

Jakub Nowak

3,0

Opis

Literatura Jakuba Nowaka nie tylko kipi od pomysłów, które innym wystarczyłyby na całe fantastyczne cykle, ale napisana została z rzadkim literackim wyczuciem, gęstością i świadomością pisarskich arkanów. Autor to pisarz i politolog, który od początku podąża swoimi ścieżkami. Wizje SF oszałamiającej przyszłości, fantastycznej przeszłości i złożonej teraźniejszości rzadko bywają tak brawurowe, bogate i przemyślane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 513

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (4 oceny)
1
0
1
2
0

Popularność




Jakub Nowak Amnezjak ISBN: 978-83-64384-65-3 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl Copyright © 2006-2017 by Jakub Nowak Copyright © 2017 by Powergraph Copyright © 2015-2017 for the cover illustration by Grandfailure via iStock Copyright © 2017 for the cover by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redaktor prowadząca serii: Kasia Sienkiewicz-Kosik Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Ilustracja na okładce: Grandfailure (via iStock) Projekt graficzny i opracowanie: Rafał Kosik Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Kar­na­wał

Kar­na­wał wyru­szył z Wene­cji pierw­szego marca 1875 roku, w dniu roz­po­czę­cia nalo­tów na War­szawę. Kiedy wraz ze wscho­dem słońca hała­śliwy i pijany koro­wód opusz­czał świe­tli­ste mia­sto, w sto­licę nie­ist­nie­ją­cego pań­stwa ude­rzyły pierw­sze bomby.

Kar­na­wał poszedł na pół­noc. Peł­zał jak gli­sta po ital­skich księ­stwach, nie­spiesz­nie i cha­otycz­nie. Żywił się gwał­tem, posoką i ogniem, wysry­wał zglisz­cza wsi i mia­ste­czek, siał tru­pami tych, któ­rzy sta­wali mu na dro­dze. Pęcz­niał. Rósł. Tuczył się. Aż w końcu doj­rzał: pełen mor­der­ców, dezer­te­rów i zło­dziei; maka­brycz­nych kugla­rzy, zwy­rod­nia­łych pokrak i roz­pa­da­ją­cych się kurew. Pełen cynicz­nych księży i fana­tycz­nych grzesz­ni­ków; deka­denc­kich ary­sto­kra­tów, któ­rym było już wszystko jedno i obłą­ka­nych tech­ne­rów, o któ­rych dzie­łach krą­żyły legendy. I z tajem­ni­czym, wiecz­nie pija­nym Wodzi­re­jem na czele, kró­lem cha­osu i prze­mocy, naj­bar­dziej okrut­nym i sza­lo­nym z nich wszyst­kich.

Wresz­cie kar­na­wał był tak potężny, że widoczny nawet na kre­so­wych łąkach: gigan­tyczna, roz­wle­kła kolumna gdzieś na wid­no­kręgu, nie­po­ko­jąca roze­dr­gana wstęga zawsze na gra­nicy pola widze­nia. Wtedy wpełzł do Fran­cji, by poży­wić się krwią kona­ją­cego kraju. A papież, zimowi kar­dy­na­ło­wie i kró­lowa Włoch wresz­cie ode­tchnęli.

16 kwiet­nia 1876, Dan­zig, kawiar­nia Adolfa Ozicka Dłu­gie Poże­gna­nie

Młody pies wzle­ciał powoli na taras przy­dwor­co­wej kawiarni. Wynu­rzył się nie­spo­dzie­wa­nie zza sta­lo­wych kwia­tów opla­ta­ją­cych barierkę i szy­bo­wał nie­po­rad­nie ponad gło­wami gości. Poszcze­ki­wał cicho do ich spe­szo­nych twa­rzy – zamożni i świa­towcy, w więk­szo­ści nie wie­dzieli jed­nak rze­czy oczy­wi­stej nawet dla naj­młod­szych dzieci z portu w dole: pies musiał wsko­czyć do pneu­mo­tu­nelu i rzu­ciło nim w górę. Kiedy kel­ner wyniósł zdez­o­rien­to­wa­nego zwie­rzaka do kuchni, wszystko wró­ciło do normy. Towa­rzy­stwo znów jęło obser­wo­wać kobietę w sukni w maki.

Kil­ka­na­ście sto­li­ków, kil­ka­dzie­siąt par cie­kaw­skich oczu. Głów­nie Niemcy, męż­czyźni w podróży (wokół nich płasz­cze, walizy i para­sole), ner­wowo spo­glą­da­jący zza fajek, gazet, kie­lisz­ków i fili­ża­nek na prze­cha­dza­jącą się na końcu tarasu bru­netkę.

Była sama i była piękna. Pur­pu­rowe maki wyra­stały wśród plis czar­nej tafty jej sukni, pięły się po szczu­płej talii i krzy­wiź­nie piersi, by roz­kwi­tać na koronce dekoltu i wokół szyi, gdzie kła­dły się na nich ciemne kosmyki upię­tych wyżej wło­sów. To nie był strój podróżny, i męż­czyźni wie­dzieli o tym dosko­nale. Pocili się, mimo że dzień był chłodny, a słońce zacho­dziło.

Spa­ce­ro­wała wzdłuż barierki, gła­skała sta­lowe róże, patrzyła w dół, na port i mia­sto. Obser­wo­wała przy­por­towe kamie­nice i wyso­kie kominy stat­ków za nimi. I dalej, tam gdzie naj­głę­biej, gdzie zacu­mo­wane były dwa krad­nące cie­płe świa­tło pan­cerne giganty. Trwały nie­ru­chomo naszpi­ko­wane lufami, jak kan­cia­ste sta­lowe jeże, chluba mary­narki Rze­szy.

Port nie kładł się do snu. Trans­por­towce, wozy, wagony, roz­bie­gani ludzie i nie­koń­cząca się wymiana: wyła­du­nek i zała­du­nek – tysiące skrzyń pły­nęły w powie­trzu rów­nymi rzę­dami po tra­jek­to­riach wyta­cza­nych przez nie­wi­dzialne tunele. I cią­gły, nużący hałas: mewy prze­krzy­ku­jące się z por­to­wymi syre­nami i meta­liczne pomruki – te gło­śniej­sze szły wibra­cją z wnę­trza dwor­co­wej hali. Te cich­sze – ze stoczni na wscho­dzie, gdzie wiel­kie mecha­niczne ptaki nie­zgrab­nie chy­liły się nad wybe­be­szo­nymi kadłu­bami.

Kobieta wes­tchnęła i zatrzy­mała się na końcu tarasu. Sie­dzący naj­bli­żej pijany Szwed mógłby przy­siąc, że pośród zapa­chów zatoki, dworca i turec­kiego tyto­niu poczuł woń jej per­fum. Pach­niała makami i czymś jesz­cze, co Szwe­dowi koja­rzyło się z pogrze­bami odpra­wia­nymi w jego rodzin­nej para­fii w Falun.

— Już powi­nien tu być — powie­dział męż­czy­zna przy sto­liku w cie­niu dwor­co­wej ściany. Miał czter­dzie­ści lat, krót­kie szpa­ko­wate włosy, drogi lon­dyń­ski gar­ni­tur i laskę ze sta­lową ręko­je­ścią w kształ­cie smo­czego pyska.

— I zaraz będzie — odparł jego towa­rzysz, dużo star­szy i wyż­szy. Jego zie­mi­sta twarz przy­po­mi­na­łaby pomiętą kartkę, gdyby nie uma­zane kawą gęste siwe wąsy. — Mein­hold nie prze­pu­ściłby takiej oka­zji.

Szpa­ko­waty skrzy­wił się i spoj­rzał na bru­netkę przy barierce. Stała nie­ru­chomo, tyłem do wszyst­kich.

— Widzia­łeś? — Wąsacz pod­su­nął młod­szemu „Dan­zi­ger Zeitung”. Roz­ma­wiali po angiel­sku. — Minął już rok, a jest tego wię­cej i wię­cej.

Ostat­nią stronę gazety zaj­mo­wał list goń­czy za Pio­trem Ostrow­skim, pol­skim mor­dercą, spi­skow­cem, okul­ty­stą, maso­nem, zło­dzie­jem i pod­pa­la­czem; wro­giem Rze­szy, pokoju i Sztuki; sprawcą plu­ga­wego zama­chu na Ottona Edu­arda Leopolda, księ­cia von Bismarck-Schönhausen, księ­cia von Lau­en­burg, Kanc­le­rza Rze­szy. Cen­tralną część ogło­sze­nia sta­no­wiła podo­bi­zna Ostrow­skiego: psy­cho­pa­tyczne spoj­rze­nie wyzie­ra­jące spod krza­cza­stych brwi, wykrzy­wione tłu­ste usta i skoł­tu­niona czu­pryna nie zosta­wiały czy­tel­ni­kowi naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że ma do czy­nie­nia ze skur­wy­sy­nem w naj­czyst­szej postaci.

— Cena za jego głowę wciąż rośnie — powie­dział szpa­ko­waty.

— Bo Żela­zny Kanc­lerz nie zapo­mina. Mogą go całego prze­ro­bić na mecha­ida, ale dopóki bić będzie w nim ludz­kie serce, Kanc­lerz będzie pamię­tał.

Szpa­ko­waty odło­żył gazetę i wes­tchnął. Zastygł na uła­mek sekundy, utkwiw­szy wzrok ponad ramie­niem wąsa­cza.

— Mein­hold? — spy­tał star­szy.

— We wła­snej oso­bie.

Na progu tarasu stało trzech męż­czyzn. Z przodu bliź­niacy w mun­du­rach pru­skich czar­no­gwar­dzi­stów: pro­fe­sjo­nalni zabójcy i przy­zwo­ici tech­ne­rzy. Roz­glą­dali się po kawiarni z ćwi­czoną latami podejrz­li­wo­ścią. Trzeci trzy­mał się z tyłu i się­gał im do ramion. Pozba­wiony wło­sów, szyi i wyznacz­ni­ków wieku, wyglą­dał jak wiel­kie jajo przy­stro­jone w gar­ni­tur, ręka­wiczki i pstro­kate ciżmy. Na jego obłej piersi kładł się wisior: czarny orzeł wpi­sany w złoty, zwró­cony ku górze pen­ta­gram. Wisior ogła­szał: oto Her­man Mein­hold, Cesar­ski Mistrz Sztuki, uznany spe­cja­li­sta mili­tar­nej bio­lo­gii mecha­nicz­nej.

Jeden z gwar­dzi­stów pod­szedł do pięk­nej bru­netki. Gdy po kilku zda­niach ruszyli w stronę Mein­holda, goście kawiarni obser­wo­wali ich z mil­czą­cym zain­te­re­so­wa­niem. Choć żyli w świe­cie, w któ­rym cuda spo­wsze­dniały już dawno, Mistrz Sztuki publicz­nie dobie­ra­jący sobie kata­rynę sta­no­wił widok doprawdy eks­cy­tu­jący.

Her­man Mein­hold był bowiem pyszny i głupi. A dwaj męż­czyźni przy sto­liku pod ścianą wła­śnie na to liczyli.

Przy­by­sze i kobieta opu­ścili kawiar­nię. Nie­długo póź­niej od sto­li­ków poczęli wsta­wać agenci: dwaj bar­czy­ści orto­dok­syjni Żydzi, po nich nie­miecki kupiec i jego towa­rzyszka.

Szpa­ko­waty dobrze zapa­mię­tał uśmiech wycho­dzą­cego gru­basa, teraz pod­sy­cał nim swoją wście­kłość. Stary nasłu­chi­wał odgło­sów z portu. Dłu­ski zaraz powi­nien zacząć przed­sta­wie­nie.

Nagle niebo zga­sło na kilka chwil. Roz­le­gły cień prze­pły­nął bez­sze­lest­nie nad tara­sem, zda­wa­łoby się – na wycią­gnię­cie ręki. Ludzie odru­chowo pocho­wali głowy w ramiona i, ner­wowo uśmiech­nięci, przy­glą­dali się cumo­wa­niu bry­tyj­skiego żywo­lotu.

Bioid lądo­wał na dwor­co­wym dachu. Opla­ta­jąca gon­dolę zie­lona larwa była wiel­ko­ści dwóch loko­mo­tyw. Powoli zbli­żała się do pali cumow­ni­czych, Union Jack roz­po­starty na wypeł­nio­nym gazem wiel­kim orga­nicz­nym grzy­bie żarzył się dum­nie i nieco zło­wiesz­czo. Bioid wypu­ścił paru­jące macki, te zna­la­zły pale i oplo­tły je, przy­cią­ga­jąc ste­ro­wiec ku pły­cie lądo­wi­ska.

— La Rochelle długo nie wytrzyma — powie­dział obo­jęt­nie wąsacz. — W sierp­niu miną już dwa lata.

Szpa­ko­waty wie­dział, że ten spo­kój to pozór, sta­rzec cier­piał. Jego matka była Fran­cuzką, wąsacz spę­dził we Fran­cji pół dłu­giego życia. Dziś tam­ten kraj nie ist­niał, de facto zde­le­ga­li­zo­wany jed­nym pocią­gnię­ciem pióra bry­tyj­skiej kró­lo­wej. Ostatni z bastio­nów sta­rej Fran­cji wła­śnie padał, od pię­ciu lat oble­gany przez pan­cer­niki Soju­szu. Rok temu, gdy twier­dza wciąż jesz­cze trzy­mała się mocno, okręty Soju­szu, nie prze­ry­wa­jąc oblę­że­nia, zaczęły wypeł­zać z wody, by lądem, zie­mią i powie­trzem naprzeć na mury. Dziś nie­wiele róż­niło La Rochelle od zgliszcz Paryża czy War­szawy, ale mia­sto wciąż jesz­cze zdo­by­wało się na zacięty opór.

Wiem, że cier­pisz, Fran­ciszku, pomy­ślał szpa­ko­waty. Wszy­scy cier­pimy.

Wtedy Gdań­skiem tar­gnęły eks­plo­zje. Trzy wybu­chy, jeden po dru­gim, w róż­nych czę­ściach portu, a po nich wystrzały, gdzieś na towa­ro­wym nad­brzeżu. Kawiar­niani goście, sły­sząc nara­sta­jącą kano­nadę, obser­wo­wali ner­wowo trzy równe smugi pnące się ku ciem­nie­ją­cemu niebu. Teraz opusz­czali taras, ści­gani przez cały plu­ton kel­ne­rów uzbro­jo­nych w nie­za­pła­cone rachunki.

Dwaj męż­czyźni nie wstali od razu – szpa­ko­waty skru­pu­lat­nie odli­czał pie­nią­dze, wąsacz prze­glą­dał ogło­sze­nia w gaze­cie. Nie ma pośpie­chu. Ludzie Dłu­skiego wła­śnie odbi­jają turec­kim prze­myt­ni­kom kra­dzione kara­biny. Niech przy oka­zji porząd­nie namie­szają. Agnieszka zdąży wszystko przy­go­to­wać, a infor­ma­cja o strze­la­ni­nie doj­dzie do eli­zjum, jego gości i per­so­nelu.

— Chodźmy — powie­dział wresz­cie stary wąsacz.

— Myślisz, że już?

— Nie wiem. Kawa mi się skoń­czyła.

zawsze–ni­gdy, Kresy

Piotr Ostrow­ski dużo podró­żuje, rów­nież w cza­sie snu. Zamyka powieki i coraz czę­ściej tra­fia na kre­sowe łąki, do kra­iny świa­tła, ciszy i prze­strzeni. Tam wszystko jest łagodne i takie są jego prze­chadzki, gdy spa­ce­ruje nie­wy­so­kimi pagór­kami, w mięk­kiej, się­ga­ją­cej pasa tra­wie, nad sobą mając pozba­wione słońca, bajecz­nie kolo­rowe niebo, niczym roz­lane na szkle paste­lowe farby. Piotr Ostrow­ski prze­cha­dza się na wie­trze, cie­płym i odświe­ża­ją­cym, przy­gląda nie­licz­nym falu­ją­cym powoli drze­wom i szy­bu­ją­cym wysoko pta­kom-owa­dom.

A może anio­łom?, po raz kolejny zasta­na­wia się Ostrow­ski, gdy zadziera głowę wysoko, ku amor­ficz­nym syl­wet­kom. Pyta­nie nie jest bez­za­sadne, skoro zimowi kar­dy­na­ło­wie uznali, że Sztuka, która tam­tego gorą­cego lata pół wieku temu runęła na nich wraz ze śnie­giem i lodem, jest wiel­kim, wspa­nia­ło­myśl­nym darem od Boga. Czło­wiek został obda­ro­wany ogromną mocą i przy­jął ją z wdzięcz­no­ścią i pokorą. Cudowna, ale kapry­śna i wyma­ga­jąca wie­dza, która naj­pierw zmie­niła umy­sły kil­ku­dzie­się­ciu naj­bar­dziej odda­nych Bogu męż­czyzn. Potem szybko zmie­niła cały świat, wpro­wa­dza­jąc zupeł­nie nowy porzą­dek. Nastało Oświe­ce­nie, epoka wiel­kich prze­mian i ogrom­nych moż­li­wo­ści, czas uwiel­bie­nia Pana i zacie­kłej walki w obro­nie Jego imie­nia. A wraz z Oświe­ce­niem poja­wiły się Kresy, miej­sce pomię­dzy, gdzie czas i prze­strzeń wiją się spi­ral­nie jak dwa sple­cione w cia­snym uści­sku węże.

Kościół, monar­cho­wie i mistrzo­wie Sztuki sku­pieni w Zimo­wym Soju­szu nie mają wąt­pli­wo­ści. Kresy to nie­biań­skie przed­pola, zapo­wiedź abso­lut­nego spo­koju i speł­nie­nia – klu­czowa część Boskiego daru, zachęta do pod­po­rząd­ko­wa­nia się Jego woli i woli Kościoła. Co myślą inni – sza­leni pra­scy Nowi Husyci, angiel­skie woterki, czy bywalcy Salonu Końca Świata, tak cyniczni i zachłanni, że nie­godni by nazy­wać ich naukow­cami – zjed­no­czo­nych Soju­szem oświe­co­nych Euro­pej­czy­ków nie inte­re­suje, co o Kre­sach myśli cała ta hała­stra.

Piotr Ostrow­ski za to zasta­na­wia się czę­sto. Tym czę­ściej, od kiedy opu­ściw­szy wznie­sioną wysoko głowę, na kre­so­wym hory­zon­cie dostrzega zło­wiesz­czy cień Kar­na­wału.

16 kwiet­nia 1876, Dan­zig, eli­zjum Śpiewna Orchi­dea

Szpa­ko­waty i wąsacz weszli do hali dwor­co­wej, w hałas, smród i tłok, do pul­su­ją­cego wnę­trza gigan­tycz­nego sta­lo­wego wie­lo­ryba. Dwu­po­zio­mowe perony pełne były podróż­nych prze­le­wa­ją­cych się przez plat­formy, ruchome schody i dzie­siątki wago­nów. Loko­mo­tywy sapały jasnym dymem, który szedł wysoko, pod żebra dachu, gdzie roz­wie­wały go lecące jedna za drugą skrzy­nie Cesar­skiej Poczty. Nad wszyst­kim czu­wał potężny czarny orzeł z witraża na cen­tral­nej ścia­nie dworca. Na prawo był malu­nek, na któ­rym pło­mie­nie Ducha Świę­tego obja­wiały Sztukę uczest­ni­kom Zimo­wego Kon­klawe. Z malunku po dru­giej stro­nie, dla rów­no­wagi, spo­zie­rał Otto von Bismarck, dum­nie wsparty na sta­lo­wym ramie­niu zakoń­czo­nym auto­ma­tycz­nym mło­tem.

To miej­sce ma wiele z kate­dry, pomy­ślał wąsacz, pró­bu­jąc dotrzy­mać kroku ele­ganc­kiemu towa­rzy­szowi. Cia­sne i jed­no­cze­śnie onie­śmie­la­jąco prze­stronne, zbu­do­wane z prze­ni­ka­ją­cych się cieni i kolo­ro­wych roz­bły­sków, przy­po­mi­nało kate­drę i wła­śnie dla­tego mu się nie podo­bało.

Szpa­ko­waty czuł się tu dosko­nale. Sku­tecz­nie napie­rał do przodu, szybko więc przedarli się na drugą stronę dworca. Teraz do eli­zjum: ku jed­nemu z bocz­nych wyjść, wybu­do­wa­nych z myślą o kato­lic­kich mistrzach i tech­ne­rach-pede­ra­stach. Szpa­ko­waty popro­wa­dził przez labi­rynt stra­ga­nów i skle­pi­ków, z początku peł­nych róż­nego badzie­wia, aro­ma­tycz­nego jedze­nia i brzyd­kich ubrań, potem – coraz droż­szych i bar­dziej prze­stron­nych, aż do wąskiego kory­ta­rza zakoń­czo­nego masyw­nymi drzwiami.

W progu kory­ta­rza minęli się z dwoma męż­czy­znami. Jeden moco­wał się z klamrą ofi­cer­skiego pasa, drugi w biegu zakła­dał płaszcz. Dobrze, wia­do­mość o strze­la­ni­nie dotarła i tutaj.

— Myślisz, że rze­czy­wi­ście nad­cho­dzi koniec świata? — spy­tał szpa­ko­waty, przy­glą­da­jąc się Pio­trowi Ostrow­skiemu, mor­dercy i spi­skow­cowi, łypią­cemu zło­wrogo z listu goń­czego na ścia­nie obok drzwi eli­zjum.

— Myślę, że mamy go za sobą — odparł wąsacz. Mdłe świa­tło z sufitu petry­fi­ko­wało jego twarz w znisz­czony posąg.

Szpa­ko­waty zastu­kał w drzwi. Gdy uchy­liły się, weszli do środka. Chwila prawdy, nie pierw­sza tego wie­czoru. Byli w przed­sionku wyta­pe­to­wa­nym w jaskrawe, kolo­rowe kwiaty. Na dro­dze do drzwi naprze­ciw stało dwóch wyrost­ków, obaj z nip­poń­skimi mie­czami przy pasie, odzia­nych w kuse czarne tuniki. Ich ciała pokry­wały wzo­rzy­ste tatu­aże.

W eli­zjum broń palna nie jest dozwo­lona. Jej uży­cie bywa eks­tre­mal­nie nie­bez­pieczne pod­czas rege­ne­ra­cji.

— Krew sty­gnie, włos się bieli… — zaczął szpa­ko­waty.

— … w wiecz­no­ści upad­niem toń — dokoń­czył straż­nik, mor­derca o twa­rzy che­ru­bina.

Śmier­dzą jak pary­skie kurwy, pomy­ślał wąsacz i pozwo­lił sobie na chwilę sen­ty­men­tal­nego roz­rzew­nie­nia.

Drugi straż­nik otwo­rzył im drzwi i, jak na praw­dzi­wego kon­spi­ra­tora przy­stało, potrzą­snął zaci­śniętą pię­ścią. Szpa­ko­waty i wąsacz weszli do eli­zjum.

W środku było tłoczno. I jed­no­cze­śnie miękko, paste­lowo i cie­pło.

Prze­stronny salon zda­wał się pozba­wiony ostrych kra­wę­dzi i zacie­nio­nych miejsc. Łagodne poma­rań­czowe świa­tło wypeł­niało pomiesz­cze­nie jak gęsta, spo­wal­nia­jąca rze­czy­wi­stość sub­stan­cja. Deli­katna poświata cie­kła z sufitu i paro­wała zza eks­klu­zyw­nych mebli, lepiąc się do wyso­kich, roz­ra­sta­ją­cych się pod sufi­tem bio­idycz­nych rzeźb, szem­rzą­cych aryt­miczne melo­die wie­lo­barw­nych egzem­pli­fi­ka­cji sza­lo­nej przy­rody Kre­sów. Sub­telne krzy­wi­zny scho­dów wiją­cych się ku kory­ta­rzom w górze, kolo­rowe figury z obra­zów na ścia­nach i dzie­siątki ludzi zato­pio­nych w ogrom­nych kana­pach, obsia­da­ją­cych sto­liki i bar – wszystko falo­wało hip­no­tycz­nie, ukła­da­jąc się w nie­za­pa­mię­ty­walne wzory. Wzory, które tań­cząc leni­wie przed oczami, wymu­szały roz­luź­nie­nie, wol­niej­sze tętno, relaks.

Eli­zjum, świą­ty­nia relaksu, pełna była jego wyznaw­ców – waż­nych bądź pięk­nych. Ci piękni tu pra­co­wali: kobiety i męż­czyźni we wszyst­kich moż­li­wych odcie­niach i sma­kach, na wpół roze­brani, uśmiech­nięci i odprę­żeni; nawet kel­ne­rzy, straż­nicy i muzyk za for­te­pia­nem – zawsty­dza­jąco atrak­cyjni i wiecz­nie gotowi. Ci ważni to goście: mistrzo­wie i tech­ne­rzy – kapłani i rze­mieśl­nicy Sztuki, potrze­bu­jący rege­ne­ra­cji i osią­ga­jący ją wła­śnie tutaj, poprzez fizyczną roz­kosz. Piękni ludzie łasili się do żoł­nie­rzy, inży­nie­rów i pro­fe­so­rów, kusili zapa­chem, spoj­rze­niem i gestem, obie­cu­jąc eks­tazę i odprę­żenie. Tak też opa­dli szpa­ko­wa­tego i jego towa­rzy­sza, roze­śmiane kolo­rowe motyle, stwo­rzone, by dawać.

Szpa­ko­waty deli­kat­nie ode­pchnął od sie­bie blon­dynkę, głasz­czącą sta­lowy smo­czy pysk na ręko­je­ści jego laski. Wymi­nął trzy­ma­jące się za ręce bliź­nięta i obej­rzał się na wąsa­cza. Sta­rzec odmó­wił wina kel­ne­rowi nie­ja­snej płci, dogo­nił szpa­ko­wa­tego. Ruszyli scho­dami w górę.

Eli­zjum nie dało za wygraną. Poręcz, coraz przy­jem­niej­sza w dotyku, zaczęła się przy­mi­lać; gęsty chod­nik falo­wał pod sto­pami jak kre­sowe łany. U szczytu scho­dów minęli się z kimś – szpa­ko­waty zapa­mię­tał tylko ciem­no­czer­wone wargi roz­cią­gnięte w uśmie­chu i jesz­cze ciem­niej­sze sutki. Tak trudno im było nie pod­dać się pre­sji tego miej­sca, cią­żyły ubra­nia i obo­wiązki.

Cią­żyła nie­pod­le­gła Rzecz­po­spo­lita.

Wie­dzieli, że to już bli­sko. Szpa­ko­waty dener­wo­wał się, mimo że znał takie miej­sca dosko­nale. Pul­so­wa­nie w nad­garst­kach, przy­spie­szony rytm serca, wil­gotne dło­nie chęt­nie skła­da­jące się w pię­ści.

A, do dia­bła.

Dener­wo­wał się wła­śnie dla­tego, że znał takie miej­sca.

No i nie znał drogi.

Wstrzy­mał oddech, zawo­łał Agnieszkę, otwo­rzył się sze­roko i

* * *

leżał zakrwa­wiony na zim­nej posadzce. Obo­lały, z opuch­nię­tymi ustami i pogru­cho­ta­nym nosem, roz­pacz­li­wie wal­czył o każdy oddech. Załza­wiony i zasmar­kany, patrzył na swoje posi­nia­czone nogi w porwa­nych poń­czo­chach, oglą­dał jedną z nich pod­ska­ku­jącą nie­re­gu­lar­nie, zupeł­nie mu obcą. Patrzył na kształt przed sobą, męż­czy­znę bez twa­rzy i

* * *

zady­go­tał i oparł się o ścianę. Ale już wie­dział.

Ruszył pustym kory­ta­rzem, lecz po kilku kro­kach zawró­cił. Wąsacz wciąż stał przy scho­dach, tępo wpa­trzony w falu­jący w dole tłum.

Szpa­ko­waty znał to puste spoj­rze­nie. Wzrok nie­wol­ni­ków dła­wią­cych się wyper­fu­mo­waną wełną.

Wyra­sta­jąca z porę­czy sele­dy­nowa roślinka zaśpie­wała do nich cicho. Spi­sko­wiec zigno­ro­wał ją i pocią­gnął wąsa­cza w głąb kory­ta­rza. Tam rozej­rzał się i widząc, że są sami, z całej siły dał mu w pysk.

Kiedy wąsacz z tru­dem pod­niósł się z kolan, szpa­ko­waty wzru­szył ramio­nami.

— Prze­pra­szam — powie­dzieli jed­no­cze­śnie i uśmiech­nęli się ner­wowo.

Ruszyli w głąb kory­ta­rza, ku pry­wat­nej czę­ści eli­zjum: cesar­skiego salonu, w któ­rym dziś, poprzez piękną kata­rynę przy­byłą pro­sto z Waszyng­tonu, rege­ne­ro­wać się miał sam Her­man Mein­hold, nie­oce­niony mecha­bio­log Rze­szy.

Drzwi były mocne, bez wąt­pie­nia zamknięte od wewnątrz, z tabliczką infor­mu­jącą o zaka­zie wstępu. Wąsacz zer­k­nął na towa­rzy­sza. Szpa­ko­waty spoj­rzał w górę, na wskroś przez pokryty per­wer­syj­nym fre­skiem sufit.

Naci­snął klamkę.

Salon był prze­stronny, ciemny i przy­tulny jak moskiew­skie kaza­maty. Słabe świa­tło wydo­by­wa­jące się przez otwarte drzwi jed­nej z sypialń i dziw­nie prze­ro­śnięte meble nada­wały pomiesz­cze­niu gro­te­skowy i jed­no­cze­śnie fune­ralny cha­rak­ter. Wra­że­nia dopeł­niały leżące na środku salonu zwłoki czar­no­gwar­dzi­stów.

Szpa­ko­waty sta­rał się im nie przy­glą­dać. Trupy, które zosta­wiała za sobą Agnieszka, nie­po­ko­iły go. Wyglą­dały, jakby ktoś pozba­wił je kości i dał do zabawy nie­ludzko sil­nemu, roz­bry­ka­nemu trzy­lat­kowi. Czar­no­gwar­dzi­ści musieli być dosko­na­łymi żoł­nie­rzami i zaawan­so­wa­nymi bojo­wymi tech­ne­rami, tego wie­czoru z pew­no­ścią nała­do­wa­nymi po uszy. Szpa­ko­waty pokrę­cił głową. Czar­no­gwar­dzi­ści, w dodatku bliź­niacy. Z jego żoną nie mieli żad­nych szans.

Sta­nęła w progu sypialni, czarna syl­wetka na jaśniej­szym tle. Szpa­ko­waty i wąsacz minęli ciała żoł­nie­rzy i poszli ku niej.

Her­man Mein­hold sie­dział na pod­ło­dze w kącie sypialni. Nagi, oświe­tlony mizer­nym świa­tłem ścien­nej lampy, jesz­cze bar­dziej niż godzinę temu koja­rzył się z wiel­kim jajem. Przyj­rzał się uważ­nie wcho­dzą­cym męż­czy­znom, wykrzy­wił wargi w nie­ja­snym uśmie­chu.

Tego się nie spo­dzie­wali. Mein­hold musiał wie­dzieć, że umrze tej nocy. Obej­rzał to, co Agnieszka zro­biła z jego ludźmi, i wciąż nie oka­zy­wał stra­chu.

— Dżen­tel­meni ze sto­lika pod ścianą. — Miał niski, przy­jemny głos. — Fran­cuzi?

Szpa­ko­waty był pod wra­że­niem. Dobrze, że była Agnieszka.

— Polacy — wyja­śnił Mein­hol­dowi. — Moją żonę już zdą­żył pan poznać.

Spoj­rzeli na nią. Stała przy wyso­kim oknie, zza cięż­kich kotar obser­wo­wała mia­sto.

— To jest pan Fran­ci­szek Michal­ski — kon­ty­nu­ował szpa­ko­waty. — Ja jestem Piotr Ostrow­ski.

To miał być decy­du­jący cios. Naj­bar­dziej odra­ża­jące w całej Rze­szy nazwi­sko zawi­sło mię­dzy nimi.

Cios poszedł w gardę: Mein­hold tylko uniósł brwi. Po chwili znów gar­dził i nie­na­wi­dził.

— Myśla­łem, żeś pan jest wyż­szy, Herr Ostrow­ski.

Piotr Ostrow­ski wzru­szył ramio­nami.

— Cią­gle mi to mówią.

— Doprawdy? — Mein­hold zer­k­nął na Agnieszkę i zachi­cho­tał.

Pod­łoga skrzy­piała cicho pod śmie­ją­cym się Niem­cem.

— A teraz poroz­ma­wiamy, panie Mein­hold — powie­dział w końcu Piotr Ostrow­ski. — Poroz­ma­wiamy o tym, gdzie znajdę Pau­lusa.

— Mit.

— Słu­cham?

— Pau­lus to mit. Nie ist­nieje.

— Gdzie znajdę Pau­lusa?

— Dla­czego miał­bym to wie­dzieć?

— Bismarck szu­kał go całymi latami. I tej zimy nagle prze­stał.

— Więc już go ma.

— Wtedy nie był­byś w Gdań­sku.

— Żałuję pań­skiej żony, Herr Ostrow­ski — wes­tchnął Mein­hold. — Gdyby nie to naj­ście, dowie­dzia­łaby się, jak sma­kuje porządna, nie­miecka Wurst.

Ostrow­ski pocze­kał i wresz­cie zapy­tał po raz trzeci:

— Gdzie znajdę Pau­lusa?

— Jakaś licha ta gadzina. — Mecha­bio­log wska­zał na ręko­jeść laski Ostrow­skiego. — Lichutka.

Fran­ci­szek Michal­ski odchrząk­nął z głębi pokoju.

— Agnieszko — powie­dział Ostrow­ski, patrząc Mein­hol­dowi w oczy.

Potem zacze­kał, aż żona ośmie­szy trzy­dzie­ści lat wytę­żo­nych prac nad szczel­no­ścią eli­zjów.

Poczuli to wszy­scy trzej. Zaty­ka­jąca uszy fala zimna, gdy Agnieszka Ostrow­ska się­gała poprzez Kresy. Gdzieś na końcu ulicy syp­nęło szy­bami po bruku. Pode­szła do męża i podała mu duży, chłodny przed­miot. Ostrow­ski wziął go ostroż­nie, nie doty­ka­jąc jej dłoni. Gdy odwró­cił się do Mein­holda, wie­dział już, że Nie­miec powie im wszystko.

Oczy Mein­holda mówiły, że nie­do­wie­rza temu, co widzi. I że się boi. Nagi czło­wiek boi się całym cia­łem, i tak wła­śnie bał się Her­man Mein­hold: bez­sku­tecz­nie cho­wał się za krą­głymi ramio­nami, wci­ska­jąc mięk­kie plecy w kąt sypialni.

Ostrow­ski z tru­dem powstrzy­mał uśmiech. To jed­nak prawda! Dłu­gie mie­siące cięż­kiej, nie­bez­piecz­nej pracy nie poszły na marne. I pomy­śleć, że z początku w to nie wie­rzyli – on, Michal­ski, Dłu­ski i inni. Nie­do­wie­rzali, myśląc, że to nie­miecki for­tel, plotka, pod­rzu­cona, by wypro­wa­dzić ich w pole. Bo czy moż­liwe, aby wielki Her­man Mein­hold cier­piał na tak sza­loną przy­pa­dłość? Czy w dzi­siej­szych cza­sach, oświe­co­nym wieku Sztuki, pary i zmiany, może w ogóle ist­nieć tak gro­te­skowa fobia?

Nie wnie­siesz broni pal­nej do eli­zjum, nie spro­wa­dzisz jej poprzez kre­sowe pola. Ostrow­ski miał świa­do­mość, że Agnieszka doko­nała nie­moż­li­wego, nie pierw­szy zresztą raz. Co w tym dziw­nego, skoro sama była nie­moż­li­wo­ścią?

To nie podziw dla jej wyczynu kazał Mein­hol­dowi wpa­try­wać się w rzecz, którą Agnieszka podała mężowi. Już nawet nie strach, lecz pier­wotne, nie­lo­giczne, odbie­ra­jące rozum i siłę prze­ra­że­nie. Her­man Mein­hold śmier­tel­nie i nie­wy­tłu­ma­czal­nie bał się bowiem kara­bi­nów.

Sto­jący nad nim Piotr Ostrow­ski trzy­mał długi i ciężki, stary dobry kara­bin Dreyse’a.

Z głowy pana Pio­tra

Piotr Ostrow­ski ma świetną pamięć. Dobrze pamięta swój poród.

Pamięta płacz matki i wła­sny, gdy poczuł wprawne, szorst­kie dło­nie aku­szerki. I wrzask, który roz­legł się chwilę potem. A wrzesz­czały wszyst­kie – aku­szerka, słu­żące i, gdy go jej poka­zano, rów­nież matka. Darły się wnie­bo­głosy, bo uro­dził się jego brat.

Ostrow­ski pamięta, że kobiety sowi­cie prze­ku­piono, by mil­czały. I rze­czy­wi­ście zamil­kły. Aku­szerkę zna­le­ziono kilka dni póź­niej w jej łóżku. Leżała uma­zana feka­liami i wymio­ci­nami, a jej opuch­nięta twarz miała barwę świe­żego szczy­pioru. Jedna ze słu­żą­cych prze­pa­dła bez wie­ści, druga powie­siła się w rupie­ciarni na dwor­ko­wym stry­chu. Na belce obok dyn­dała Dag­mara Ostrow­ska, matka bliź­nia­ków.

Piotr Ostrow­ski pamięta jej pogrzeb w upalne wrze­śniowe popo­łu­dnie, jedno z tych, gdy z wonią Bugu wiatr niósł polem świeży zapach nad­cho­dzą­cej jesieni. Pamięta, że nie został zabrany na pogrzeb, ale jed­no­cze­śnie pamięta robaki oży­wia­jące świeżą, mokrą glebę. I zaciętą twarz ojca, zie­mi­stą, mimo zacho­dzą­cego słońca malu­ją­cego oko­licę ogni­stymi jaskra­wo­ściami.

Pamięta, że tego samego wie­czoru został ochrzczony. Młody ksiądz ochrzcił go w obec­no­ści ojca i wyso­kiego męż­czy­zny o twa­rzy schla­sta­nej tuzi­nem blizn. Pamięta, że ksiądz był pijany i czę­sto się żegnał. Szcze­gól­nie, gdy chrzcił dru­giego syna Tade­usza i Dag­mary Ostrow­skich. Piotr ni­gdy wię­cej nie ujrzał brata, księ­dza ani ojca chrzest­nego.

Ojca, pogod­nego męż­czy­znę pach­ną­cego alko­ho­lem i ciężką pracą, Piotr Ostrow­ski pamięta dobrze. Miesz­kał z nim w pod­hru­bie­szow­skim majątku do ósmego roku życia. Potem, by uchro­nić syna przed nad­cią­ga­jącą nawał­nicą, Tade­usz Ostrow­ski wysłał go naj­da­lej, gdzie mógł. Mały Piotr tra­fił do Lon­dynu na tydzień przed tym, jak młoda Europa prze­bu­dziła się z wrza­skiem, chwy­ciła za sztan­dar i broń, by z pie­śnią na ustach rzu­cić się do boju. A po roku krwa­wych walk dała się zarżnąć.

Nazwali to Prze­bu­dze­niem Ludów, które ude­rzyły z furią w nie­okrzep­nięty Zimowy Sojusz. Pół­to­rej dekady po Oświe­ce­niu więk­szość Zimo­wych Kar­dy­na­łów wciąż żyła i coraz lepiej wyko­rzy­sty­wała nową wie­dzę. Prze­bu­dze­nie oka­zało się Soju­szowi dra­ma­tycz­nie potrzebne i nie­spo­dzie­wa­nie przy­datne. Nie dość, że sce­men­to­wało wymu­szony alians, to jesz­cze zapew­niło gwał­towny roz­wój Sztuki. Powstańcy ude­rzyli bowiem w stary porzą­dek i nową naukę, skwa­pli­wie wie­sza­jąc fran­cu­skich filo­zo­fów, gor­li­wych apo­sto­łów Oświe­ce­nia, i ści­na­jąc pierw­szych prak­ty­ków: nie­miec­kich, austriac­kich i wło­skich tech­ne­rów. Sojusz zare­ago­wał szybko, sku­tecz­nie i z okrutną fan­ta­zją, wypró­bo­wu­jąc na cha­otycz­nych i słabo uzbro­jo­nych powstań­cach (i znacz­nym odsetku pechow­ców sto­ją­cych po oświe­co­nej stro­nie) nowe tech­niki zabi­ja­nia. To wtedy po raz pierw­szy mon­stru­alne rogo­nosy tra­to­wały oddziały wroga, armat­nie kule nio­sły morową mgłę, a kara­bi­nowe poci­ski goto­wały krew w żyłach.

Piotr Ostrow­ski prze­żył wów­czas wła­sną rewo­lu­cję. Z nad­bu­żań­skiej wsi tra­fił do metro­po­lii pul­su­ją­cej ryt­mem setek fabryk. Lon­dyn dał mu nowe życie. I opie­ku­nów – kosmo­po­li­tyczny odprysk rodu matki: dobro­duszną fami­lię Sko­nec­kich, żar­li­wych wyznaw­ców teo­rii naro­do­wo­wy­zwo­leń­czych. Dał też edu­ka­cję, za którą hoj­nie i bez żalu pła­cił stary Ignacy Sko­necki. Ale Lon­dyn poda­ro­wał Pio­trowi coś wię­cej – sie­bie: wszystko to, co dora­sta­ją­cemu chłopcu ofe­ro­wać może mia­sto tej wiel­ko­ści, jeśli tylko chło­piec mieć będzie dość odwagi i swo­body, by się nim zachły­snąć.

To wła­śnie w Lon­dy­nie, kilka lat póź­niej, Piotr dowie­dział się, jak zgi­nął jego ojciec. Tade­usz Ostrow­ski został roz­strze­lany za kie­ro­wa­nie akcją nisz­cze­nia pierw­szych, wtedy wciąż nie­for­mal­nych eli­zjów w Kon­gre­sówce. Lon­dyń­scy opie­ku­no­wie Pio­tra nie chcieli uwie­rzyć, że ten zwa­li­sty męż­czy­zna o łagod­nej twa­rzy miał na rękach krew pra­wie stu Pola­ków i oso­bi­ście zastrze­lił kil­ka­na­ście mło­dych kata­ryn. Piotr Ostrow­ski, pamię­ta­jący pogrzeb matki i pija­nego księ­dza żegna­ją­cego się nad jego bra­tem bliź­nia­kiem, nie miał wąt­pli­wo­ści, że tak wła­śnie było.

24 kwiet­nia 1876, miej­sce spo­tka­nia: tajne

Krótka msza zakoń­czyła się ado­ra­cją Naj­święt­szego Sakra­mentu. Gdy dwu­dzie­stu męż­czyzn pod­nio­sło się z klę­czek, słu­żący popro­wa­dził ich do salonu. Fran­cisz­ka­nin, który odpra­wił litur­gię, poszedł z nimi. Wędro­wali wąskimi kory­ta­rzami, zim­nymi prze­stron­nymi gale­riami i kolej­nymi scho­dami, wciąż w dół i w ponu­rym pół­mroku. Ostrow­ski nie byłby zasko­czony, gdyby oka­zało się, że nagle zna­leźli się pod wielką dru­kar­nią Mes­sera, sześć prze­cznic od klubu, do któ­rego o zacho­dzie słońca weszli z Fran­cisz­kiem Michal­skim.

Salon oka­zał się prze­stronną biblio­teką o nie­po­ko­jąco wyso­kim stro­pie. Lampy na sto­li­kach pomię­dzy fote­lami two­rzyły owal dwu­dzie­stu kilku świetl­nych punk­tów, roz­ja­śnia­ją­cych zbiory uło­żone na cięż­kich dębo­wych pół­kach. Przy­po­mi­nało to Ostrow­skiemu cel­tyc­kie rytu­ały odpra­wiane dawno temu przez jedną z jego mło­dzień­czych angiel­skich kocha­nek. Tysiące wolu­mi­nów pach­niało, Piotr Ostrow­ski sma­ko­wał ten zapach. Lubił książki, choć nie lubił ich czy­tać.

Męż­czyźni stło­czyli się wokół zakon­nika, który nie­spo­dzie­wa­nie wycza­ro­wał barek na kół­kach w kształ­cie Wawelu. Po chwili roz­sie­dli się w fote­lach z kie­lisz­kami w dło­niach, się­gnęli po cygara, fajki i pochy­lili ku sobie pochmurne obli­cza. Polacy, patrioci, spi­skowcy przy­go­to­wu­jący wiel­kie powsta­nie.

— I jak Poznań, Woj­cie­chu?

— Całe koszary po mojej stro­nie. Do końca maja będziemy gotowi.

— Dobrze. My też koń­czymy. Tylko z Żydami nego­cjo­wać trudno, bo…

— Jak Bóg da, to i ja do lata gotowy będę.

— … potrze­bują tych wschod­nich tech­ne­rów do prac przy Nowym Jeru­za­lem. No i nie­ła­two im wma­wiać, że my Chor­waci.

— Więc niech da. Musi, panie Zakrzew­ski, musi Bóg dać.

— Prze­cież wy sami nie wie­rzy­cie, że oni to przed­sta­wie­nie chor­wac­kie kupują. Szczę­ście, że z Soju­szem im teraz nie po dro­dze. Papież pogo­dzić się nie może, że mu się zjeż­dżają i mia­sto pod nosem budują. A oni są ostrożni. Zbroją się. Cho­wają za mur.

— No co też ksiądz… Robimy, co możemy, dzień i noc się po wsiach jeź­dzi, czyta ludziom, tłu­ma­czy…

— Nie ma się co dzi­wić. Pora­dził sobie Sojusz z Fran­cją? To…

— Wła­śnie dzięki Żydom.

— … i z nimi dałby radę.

— Inna ta ich Sztuka, jakaś…

— Prawda, inna.

— Są już plany roz­bi­cia oblę­że­nia war­szaw­skiego?

— A co Lon­dyn?

I tak się toczyło. Padały kolejne pyta­nia i prze­strogi, padały solenne zapew­nie­nia, raczej zaklę­cia i modli­twy niż chłodne dekla­ra­cje. Ostrow­ski nie­cier­pli­wił się. Pił wino i mil­czał, zato­piw­szy się w fotelu i gęstym, niko­ty­no­wym dymie. Słu­chał tych wszyst­kich dru­go­rzęd­nych od dawna spraw.

— Na Wscho­dzie wszystko układa się pomyśl­nie. Wojna wybuch­nie lada dzień.

— Ale Miko­łaj zosta­wił tu armie Suwo­rina i Pie­trowa. Dwie wię­cej, niż myśle­li­śmy.

— Pie­trowa prze­nie­sie, jak tylko żółte hordy roz­poczną ofen­sywę.

— Nie prze­nie­sie. Wtedy będzie za późno.

— Syn wró­cił z Nip­ponu, widział ludzi-ptaki.

— Boskie Podmu­chy?

— Jedzą jakieś łajno, które wybu­cha, gdy pęka żołą­dek. A potem wyska­kują ze ste­row­ców, roz­po­ście­rają sztuczne skrzy­dła i szy­bują. Jeden na pię­ciu tra­fia w małą ruchomą łódkę. Eks­plo­duje co drugi.

— Miko­łaj wie, że czasu coraz mniej. W Moskwie strze­lają, do kogo popad­nie.

— Boi się, skur­wy­syn.

— Gdy tylko skoń­czą kłaść sze­ro­kie tory, da pod War­szawę behe­mota. Całe wsie szły w powie­trze, jak go Iwa­now pró­bo­wał.

— Do War­szawy nie dojadą.

— Ufam, panie Dłu­ski.

I tak się toczyło, Ostrow­ski pił wino, mil­czał, patrzył po obec­nych. Stary Michal­ski, oddany przy­ja­ciel, wciąż krzy­wił się, gdy słu­chał, że mu Żydzi w uko­cha­nej Fran­cji Nowe Jeru­za­lem budują. Przy­stojny, pewny sie­bie Dłu­ski, bły­sko­tliwy i odważny, i przy­wią­zany do nie­po­trzeb­nej prze­mocy. Poczciwy, zrzę­dzący spo­łecz­nik Micha­łow­ski, ksiądz Bucz­kow­ski, peda­gog i esteta, cyniczny fabry­kant Macie­jew­ski – wszy­scy mówili wiele, nie mówiąc jed­no­cze­śnie naj­waż­niej­szego. Że tym razem ma się udać, bo nie popeł­nią błędu sprzed ćwierć­wie­cza i będą mieć Sztukę po swo­jej stro­nie. Dla­tego odnajdą Pau­lusa, jak zade­cy­do­wał gospo­darz spo­tka­nia i mózg całego spi­sku. Zresztą imię gospo­darza rów­nież nie padło, krą­żyli wokół niego bez­oso­bo­wymi for­mami i zawo­alo­wa­nymi omó­wie­niami. Co w tym dziw­nego, skoro był dla nich jedną z legend, patrio­tycz­nym mitem, rów­nie odle­głym, obcym i nie­prze­nik­nio­nym, co Bóg, do któ­rego modlili się przed godziną? Wcze­śniej widział go tylko fran­cisz­ka­nin Michał, jego rzecz­nik i posła­niec. Za chwilę pana Adama ujrzeć miał Piotr Ostrow­ski.

Gdy nad­szedł czas, przy­szedł słu­żący, a towa­rzy­stwo poże­gnało Ostrow­skiego mil­cze­niem. Kolejne kory­ta­rze, kolejne schody, wresz­cie duże, bogato rzeź­bione drzwi, na któ­rych Matka Boska z Dzie­ciąt­kiem na ręku spo­glą­dali czule na husa­rię szar­żu­jącą na rosyj­skie pan­cerne rogo­nosy. Słu­żący otwo­rzył drzwi.

— Mistrz czeka.

Prze­kra­cza­jąc próg, Ostrow­ski wytarł o spodnie mokre od potu dło­nie.

W środku było cie­pło i czer­wono, były kable i szafa. Dzie­siątki kabli, pną­czy, lin, rur i rurek wyra­stały z mecha­tych ścian koloru krwi. Splą­tane w pul­su­jące bio­me­cha­niczne war­ko­cze, cią­gnęły do sta­rej szafy, w któ­rej sufi­cie i ścia­nach nik­nęły rów­nymi rzę­dami. Zza jej uchy­lo­nych drzwi dobie­gał led­wie sły­szalny mecha­niczny pomruk.

Piotr prze­łknął ślinę, pod­szedł do szafy i ją otwo­rzył.

Zaskrzy­piało.

Ostrow­ski szarp­nął się do tyłu.

W środku wisiało ciało. Mumia wła­ści­wie, sucha i zmarsz­czona niczym stare jabłko, z małą, jakby nie­mow­lęcą głową, zwie­szoną na wiot­kiej szyi.

Nie może być!

Wisiała w chry­stu­so­wej pozie na szem­rzą­cych kablach, rur­kach i łody­gach, szczel­nie opla­ta­ją­cych jej wiot­kie ręce, nogi i zapad­niętą pierś. Śmier­działa zepsu­tym jedze­niem.

On nie jest tak stary!

Ostrow­ski przy­glą­dał się zaschnię­tym wypry­skom na czubku nie­wiel­kiej głowy. Mil­czał, nic nie rozu­mie­jąc.

— Dotknij mnie — zaskrze­czała mumia.

Poko­jem zako­ły­sało.

— Dotknij mnie — powtó­rzyła z wysił­kiem, wyso­kim, star­czym i jed­no­cze­śnie dzie­cię­cym gło­sem. Jeden z wypry­sków na jej gło­wie pękł, uwal­nia­jąc gęsty, żółty płyn.

Ostrow­ski ode­tchnął głę­boko i dotknął mumię. Wtedy powę­dro­wali daleko.

Z głowy pana Pio­tra

Piotr Ostrow­ski nie wie­rzył w miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Sypiał ze swoją przy­szłą żoną dobre pół roku, zanim w ogóle ją polu­bił. Robił to regu­lar­nie i czę­sto, więc cenił się wysoko, a Agnieszka pła­ciła bez prób zbi­ja­nia ceny. Przez dru­gie pół roku inte­re­so­wał się nią jed­nak coraz bar­dziej, co nie było łatwe, skoro naj­mniej­sza część jej ciała, każdy gest, odruch czy jęk był mu zna­jomy bar­dziej niż wła­sny. Ale udało się i po wyga­śnię­ciu umowy Piotr i Agnieszka nie roz­stali się, jak odgra­żali się wcze­śniej. Wzięli ślub, gdy tylko kon­trakt prze­stał obo­wią­zy­wać. I choć Ostrow­ski nie wie­rzył w miłość od pierw­szego wej­rze­nia, wtedy uwie­rzył w miłość aż po grób. Czas miał poka­zać, że będzie to miłość trwa­jąca dłu­żej.

Wyna­jęła go na rok, bo cze­kało ją dwa­na­ście mie­sięcy cięż­kiej pracy. Była jed­nym z naj­lep­szych bada­czy nowej nauki w Kró­lew­skiej Aka­de­mii Sztuki, ale jed­no­cze­śnie była bada­czem naj­bar­dziej nie­do­ce­nia­nym. Jej pol­skie pocho­dze­nie i uroda nie poma­gały – będąc jedną z naj­lep­szych bio­tech­ne­rów na Wyspach (jako kobieta nie miała szans na ścieżkę mistrzow­ską nawet w Lon­dy­nie), Agnieszka Potocka sta­no­wiła kurio­zum w skali całej Aka­de­mii. Kurio­zum, które lek­ce­wa­żono, ale i któ­rego się oba­wiano. Szcze­gól­nie odkąd w mie­ście gło­śno zro­biło się o woter­kach, doma­ga­ją­cych się praw wybor­czych dla kobiet i przy­łą­cza­ją­cych się do coraz śmiel­szych pokrzy­ki­wań o demo­kra­ty­za­cję Sztuki.

Agnieszka nie miała szans na pracę przy mili­tar­nych bada­niach czy eks­plo­ra­cji Kre­sów (w tym cza­sie opra­co­wy­wano alter­na­tywne – do modli­twy, snu i medy­ta­cji – wej­ścia), jej ostat­nim pro­jek­tem była praca nad mody­fi­ka­cjami warzyw. Pro­gram prze­wi­dy­wał rok badań, potrze­bo­wała więc regu­lar­nej zewnętrz­nej rege­ne­ra­cji. Zde­cy­do­wała się na kata­ryna.

Poznała go na pol­skim balu u Sko­nec­kich. Aro­gancki trzy­dzie­sto­la­tek, absol­went Royal Mili­tary Aca­demy, bły­sko­tliwy, pyskaty i upar­cie uśmiech­nięty, mimo mio­ta­nych przez nią zło­śli­wo­ści. W dodatku zda­wał się zupeł­nie pozba­wiony lśnie­nia, co zna­czyło, że byłby bez­piecz­nym kata­ry­nem. Po dwóch godzi­nach zacie­kłych poje­dyn­ków na nie­istotne słowa i istotne gesty Agnieszka Potocka, pijana bar­dziej niż jej się wyda­wało, zapro­po­no­wała mu roczny kon­trakt. Rzu­cił cenę. Zgo­dziła się. Nie nale­żała do ludzi cofa­ją­cych wypo­wie­dziane słowo.

Przez rok wszystko się zmie­niło. Był ślub, cudowny kwie­cień, cudowny maj, po nich cudowne dni czerwca: pierw­szy, drugi i trzeci. Czwarty był zły. Czwar­tego dnia widział ją po raz ostatni. Zanim wyje­chała, kochali się. A wtedy wokół nich z nieba zaczęli spa­dać ludzie.

Wywal­czyła sobie wyjazd do Wied­nia, na semi­na­rium poświę­cone bio­mo­dy­fo­lo­gii. Piotr został w Lon­dy­nie, pan Sko­necki zor­ga­ni­zo­wał mu waż­nych gości: pol­skich emi­gran­tów ze zbu­rzo­nego Paryża.

Dzień przed jej wyjaz­dem udali się na poże­gna­nie do Kró­lew­skich Ogro­dów w Kel­ne­day. Czwar­tego czerwca żegnali się o świ­cie, w aka­de­mic­kim Ogro­dzie Julii, wśród setek nowych kwia­tów o wyra­zist­szych kolo­rach i inten­syw­niej­szych zapa­chach, tań­czą­cymi miękko na wie­trze, śpie­wa­ją­cymi do pta­ków i gorą­cego czerw­co­wego słońca. On cało­wał jej uda, ona pach­niała pożą­da­niem, a kwiaty mru­czały razem z nią. Potem prze­wró­ciła go na plecy i, śmie­jąc się, usia­dła na nim. A wtedy kilka metrów od nich z bez­chmur­nego nieba z wrza­skiem runął czło­wiek. Ude­rzył o zie­mię, opry­sku­jąc Agnieszkę wnętrz­no­ściami.

Jej krzyk, drugi huk, po nim trzeci i czwarty. I przej­mu­jąca cisza.

Wytarli się, ubrali i, wciąż oszo­ło­mieni, obej­rzeli ciała. Zupeł­nie roz­trza­skane, spa­dły z bar­dzo wysoka. Męż­czyźni w wiel­kich przy­ciem­nia­nych goglach, skó­rza­nych kaskach, ubrani w uni­formy eks­plo­ra­to­rów Aka­de­mii. Eks­pe­dy­cja bada­jąca kre­sowe wiszące mosty. Tam­tego ranka ich misja zakoń­czyła się oczy­wi­stym nie­po­wo­dze­niem.

Wie­czo­rem Agnieszka wyje­chała. A trzy tygo­dnie póź­niej skoń­czył się świat – Piotr Ostrow­ski dowie­dział się, co zro­biono jego żonie. Być może wszystko poto­czy­łoby się ina­czej, gdyby wtedy nie było przy nim Fran­ciszka Michal­skiego i innych gości z Paryża. Ale byli. Wzięli go ze sobą i pozwo­lili dzia­łać.

24 kwiet­nia 1876, Kresy

— Zasta­na­wiasz się, Pio­trze Ostrow­ski? Docie­kasz, czy to, co widzia­łeś w sza­fie, to byłem ja?

— Nie, ja…

— Tak. To byłem ja.

— Pan.

— Zatem który z nas jest bar­dziej mną?

— Słu­cham?

— Tru­chło w sza­fie czy męż­czy­zna w mod­nym kubraku, sto­jący teraz przed tobą?

— Pro­szę mi wyba­czyć, ale takie kubraki wyszły z mody dwa­dzie­ścia lat temu.

Pan Adam uważ­nie przyj­rzał się Ostrow­skiemu. Ostrow­ski przy­glą­dał się panu Ada­mowi. Czy pan Adam tak kie­dyś wyglą­dał? Czy tak się nosił? Pary­ski kra­wiec, turecki szewc, śnież­no­biały jedwab pod szyją. Gdy zde­cy­do­wa­nym ruchem odgar­niał czu­prynę z czoła, kiedy pamię­tał, by wydatny pod­bró­dek trzy­mać wysoko, ciało pana Adama anon­so­wało: oto wieszcz.

— Możesz mi mówić: panie Ada­mie — powie­dział pan Adam z uśmie­chem, który Pio­trowi wydał się lek­ce­wa­żący.

Ostrow­ski mil­czał. Męż­czy­zna z jedwa­biem pod szyją zako­men­de­ro­wał:

— Przejdźmy się.

I poszli kre­sową łąką, w gęstej, łagod­nej tra­wie koloru doj­rza­łych poma­rań­czy. Ostrow­ski rozej­rzał się. Kresy nie­znacz­nie róż­niły się od tych, do któ­rych tra­fiał we śnie: pagórki były wyż­sze, rośliny więk­sze i czę­ściej wystę­pu­jące. I tylko przy­jemny, odświe­ża­jący chłód pozo­stał ten sam.

— Uro­dzi­łem się sie­dem­dzie­siąt osiem lat temu — powie­dział pan Adam i wska­zał na wzgó­rze, ku któ­remu ruszyli. — Sztuka — dodał i zamilkł. Ostrow­ski pojął, że nie czas na pyta­nia.

— Sztuka. Gdy tylko przy­szła, rzu­ci­łem się na nią — pod­jął pan Adam. — Rzu­ci­łem, rzec można, żar­łocz­nie. Gdziem nie tra­fił, naj­pierw była ona, na Połu­dniu, w Paryżu czy na Wscho­dzie. Szybko zro­zu­mia­łem, że czas lite­ra­tury mija. Że lite­ra­tura poczeka. I wszę­dzie stu­dia, księgi, modli­twy i medy­ta­cje. Prze­miany, kre­acje, destruk­cje. To dla mnie czas wiel­kich suk­ce­sów i wzru­szeń. I pora­żek, po któ­rych pra­cuję wię­cej i wię­cej. To Sztuka uczy­niła mnie tym, czym zasta­łeś mnie tam, w sank­tu­arium. I tym, kim jestem tu i teraz, z tobą, Pio­trze Ostrow­ski. — Pan Adam zatrzy­mał się, roz­ło­żył ręce. — Wiele stra­ci­łem. I zyska­łem wiele. — Spoj­rzał w róż­no­barwne niebo. — Nie­zba­dane są wyroki.

— Boskie?

— A cóż innego dać mogło tę olbrzy­mią moc? Tę nie­wy­obra­żalną siłę? Sztuka to wspa­niały bat, to lśniący, czy­sty kij, nawo­łu­jący do samo­dy­scy­pliny i pokory. Wiele wymaga, bo sta­nowi zaiste wielką obiet­nicę. Daje nam Kresy, raj­skie przed­sionki, musi więc wyma­gać wiele.

— A prak­tyki w eli­zjach? — spy­tał Ostrow­ski.

Unie­siona brew pana Adama poka­zała Pio­trowi, jak przy­ziemne to było pyta­nie.

— Sztuka i Kresy zmu­siły nas do rewi­zji obrazu czło­wieka i świata — wyja­śnił pan Adam, rusza­jąc przed sie­bie. — Dla­czego nie mie­li­by­śmy więc zre­wi­do­wać boskiego obrazu? Nie pierw­szy zresztą raz?

Ostrow­ski dotrzy­my­wał kroku.

— Widzisz, Pio­trze, z dołu trudno o pełną per­spek­tywę. Fran­ci­szek Michal­ski na ten przy­kład, twój wierny druh i przy­ja­ciel, od kilku lat należy do pew­nego sto­wa­rzy­sze­nia, rzec można nie­ko­niecz­nie osten­ta­cyj­nego, które zapa­mię­tale oddaje się cięż­kiej pracy wyrzy­na­nia co zdol­niej­szych ludzi Sztuki. Nie­za­leż­nie od ich pocho­dze­nia czy strony, dla któ­rej pra­cują. Pan Michal­ski i jego tajemni przy­ja­ciele są nie­liczni, dobrze zor­ga­ni­zo­wani i sku­teczni. — Pan Adam uśmie­chał się sze­roko. — Dzi­wię się, że pan Fran­ci­szek w ogóle zaszczy­cił mnie dziś swą obec­no­ścią. Szcze­rze mówiąc, jestem pod wra­że­niem. To na swój spo­sób akt odwagi.

Piotr czuł napły­wa­jące fale gorąca.

— Fran­ci­szek?

— Mówi­łem, z dołu widać nie­wiele. To wszystko jest bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż wam się wydaje. Dużo bar­dziej. Myśli­cie, że trzeba ude­rzyć w zabor­ców, mocno i zde­cy­do­wa­nie, jak ni­gdy przed­tem i że to wystar­czy. Bo tym razem nie wystą­pimy prze­ciw Sztuce, tym razem Sztuka będzie z nami. Pau­lus. Twoja żona. Hm… tym razem to my będziemy Sztuką. I Moskwa sobie nie pora­dzi, zajęta wojną na Wscho­dzie. Austro-Węgry roz­padną się wresz­cie, a Rze­sza nas nie powstrzyma, bo będziemy gryźć, aż pusz­czą nas wolno.

Piotr słu­chał.

— Wciąż liczy­cie — pod­jął pan Adam — kto wie, może i słusz­nie, że Zimowy Sojusz odpu­ści i da nam choć część tego, co zechcemy, bo zajęty pacy­fi­ko­wa­niem Fran­cji, prze­stra­szy się potęgi Nowego Jeru­za­lem i szan­tażu Bry­tyj­czy­ków. Może tak będzie. A może nie.

Weszli na szczyt nie­wiel­kiego wznie­sie­nia. Pan Adam wydął wargi i patrzył na hory­zont. Piotr zro­zu­miał, że na coś cze­kają.

I wtedy zda­rzyło się: zza wzgó­rza przed nimi poczęły wypeł­zać ku niebu świe­tli­ste linie. Pięć, nie, sześć zło­ci­stych szla­ków wdra­py­wało się ku wie­lo­barw­nemu skle­pie­niu. A gdy były wysoko, Ostrow­ski nie umiał oce­nić jak bar­dzo, ale gdy były naprawdę wysoko, roz­bły­sły jeden po dru­gim, po czym znik­nęły, nie zosta­wia­jąc śladu.

— Piękne — powie­dział.

— Prawda? — zgo­dził się pan Adam.

— To były czy­jeś modli­twy?

— W pew­nym sen­sie. — Pan Adam uśmiech­nął się. — To byli ter­ro­ry­ści.

— Och. — Ostrow­ski nie umiał ukryć zasko­cze­nia. — Ter­ro­ry­ści?

— Ter­ro­ry­ści. Godzinę temu z wie­deń­skiego dworca wystar­to­wał żywo­lot do Łodzi. Kiedy wylą­duje, w naj­droż­szej z kabin, tej z wyj­ściem na Kresy, znajdą sześć ciał. Bogaci fabry­kanci, Polacy, Nie­miec, Austriacy. Wszy­scy, spra­wie­dli­wie, z wypa­lo­nymi mózgami.

— Ich przed­się­bior­stwa pra­cują dla Soju­szu?

— Nie. Roz­pę­dzali strajki. Gazem i kulami.

— Te świe­tli­ste linie to ter­ro­ry­ści?

— Powiedzmy, że ich dobra wola. Dużo dobrej woli sze­ściu mło­dych męż­czyzn z Dre­zna. Pra­co­wali na to mie­sią­cami. — Pan Adam odwró­cił się do Ostrow­skiego. — Rozu­miesz teraz? Już dawno nie ma jed­nej linii podziału.

— Jest cała sza­chow­nica. Jakby.

— Sza­chow­nica! Ba! Na tę sza­chow­nicę, skom­pli­ko­waną jak ni­gdy wcze­śniej, nakłada się kolejna. Na nie jesz­cze jedna. Weźmy pana Fran­ciszka Michal­skiego. Chce bić się o Pol­skę z Niem­cami i Moska­lami. Nie­na­wi­dzi Żydów, chyba się ich boi, ale pomaga kupo­wać od nich for­muły i hodow­linę. Żydzi sprze­dają je tylko dla­tego, że pol­skie ude­rze­nie w Rze­szę jest im na rękę, bo wtedy wydrą jej jak naj­wię­cej ścierwa Fran­cji. I tenże Michal­ski rano spi­skuje prze­ciw Niem­com, a wie­czo­rami wojuje prze­ciw Sztuce. I powin­ni­śmy go jesz­cze spy­tać, co sądzi o łódz­kich łami­straj­kach. Albo bry­tyj­skich kobie­tach, któ­rym zachciało się spraw­dzać, jak wygodne są męskie por­tki. Bo prę­dzej czy póź­niej prze­staną być tylko powo­dem do kpin przy cyga­rze. Nie ma jed­nej linii podziału. Nie może być, do dia­bła. Obudź się!

Piotr nie wie­dział, co odpo­wie­dzieć. Patrzył w hory­zont, w bie­gnące doni­kąd wiszące mosty.

— Witaj w nowych cza­sach, Pio­trze Ostrow­ski.

Pan Adam prze­tarł chustką mokre od potu czoło.

— To wszystko dzieje się za szybko — powie­dział Piotr.

— Dopiero będzie szybko. Bo dopiero teraz zaczy­namy sobie jakoś radzić. To pierw­sza dekada, gdy w miarę bez­piecz­nie odry­wamy się od ziemi. I zale­d­wie druga, gdy nowe rośliny nie trują, broń czę­ściej tra­fia w cel, niż wybu­cha w rękach strze­la­ją­cego. Wciąż uczymy się Sztuki, rege­ne­ra­cji, Kre­sów. I sie­bie na nowo. Bo wciąż pudłu­jemy.

— I pudło­wać będziemy.

— No oczy­wi­ście! Doceń to, na two­ich oczach powstaje nowa fizyka, nowa filo­zo­fia i teo­lo­gia! I cza­sem nawet umarli wra­cają — pan Adam skoń­czył szep­tem.

Ostrow­ski poczuł, że się czer­wieni.

— War­szawa — mruk­nął wresz­cie.

— Co: War­szawa?

— War­szawa pło­nie.

Pan Adam pokrę­cił głową.

— War­szawa gaśnie. Ale prawda. Moskale nie mieli prawa eks­pe­ry­men­to­wać w ten spo­sób. Sztuka nie jest dla bar­ba­rzyń­ców. Igrali z ogniem, toteż ogień spro­wa­dzili.

— Na całe mia­sto. Tam wciąż są Polacy.

— Polują na sie­bie, jedzą się nawza­jem. Opę­tani albo…

— Polacy.

— … sza­leni. Pew­nie jedno i dru­gie. Czczą złe, obce bóstwa. Biją pokłony przed potwo­rami w ich wła­snych gło­wach.

— Polacy. Płoną dwu­dzie­sty rok.

— War­szawa gaśnie — powtó­rzył pan Adam. Znów był cier­pliwy i spo­kojny. — A grzyb­sta prze­staje rosnąć.

— Grzyb­sta wciąż idzie w górę.

— Tylko dla­tego, że Bismarck wespół z Alek­san­drem odcięli to nie­szczę­sne mia­sto od świata i walą w nie, czym popad­nie! Tylko dla­tego grzyb­sta jesz­cze nie poczęła się cofać. Im taka War­szawa jest potrzebna. Im potrzebny sym­bol. Sym­bol potęgi wła­snej i potęgi Sztuki.

— I poli­gon.

— I poli­gon — zgo­dził się pan Adam i uśmiech­nął się do cze­goś za ple­cami Ostrow­skiego. — A nam potrzeba Pau­lusa. Wyko­rzy­stamy jego poten­cjał i z Bożą pomocą wygramy.

Piotr odwró­cił się. Na kre­so­wym hory­zon­cie pełzł cień kar­na­wału.

— Mein­hold nie kła­mał — powie­dział pan Adam. — Tam go znaj­dziemy.

— Jeśli Sojusz nie będzie pierw­szy.

— Nie będzie. Domy­ślają się, że ma go Wodzi­rej, ale nie mogą go dostać. Wodzi­rej nie chce per­trak­to­wać, Sojusz boi się ich zbom­bar­do­wać, więc pró­bują ina­czej. Przed­wczo­raj Niemcy znów ude­rzyli. O świ­cie, pozo­ru­jąc atak żydow­skich gwar­dzi­stów. Skoń­czyło się jak zwy­kle. Kil­ku­dzie­się­ciu Niem­ców, któ­rym udało się uciec, cały dzień rzy­gało żywymi roba­kami. A o zacho­dzie słońca pomarli.

— Więc skąd ta pew­ność, że Wodzi­rej będzie roz­ma­wiał z nami?

— Będzie roz­ma­wiał z tobą.

— Bo myśli, że pró­bo­wa­łem wykoń­czyć Bismarcka?

— Wodzi­rej musi wie­dzieć, że ten zamach był farsą.

— Więc dla­czego chce wła­śnie mnie?

— Bo tam jest twój brat bliź­niak — powie­dział spo­koj­nie pan Adam. — I Wodzi­rej o tym wie.

Kresy ruszyły. Zawi­ro­wały sza­leń­czo, szyb­ciej i szyb­ciej, z Pio­trem Ostrow­skim w środku. Wciąż stał i patrzył na pana Adama, pró­bu­jąc go słu­chać, lecz jego głowa krzy­czała, że Kresy ożyły i sza­leją, rzu­ca­jąc nim coraz gwał­tow­niej. Pan Adam tłu­ma­czył coś, ale pan Adam był daleko, w wiel­kiej śmier­dzą­cej sza­fie sto­ją­cej w mecha­tym pokoju koloru krwi. Ostrow­ski słu­chał i nie sły­szał. Znów był na pogrze­bie matki, widział, jak żegna ją ojciec i jak żegnają ją brzozy, wśród któ­rych spo­częła. Znów chrzcili go w ciem­nym pokoju męż­czyźni o zacię­tych twa­rzach, wychy­lali kolejne butelki i żegnali się raz za razem, lejąc wodę na głowy Pio­tra i jego brata.

Jego brat żyje? Jest w Kar­na­wale? I skąd o tym wszyst­kim wie ten czło­wiek? Kalej­do­skop sza­lo­nych złych snów dopadł go nagle, po czter­dzie­stu latach. Dopadł i ści­snął za gar­dło, odbie­ra­jąc oddech i rozum.

Pan Adam zro­zu­miał, zamilkł i pocze­kał.

— Jak się tam dostanę? — Piotr Ostrow­ski ledwo poznał wła­sny głos. Chry­ste, tak bar­dzo chciał się napić. — Zabiją mnie, jak tylko pod­jadę na odle­głość strzału.

— Wiem. Toteż zary­zy­ku­jemy i spró­bu­jemy ina­czej. Przez miej­sce, z któ­rego do Kar­na­wału jest ponoć naj­bli­żej.

Ostrow­ski wcale nie chciał zadać tego pyta­nia.

Cóż z tego, że nie chciał.

— Co to za miej­sce?

Męż­czy­zna z jedwa­biem pod szyją uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

— War­szawa.

Z głowy pana Pio­tra

Piotr nie uwie­rzył, gdy dostał wia­do­mość, że Agnieszka Ostrow­ska nie żyje. Że życie żony zakoń­czyło się na brud­nej pod­ło­dze gospo­dar­czego pomiesz­cze­nia wie­deń­skiej Aka­de­mii. Że została zaka­to­wana na śmierć. I że nie zna­leźli tego, kto to zro­bił.

Złu­dze­nia pry­sły kilka dni póź­niej, o pół­nocy, w trak­cie nie­spo­koj­nego pijac­kiego snu, w dro­dze do Wied­nia. Gdy pan­cerny eks­pres prze­dzie­rał się przez pło­nące zglisz­cza szar­pią­cej się ostat­nimi siłami Fran­cji, Piotr Ostrow­ski tra­fił daleko.

Leżał, lecz zamiast podróż­nej pościeli, była zimna posadzka. Zakrwa­wiony, obo­lały, z opuch­nię­tymi ustami i pogru­cho­ta­nym nosem, roz­pacz­li­wie wal­czył o każdy oddech. Załza­wiony i zasmar­kany, patrzył na swoje posi­nia­czone nogi w porwa­nych poń­czo­chach, oglą­dał jedną z nich pod­ska­ku­jącą nie­re­gu­lar­nie, zupeł­nie mu obcą. Patrzył na kształt przed sobą, męż­czy­znę bez twa­rzy, zapi­na­ją­cego spodnie. Patrzył, jak tam­ten sięga po nie­po­zorny nóż.

Prze­bu­dził się z krzy­kiem. Zwy­mio­to­wał na buty śpią­cego obok pana Fran­ciszka, jed­nym hau­stem dokoń­czył flaszkę i znów zwy­mio­to­wał. A wtedy zro­zu­miał.

Póź­niej, przez kolejne lata, to wra­cało. Dzie­siątki razy, im zacie­klej się bro­nił, im bar­dziej roz­pacz­li­wie sta­rał się uciec, tym czę­ściej znów leżał tam, w kan­cia­pie, zdany na łaskę widzia­dła bez twa­rzy i prze­ży­wał śmierć żony.

Aż wresz­cie Agnieszka wró­ciła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki