Uzyskaj dostęp do tej i ponad 60000 książek od 6,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 310
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Lidia Krawczuk, Paweł Żuchowski, 2020
Redakcja i korekta: Małgorzata Sieniewicz. Literacka
Projekt okładki, skład: This Way Design Marcin Gajosiński
Zdjęcia: Lidia Krawczuk, Paweł Żuchowski, archiwum prywatne autorów
Druk i oprawa: Drukarnia Perfekt S.A.
Dystrybucja: Literacka Sp. z o.o.
Wydawca: News Factory
Szczecin 2020
Wydanie: II
ISBN 978-83-957144-0-5
ISBN mobi: 978-83-957144-2-9
ISBN epub: ISBN 978-83-957144-3-6
Podziękowania
Dziękujemy za wsparcie w wydaniu naszej książki Annie Dębek, Joannie Sokołowskiej oraz Tomaszowi Towbinowi i firmie Tomex Remodeling inc. z Chicago.
Szczególne podziękowania dla grupy RMF za objęcie patronatu medialnego nad naszą książką.
Firmie Literacka Sp. z o.o.
Dziękujemy również wszystkim, którzy nam kibicowali i pomagali, w szczególności Małgorzacie Sieniewicz i Marcinowi Gajosińskiemu.
Autorzy
SPIS TREŚCI
WSTĘP
Za drzwiami Białego Domu
Pierwszy raz w rezydencji. Wow!
Dawni mieszkańcy patrzą ze ścian
W ogrodzie Michelle Obamy
Tu dzieje się magia: tradycja i sezon świąteczny w Białym Domu
Selfie w Gabinecie Owalnym
Jeden siedzi, drugi stoi – faux pas na szczytach władzy
Na czerwonym dywanie w Hollywood
Glamour po amerykańsku
Paweł Pawlikowski rzuca Hollywood na kolana
Za kulisami Oscarów: fanka w różowym dresie, kucharz milioner
Mogę potrzymać Oscara? Pewnie, bierz!
Oko w oko z Bradem Pittem
W poszukiwaniu domów gwiazd
I love NYC
Na dachu świata
Kup pan Rolexa!
Droga do Nowego Jorku
Uwaga, będzie film!
Śladami filmów i seriali
Twarzą w twarz z kimś znanym
Na kursie Titanica
O matko! Człowiek na linie
Szaleniec z perspektywy 32. piętra
Szaleniec widziany z dołu
Ameryka wybiera prezydenta
Chicago w euforii, Obama wygrywa
Wyborczy test: dam radę czy nie?
Wielki, żółty ptak – gwiazda kampanii prezydenckiej
Wypieki, garnitury, sukienki, czyli barwy kampanii
Do akcji wkracza Donald Trump
Mówili, że już przegrał… a jednak wygrał
Dziennikarz?! Aaa, z Polski, to ok
3… 2… 1… Lift off! Misja: wahadłowiec
Marzenie: zobaczyć start
To co, jedziemy na przylądek Canaveral?
To dzieje się naprawdę, startuje wahadłowiec!
Przeżyjmy to jeszcze raz
Czekamy na powrót z kosmosu – uff, jak gorąco!
Z wody!!! Rekin!
Radość i smutek: Atlantis powraca na Ziemię
Na ścieżce żywiołu
Trzęsienie ziemi w Waszyngtonie
Gdy nadchodzi Frankenstorm
Przeżyję, czy mnie zmiecie?
Rzeczywistość a telewizja
Amerykańskie pożegnania
Czekając na karawan
Gdy umiera były prezydent USA
Ból jest wszędzie taki sam
Zakończenie
Źródła
WSTĘP
To było zwyczajne popołudnie, 1 czerwca 2009 roku. Pracowaliśmy, jak zwykle, w swoich redakcjach. Jedno z nas w studiu, drugie w terenie. Jedno w publicznej rozgłośni w Szczecinie, drugie w szczecińskim oddziale radia RMF. Czuliśmy się wtedy jednak tak, jakbyśmy siedzieli na gorących krzesłach, ponieważ od dawna wiedzieliśmy, iż za kilka tygodni nasze życie wywróci się do góry nogami. Nikt, poza bardzo wąską grupą osób, nie był jeszcze wówczas wtajemniczony w nasze plany związane z przeprowadzką do Stanów Zjednoczonych.
To właśnie w tym dniu, 1 czerwca 2009 roku, na ekranach telewizorów pojawił się na żółtym pasku komunikat: Zaginął samolot Air France, lecący z Rio de Janeiro do Paryża. Z pewnością wiele osób pamięta, jak zakończył się ten lot. Samolot wpadł do Atlantyku, nikt nie przeżył.
Za kilka tygodni to my mieliśmy lecieć do USA, zmienić na jakiś czas swoje życie. Nie sposób było nie myśleć o tamtej katastrofie, zwłaszcza, gdy spędzało się w newsroomie po kilka godzin dziennie, śledząc na bieżąco kolejne doniesienia i mając w perspektywie lot przez ocean.
Dziś tamto wspomnienie nie wywołuje w nas już niepokoju. Jest tylko czymś, co potrafimy przywołać i dokładnie umiejscowić w czasie. Lato 2009 przyniosło bowiem w naszym życiu rewolucyjne zmiany i tak się akurat złożyło, że wydarzył się wypadek, którym żyły wszystkie światowe i krajowe serwisy informacyjne. Od tamtego czasu wiele się zmieniło: nasz stan cywilny, miejsce zamieszkania, kontynent. Zostaliśmy również rodzicami i odbyliśmy mnóstwo podróży samolotem. To właśnie w czasie jednej z nich, do Hollywood, zrodził się pomysł napisania tej książki. Postanowiliśmy opisać choć część zdarzeń, miejsc i spotkanych na naszej drodze ludzi – to, co zapadło nam w pamięć, w czym mogliśmy uczestniczyć dzięki podjętej pewnego dnia decyzji, by polecieć do Ameryki. Ta, mająca trwać krótko, zawodowa przygoda jest naszą codziennością do dziś.
W 2009 roku, w drugiej połowie lipca, podczas podróży do Stanów, spotkaliśmy człowieka Hollywood, zdobywcę Oscara. Nie przypuszczaliśmy wówczas, że w kolejnych latach odbędziemy tak wiele podróży do stolicy kina i zobaczymy z bliska kulisy Oscarów. Podczas przesiadki na lotnisku w Berlinie, natknęliśmy się na Jana A. P. Kaczmarka, urodzonego w Polsce kompozytora, laureata nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. My lecieliśmy do Waszyngtonu, Jan A. P. Kaczmarek do Los Angeles. My pod adres, pod którym kryła się niewiadoma, Jan Kaczmarek do swojego domu w Ameryce. Spotkanie i krótka rozmowa na lotnisku były pierwszym zaskakującym momentem w drodze do Waszyngtonu. Wkrótce miało się okazać, jak wiele takich nieoczekiwanych spotkań i niespodziewanych chwil czeka nas za oceanem.
Praca dla radia RMF i RMF Classic, otworzyła nam w Stanach drzwi do miejsc, które w innych okolicznościach byłyby dla nas zamknięte. Odbyliśmy wspólnie wiele zawodowych i prywatnych podróży po USA, których nie zapomnimy do końca życia. Bywało różnie. Czasem z emocji nie mogliśmy zasnąć, czasem padaliśmy ze zmęczenia.
Przystępując do pisania, wybraliśmy kilka wątków i wydarzeń, w których uczestniczyliśmy. Doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy w stanie zawrzeć wszystkiego w jednej publikacji. Kluczem stały się więc odwiedzone w ciągu dekady miejsca, w których działo się coś, czym żyły światowe media. Postanowiliśmy, iż opiszemy to wszystko od kulis, z naszej perspektywy, przemycając przy okazji trochę osobistych spostrzeżeń i opowieści o życiu w Stanach. Pisanie tej książki stało się dla nas swego rodzaju podróżą sentymentalną. Praca nad tekstem wymagała od nas przejrzenia dysków ze zdjęciami i filmami wideo, które robimy od pierwszego dnia pobytu w USA. Obserwowaliśmy więc przy okazji, jak zmieniał się nam obwód pasa i fryzury. – Zobacz jaki tu byłem szczupły! – Jak mogłam dać sobie zrobić tak jasny kolor włosów?! – wykrzykiwaliśmy, pochylając się nad ekranem komputera. Ale nie skupialiśmy się tylko na naszym wyglądzie. Zdjęcia przywoływały wspomnienia. Nie raz pytaliśmy siebie nawzajem: – A pamiętasz jak…
Oddajemy w Wasze ręce kawałek naszego życia w Ameryce. Mamy nadzieję, że opowieść o zdarzeniach, które przeżyliśmy w Stanach, pozwoli Wam, w pewien sposób, choć na chwilę przenieść się za ocean.
Lidia, Paweł
Za drzwiami Białego Domu
Pierwszy raz wrezydencji. Wow!
Proszę pani, naprawdę proszę już wyjść!!! – agent Secret Service miał poważny wyraz twarzy i zdecydowanym gestem pokazał mi drzwi. Znajdowaliśmy się w holu Białego Domu, w pobliżu wejścia do Blue Room, jednego z najsłynniejszych pokoi w USA. Robiłam ostatnie zdjęcia. Była końcówka listopada, lecz Biały Dom tonął już w świątecznych dekoracjach. W głównym holu stało kilkadziesiąt choinek obsypanych sztucznym śniegiem. W pozostałych pokojach również było mnóstwo ozdób, bombek, kokard, a także świątecznych drzewek przystrojonych według określonego klucza. W Vermeil Room dominowało złoto. Złotego koloru wszędzie było mnóstwo, lecz w pozostałych pokojach łączył się on z dekoracjami w innych barwach – w Red Room złoto mieszało się z czerwienią, a w Green Room z zielenią. Na zrobienie zdjęć i zobaczenie wszystkich publicznych pokoi Białego Domu miałam tylko około czterdziestu minut. Naprawdę trzeba było się sprężać.
Uczestniczyłam w press preview – prezentacji, podczas której dziennikarze mogą zobaczyć w jaki sposób udekorowano Biały Dom z okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia. Miałam wielkie szczęście. Udało mi się zdobyć akredytację już drugi rok z rzędu. Prezentacje, podczas których można na własne oczy zobaczyć świątecznie przystrojone wnętrze Białego Domu, albo nakryte elegancko stoły przed State Dinner – kolacją na cześć zagranicznego przywódcy, cieszą się olbrzymim zainteresowaniem mediów. Podobnie jak spotkania w Ogrodzie Różanym, podczas których prezydent USA daruje przed Świętem Dziękczynienia życie indykowi lub, gdy z okazji Wielkanocy, zaprasza dzieci na doroczne toczenie jajek po trawie. Ilość miejsc na tego typu wydarzenia jest zawsze mniejsza niż ilość chętnych. Paweł i ja mieliśmy kilka okazji by zobaczyć to wszystko z bliska. Czasem wspólnie, a czasem w pojedynkę, gdy jedno z nas nie otrzymało akredytacji. Tego dnia, gdy agent Secret Service kazał mi się wynosić, byłam w Białym Domu sama. Z naszej dwójki tym razem to ja miałam szczęście.
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Biały Dom na własne oczy, wydał mi się mniejszy niż sobie wyobrażałam. Było to w słoneczny, upalny dzień, podczas spaceru wzdłuż Pennsylvania Avenue – ulicy, przy której znajduje się rezydencja prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wtedy, w to lipcowe popołudnie 2009 roku, Paweł i ja staliśmy przy ogrodzeniu Białego Domu i, jak inni turyści, robiliśmy sobie zdjęcia na tle najbardziej rozpoznawalnego budynku w Waszyngtonie. W kolejnych latach miałam okazję być w Białym Domu wiele razy. Przeczytałam sporo książek na temat jego historii, mieszkających w nim rodzin, sekretów i skandali, które się w nim rozegrały. Dlatego fakt, iż w końcu ja także mogę się w nim znaleźć, budził we mnie silne emocje.
Pierwszy rok pobytu w USA był dla mnie odkrywaniem różnych aspektów Ameryki. Będąc w Polsce wiedziałam, że prezydent USA wydaje czasami na cześć swoich gości uroczyste kolacje. Miałam w pamięci zdjęcia Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich, których z pompą podejmowano w Białym Domu. Ale poza tym, moja wiedza na ten temat była znikoma. Dopiero w Waszyngtonie zrozumiałam, o co tak naprawdę w tym chodzi i dlaczego otrzymanie zaproszenia na State Dinner jest w waszyngtońskich kręgach tak pożądane.
Była końcówka listopada 2009 roku. Wybrany rok wcześniej na prezydenta USA Barack Obama, wydawał swoją pierwszą oficjalną kolację na cześć ówczesnego premiera Indii. Przez cały wieczór telewizja CNN pokazywała gości wchodzących do Białego Domu, a także ceremonię powitania indyjskiej pary. Dla odmiany, dziesięć lat później, gdy Donald Trump podejmował w Białym Domu premiera Australii, nie było już tego typu transmisji. Nie dlatego, że mediom kolacje się znudziły. Donald Trump prowadził otwartą wojnę z CNN i stacja nie była skora do pokazywania gości i eleganckich stołów.
Przy okazji pierwszej State Dinner Baracka Obamy mówiono o tym, jakie przygotowano menu, pokazywano zastawę, aranżację stołów, bukiety kwiatów. Słowem, media o tym mówiły nieustannie.
State Dinner odbywa się z symbolicznym udziałem mediów, dziennikarze zapraszani są na tak zwane previews oraz na moment powitania gości. Ci, którym Biały Dom przyzna odpowiednie akredytacje, mogą wejść na dzień przed kolacją i zobaczyć jak będzie wyglądała sala, w której zaplanowano przyjęcie, zrobić zdjęcia stołów, na których ustawione są już talerze, kieliszki i sztućce. Amerykańskie media poświęcają temu tematowi dużo czasu i energii. State Dinner jest bowiem najbardziej prestiżowym przyjęciem w Waszyngtonie i pewnego rodzaju testem, kto się liczy, a kto nie. Jeszcze tego samego wieczoru portale internetowe publikują zdjęcia zaproszonych osób. Sporo uwagi – zwłaszcza w ostatnich latach – poświęca się temu, co miała na sobie pierwsza dama. Kreacja żony prezydenta USA ma bowiem wymiar polityczny. W Ameryce oczekuje się, że strój wyjdzie spod igły rodzimego projektanta i będzie swojego rodzaju promocją USA. Może to być ewentualnie kreacja uszyta w kraju, z którego pochodzi gość podejmowany przez parę prezydencką.
Kiedy wieczorem, 24 listopada 2009 roku, z uwagą śledziłam relację CNN i pokazywane na ekranie twarze gości wchodzących na teren Białego Domu, nie wiedziałam jeszcze, jaka burza wkrótce się rozpęta. Następnego dnia, kiedy media podawały listę gości, w komentarzach zaczęło przewijać się pytanie: dlaczego do Białego Domu zaproszono Michelle i Tareqa Salahi, małżeństwo z Virginii? – Co oni u diabła tam robili? – padały pytania. Chwilę potem Waszyngtonem, a następnie całą Ameryką, wstrząsnęła następująca wiadomość: państwo Salahi nie mieli zaproszenia na State Dinner, przyjęcie zorganizowane na cześć premiera Indii. Mimo to, zostali wpuszczeni do Białego Domu przez Secret Service. Wkrótce w internecie pojawiły się zdjęcia, na których widać jak blondwłosa była modelka Michelle Salahi, w czerwonym sari, ściska dłoń prezydenta Obamy, a jej uśmiechnięty mąż, w czarnym smokingu, jest następny w kolejce. Kolejna fotografia przedstawiała tę parę z wiceprezydentem Joe Bidenem.
Burza trwała przez wiele dni. Przedstawiciele Secret Service nie potrafili wytłumaczyć, w jaki sposób wpuszczono do Białego Domu ludzi, których nie było na liście gości i nie mieli zaproszeń. W prasie pojawiało się coraz więcej szczegółów i analiz. Michelle i Tareq Salahi dostali przydomek White House Crashers (crasher to po angielsku osoba, która dostała się gdzieś bez zaproszenia). Państwo Salahi weszli na teren Białego Domu, sfotografowali się z kim chcieli i w czasie, gdy zaproszeni goście jedli kolację, umieszczali zdjęcia na Facebooku. White House Crashers nie usiedli bowiem do stołów – nie mieli przecież wyznaczonych miejsc. Po wpadce przeanalizowano wszystkie zdjęcia z przyjęcia i na żadnych nie było zuchwałego małżeństwa. Jak się okazało, Michelle Salahi przed incydentem podpisała kontrakt z telewizją Bravo na udział w reality show The Real Housewives of Washington (Prawdziwe Gospodynie Domowe Waszyngtonu). W ramach kręcenia jednego z odcinków, które miały ukazać się na antenie po Nowym Roku, ekipa sfilmowała nawet przygotowania do kolacji w Białym Domu. Pisano, że celem małżeństwa z Virginii było wypromowanie programu z udziałem Michelle Salahi. Ostatecznie, biuro Secret Service przyznało, że w punkcie kontrolnym nie postępowano zgodnie z procedurami. Z mojej perspektywy, fakt, że ktoś był w stanie dostać się na teren Białego Domu, wchodząc przez punkt kontrolny, nie będąc na liście zaproszonych, był wręcz niewiarygodny. Wiem bowiem doskonale, jak wygląda protokół. Zasada jest zawsze taka sama: nie ma cię na liście, nie wchodzisz. Raz mi się zdarzyło, że zabrakło mojego nazwiska w zestawieniu, jakim dysponował agent w punkcie kontrolnym i Secret Service nie chciało mnie wpuścić, mimo iż pokazałam mailowe potwierdzenie akredytacji z biura prasowego Białego Domu. Moje tłumaczenia na nic się zdały. – Proszę zadzwonić i wyjaśniać – rzekł bez emocji agent, wskazując mi telefon przymocowany do ściany – Jeśli nie ma pani nazwiska na liście, nie mogę pani wpuścić – rzekł stanowczo. Okazało się, że z jakiegoś powodu system komputerowy mnie nie uwzględnił. Na szczęście, po aktualizacji moje nazwisko pojawiło się na liście i agent, który początkowo odmawiał, po kilkunastu minutach zawołał mnie i otworzył bramkę. W przypadku wspomnianej pary zadziałał chyba elegancki wygląd: czerwone sari Michelle i smoking Tareqa. Bo cóż by innego?
Dawni mieszkańcy patrzą ze ścian
Jedna z uroczystości odbywających się w Białym Domu, która najbardziej utkwiła mi w pamięci, i w której wspólnie z Pawłem mieliśmy okazję uczestniczyć, to ta z udziałem trzech prezydentów i trzech pierwszych dam. Ceremonia miała miejsce w maju 2012 roku i było to przy okazji odsłaniania oficjalnych portretów Laury i George’a W. Bushów.
Zgodnie z panującym zwyczajem, urzędujący prezydent (był nim wówczas Barack Obama) zaprasza do Białego Domu swojego poprzednika z małżonką na uroczystość, podczas której prezentowane są oficjalne portrety poprzedniego prezydenta i poprzedniej pierwszej damy. Portrety są później wieszane w publicznej części siedziby głowy państwa i mogą je oglądać również wycieczki zwiedzające Biały Dom.
Tego dnia George W. Bush przybył z całą, kilkunastoosobową rodziną. Tak więc w East Room, największym pokoju w Białym Domu, znaleźli się równocześnie trzej prezydenci: George W. Bush, żyjący jeszcze wówczas George H. W. Bush zwany Bushem seniorem oraz gospodarz spotkania Barack Obama. Sala była wypełniona do granic możliwości. My, oczywiście, tłoczyliśmy się w miejscu wyznaczonym dla mediów, gdzie każdy każdemu wchodził niemal na głowę, żeby zobaczyć jak najwięcej i zrobić jak najlepsze zdjęcia. Byłam bardzo ciekawa czy George Bush senior włoży na tę uroczystość swoje słynne skarpetki. Były prezydent znany był bowiem z upodobania do skarpetek w krzykliwych kolorach albo z zabawnymi wzorami, które dobierał do eleganckich garniturów. Prezydent Bush senior miał wówczas osiemdziesiąt osiem lat i poruszał się na wózku. Kiedy pojawił się w drzwiach, ubrany w stalowy garnitur, z byłą pierwszą damą Barbarą Bush u boku, flesze i migawki aparatów dosłownie szalały. George Bush nie zawiódł bowiem swoich fanów i założył skarpetki w barwach amerykańskiej flagi, w szerokie czerwono-granatowo-białe pasy.
Ceremonia odsłonięcia portretów miała bardzo sympatyczny charakter. Z jednej strony było to przecież oficjalne spotkanie, z udziałem trzech prezydentów, jednak z drugiej dominował amerykański luz i każda z przemawiających osób sypała żartami jak z rękawa. – To było naprawdę uprzejme z waszej strony, zaprosić nas z powrotem do Białego Domu, byśmy mogli powiesić parę rodzinnych zdjęć – powiedziała Obamom była pierwsza dama Laura Bush, dodając: – Nic tak nie sprawia, że dom jest domem, jak portrety jego dawnych mieszkańców, którzy patrzą na ciebie ze ścian – zażartowała.
Przemówienia, naładowane zdaniami wprost idealnymi do cytowania w mediach, wygłosili wówczas prezydenci Obama i Bush W. oraz ich małżonki. Były prezydent podziękował Obamom za gościnność i nakarmienie czternastu członków jego rodziny (sala zachichotała). Przypomniał o podpaleniu Białego Domu przez brytyjskich żołnierzy w 1814 roku i o tym, jak ówczesna pierwsza dama, Dolly Madison, ocaliła portret innego George’a W. (Waszyngtona), wynosząc obraz z płonącego budynku.
– Więc, Michelle, jeśli cokolwiek się zdarzy – powiedział George W. Bush, zwracając się do Michelle Obamy i wskazując na płótno z własną podobizną. – Tam jest twój człowiek! – rzekł z przekąsem. Sala wybuchnęła śmiechem. Takich momentów było tego popołudnia wiele i zrobienie radiowej relacji z tej uroczystości sprawiło mi dużą przyjemność. Mając tak ciekawy materiał, jedyny problem to decyzja, co wybrać, a co pominąć. Przemawiający sypali bowiem non stop zdaniami, gotowymi do cytowania. A czas relacji, jak wiadomo, jest ograniczony.
W ogrodzie Michelle Obamy
Moja pierwsza wizyta w Białym Domu nastąpiła po kilku miesiącach od przylotu do USA. Centrum Prasy Zagranicznej (Washington Foreign Press Center) poinformowało o możliwości wejścia do ogrodu warzywnego pierwszej damy – Michelle Obamy – i przygotowania materiału na temat programu Let’s Move. Na początku 2010 roku pani prezydentowa ogłosiła, że główny cel, na którym skupi się jako pierwsza dama USA, to walka z dziecięcą otyłością oraz podnoszenie świadomości Amerykanów na temat odpowiednich nawyków żywieniowych. Kampania pod hasłem Let’s Move została ogłoszona w lutym 2010 roku. Jednym z jej elementów było utworzenie, na sporym fragmencie trawnika przy Białym Domu, warzywnego ogrodu. Miał on spełniać dwie role: edukacyjną i promocyjną. Kiedy nastał czas wkopania w ziemię pierwszych sadzonek, Michelle Obama zaprosiła do Białego Domu dzieci z lokalnych szkół podstawowych, zakasała rękawy i wspólnie z uczniami umieszczała rośliny w glebie. Przez całą wiosnę ogród odwiedzały kolejne grupy szkolne, które w tych niecodziennych okolicznościach dowiadywały się jak ważny jest sposób odżywiania. Michelle Obama zachęcała dzieci, by namawiały rodziców do aranżowania własnych ogrodów, o to samo apelowała także do nauczycieli i szkół. Biały Dom rozsyłał mediom zdjęcia kolejnych sałat, psa Bo hasającego u boku swojej pani po ścieżkach w ogródku oraz informacje o tym, które z wyhodowanych warzyw podano przy okazji State Dinner na cześć kolejnego dygnitarza przybyłego do Waszyngtonu. W tamtym okresie pojawiło się w amerykańskich mediach mnóstwo zdjęć premierów, prezydentów i innych ważnych osobistości, przechadzających się po warzywnym ogródku w towarzystwie Baracka i Michelle Obamów.
Za pierwszym razem, wejście na teren Białego Domu było dla mnie dość stresujące. Nie wiedziałam czego się spodziewać, jak wygląda kontrola i cała procedura. Na szczęście moje nazwisko znajdowało się na liście Secret Service, dokument tożsamości nie budził żadnych zastrzeżeń, legitymacja Washington Foreign Press Center również. Po przejściu kontroli (podobnej jak na lotnisku), dziennikarze zostali wprowadzeni do Białego Domu. Była to grupa wyłącznie zagranicznych korespondentów, ponieważ założenie było takie, by o programie Let’s Move opowiedzieć mediom spoza USA, by te z kolei wysłały relacje o kampanii Michelle Obamy do swoich redakcji i by zrobiło się o tym głośno również poza Ameryką.
Byłam trochę rozczarowana, ponieważ po wprowadzeniu nas do jednego z pokoi na parterze Białego Domu, powiedziano nam, że Michelle Obama nie będzie uczestniczyć w spotkaniu. Tak więc przy okazji mojej pierwszej wizyty w Białym Domu nie widziałam ani prezydenta, ani pierwszej damy. Ale spotykałam pierwsze pary USA potem, uczestnicząc w innych uroczystościach, choćby wówczas, gdy odsłaniano portrety Laury i George W. Bushów lub, kilka lat później, kiedy z dziećmi i astronautami NASA, Michelle Obama sadziła rośliny w ogrodzie Białego Domu. Nasiona kapusty pekińskiej i czerwonej sałaty zostały przygotowane w laboratorium Kennedy Space Center na Florydzie i dotarły do Białego Domu miesiąc wcześniej. To była lekcja, podczas której uświadamiano uczniom, że astronauci, którzy w przyszłości polecą na Marsa, będą mogli sami wyhodować sobie warzywa w kosmosie.
Przyznam szczerze, że gdy w tamten październikowy poranek 2010 roku, po raz pierwszy weszłam do Białego Domu, nie skupiałam całej uwagi na tym, co mówiła szefowa programu Let’s Move. Byłam zbyt oszołomiona i podekscytowana faktem, że stoję sobie w Białym Domu. Rozglądałam się po pokoju, a sprzęt do nagrywania rejestrował pilnie to, co działo się w sali. Kiedy skończyła się prelekcja i zaprowadzono nas do ogrodu, miałam okazję poznać człowieka, który mnie zaintrygował. Był nim Sam Kass. Z jednej strony ówczesny doradca Michelle Obamy do spraw programu Let’s Move, z drugiej, szef kuchni przygotowujący posiłki dla prezydenckiej rodziny. Sam Kass był młody (miał wówczas trzydzieści lat), przystojny, elokwentny i tryskający energią.
– To jest pierwsza dynia w historii Białego Domu – oświadczył, pokazując nam dorodny, pomarańczowy owoc – Jesteśmy dumni, że tak pięknie wyrosła – mówił.
Sam Kass był asem w rękawie Michelle Obamy. Dobrze wypadał w mediach i znakomicie się prezentował. Mówił ciekawie, swobodnie, z pasją, przemycając anegdoty i ciekawostki o kulinarnych upodobaniach prezydenta USA i jego rodziny. Był często zapraszany przez amerykańskie telewizje, występował również w klipach wideo promujących program Let’s Move, produkowanych na zlecenie Białego Domu. Wtedy, podczas wycieczki po ogrodzie, dowiedziałam się również, że na terenie Białego Domu znajduje się pszczeli ul.
Kiedy Michelle Obama postanowiła założyć ogród warzywny przy Białym Domu, prezydent był zachwycony i bardzo swojej żonie kibicował. Ale gdy powiedziała mu, że w planach ma także ul, jego entuzjazm osłabł. Dlaczego? Była pierwsza dama wspomina o tym w swojej książce z 2012 roku, pt. American Grown. Barack Obama martwił się i o dzieci i o psa. Zastanawiano się też czy pszczoły w pobliżu ogrodu warzywnego nie będą zagrożeniem dla lądującego kilkaset metrów dalej helikoptera. Kiedy wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa zostały rozwiane, pojawiło się kolejne pytanie: kto miałby zająć się pszczołami?
Podczas tamtego spotkania w ogrodzie w 2010 roku, Sam Kass zdradził nam, że problem rozwiązał się sam. Pszczelarzem został bowiem stolarz pracujący w Białym Domu od dwudziestu siedmiu lat.
– Kiedy się tu zjawiliśmy, usłyszeliśmy, że Charlie Brandts hoduje pszczoły w pobliżu własnego domu w Virginii. Poprosiliśmy go, by zrobił nam ul. Ul jest na stelażu, nie ma więc ryzyka dla psa czy dzieci. – zapewniał Sam Kass. – Jest przymocowany, ponieważ Marine One, czyli prezydencki helikopter, ląduje w pobliżu, więc musimy mieć pewność, że ul nam się nie rozleci.
Ul stoi do dziś na południowym trawniku Białego Domu (South Lawn) i widać go, podobnie jak ogród warzywny, przez metalowe ogrodzenie. Czasem można zobaczyć też pszczelarza. W ulu żyje około siedemdziesiąt tysięcy pszczół. W okresie, gdy prezydentem był Barack Obama, miód wykorzystywano w kuchni Białego Domu. Część trafiała do organizacji zapewniającej żywność bezdomnym mieszkańcom Waszyngtonu, część do małych słoiczków, wręczanych jako suweniry dygnitarzom odwiedzającym Biały Dom, a część do produkcji piwa. Za czasów prezydenta Obamy warzono bowiem piwo, z czego zrobiła się sprawa polityczna.
Latem 2012 roku, kiedy Barack Obama był w trakcie kampanii wyborczej, ubiegając się o reelekcję, przyznał w jednym z wywiadów, iż Biały Dom ma własny, niewielki browar, w którym warzy się piwo. Temat został szybko podchwycony i w internecie, na oficjalnej stronie Białego Domu, powstała petycja, w której domagano się, by Biały Dom udostępnił recepturę. Podążając śladami wielkich ludzi, takich jak George Washington, Thomas Jefferson i Benjamin Franklin, Barack Obama również cieszy się z nagrody jaką jest warzone w domu piwo – napisano. Zgodnie z tradycją ojców założycieli, warzący piwo w całej Ameryce wzywają administrację Białego Domu do ujawnienia receptury, tak aby wszyscy mogli z niej korzystać1 – argumentowano w petycji. Ówczesny rzecznik Białego Domu, poproszony na codziennej konferencji prasowej o komentarz, oświadczył, że jeśli zgodnie z wymogiem, pod petycją podpisze się co najmniej dwadzieścia pięć tysięcy osób, receptura zostanie podana. Kilkanaście dni później, na stronie internetowej Białego Domu, pojawiły się dwa przepisy, na piwo jasne i ciemne, ponieważ podpis złożyło wystarczająco dużo Amerykanów. O ile nam wiadomo, to White House Honey Brown Ale jest pierwszym alkoholem wytwarzanym na terenie Białego Domu. George Washington warzył piwo i pędził whisky w Mount Vernon, zaś Thomas Jefferson produkował wina. Ale nie ma dowodu na to, by jakiekolwiek piwo było warzone w Białym Domu (aczkolwiek wiemy, że było coś do picia w czasie prohibicji)2 – napisał na stronie Białego Domu Sam Kass, ten sam, którego miałam okazję poznać dwa lata wcześniej, przy okazji prezentacji ogrodu warzywnego Michelle Obamy.
Tu dzieje się magia: tradycja isezon świąteczny wBiałym Domu
Biały Dom jest dumą Amerykanów i każdego roku rezydencję odwiedza kilkadziesiąt tysięcy osób. Nie ma chyba na świecie drugiego takiego budynku, który jednocześnie byłby siedzibą urzędującego prezydenta, jego domem mieszkalnym oraz muzeum. Od poniedziałku do soboty przed południem, przez dolne partie rezydencji przewija się masa ludzi, którzy przybywają do Waszyngtonu z całej Ameryki, by zwiedzić Biały Dom. Wycieczki są bezpłatne, trzeba jednak wcześniej postarać się o wejściówkę. Amerykanie muszą zwracać się z prośbą o pomoc do biur stanowych senatorów lub kongresmenów, obcokrajowcy zaś do ambasad swoich krajów.
To jak dziś wygląda Biały Dom, jest w dużej mierze zasługą Jacqueline Kennedy, żony 35. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kiedy po zaprzysiężeniu w 1961 roku John Kennedy wprowadził się z rodziną do rezydencji, nowa pierwsza dama była rozczarowana wystrojem wnętrz i stanem budynku. Biały Dom był urządzony w złym guście, a historyczne meble i dzieła sztuki stały w piwnicy pokryte kurzem. Jackie Kennedy wyznaczyła więc sobie cel: rezydencja przy Pennsylvania Avenue w Waszyngtonie ma być dumą Amerykanów. Prezydent był przeciwny zmianom. Bał się reakcji opinii publicznej. W książce Jackie O.: On the Couch Alma H. Bond napisała: John Kennedy ma niemal wylew, gdy dowiaduje się, że za tapetę do pokoju dyplomatycznego (Diplomatic Reception Room) zapłacono dwanaście i pół tysiąca dolarów3. Prezydent miał wściec się jeszcze bardziej, kiedy do prasy przedostała się informacja, że dziewiętnastowieczna tapeta, przedstawiająca amerykańskie sceny i krajobrazy, została przeniesiona do Białego Domu z historycznego budynku w Maryland. Media uważały, że można było zamówić nową, identyczną tapetę, za znacznie niższą cenę. Odklejenie tej zabytkowej, z wykorzystaniem specjalnych technik, było bowiem procesem czasochłonnym i kosztownym.
– To jest tapeta, którą zrobiono we Francji około 1834 roku. Przedstawia amerykańskie sceny. Mamy tu wodospad Niagara, port w Nowym Jorku, Indian oraz akademię wojskową West Point – objaśnia w archiwalnym filmie Jackie Kennedy4. Nagranie pochodzi z lat sześćdziesiątych. Film został wyemitowany w amerykańskiej telewizji CBS 14 lutego 1962 roku. Jacqueline Kennedy oprowadza w nim dziennikarza stacji po Białym Domu, opowiadając o efektach, kosztującej ponad dwa miliony dolarów, renowacji. Pierwsza dama przez rok, wspólnie z ekspertami od dzieł sztuki, wyszukiwała w całych Stanach mebli i ozdób godnych Białego Domu. W dniu emisji filmu, przed telewizorami zasiadło sześćdziesiąt cztery miliony Amerykanów. Jacqueline Kennedy zaskakiwała wiedzą na temat każdego antyku czy obrazu. Za występ w filmie otrzymała nagrodę Emmy, odpowiednik filmowego Oscara, przyznawaną za produkcje telewizyjne.
Po sukcesie tego programu, prezydentowi Kennedy’emu minęła złość na wysoki koszt zakupu tapety pochodzącej z historycznego domu. Przestał także wypominać żyrandole za dwadzieścia pięć tysięcy dolarów czy osiemnastowieczny dywan za trzydzieści pięć tysięcy.
Dzięki żonie zastrzelonego w Dallas prezydenta, Biały Dom to dziś wizytówka Ameryki, o którą troszczy się powołana w 1961 roku organizacja White House Historical Association. Stowarzyszeniu, założonemu przez Jacqueline Kennedy, przyświecają dwa cele. Pierwszy to edukowanie i informowanie opinii publicznej na temat historii Białego Domu, drugi to zbieranie funduszy na renowację i utrzymanie historycznych pomieszczeń, ozdób oraz dzieł sztuki.
Jedną z rzeczy, która od początku bardzo mi się podoba w USA, jest przywiązanie do pewnych tradycji, którym wierni pozostają wszyscy lokatorzy Białego Domu, niezależnie od poglądów politycznych i własnych upodobań. Zaraz po Święcie Dziękczynienia w Białym Domu rozpoczyna się dekorowanie rezydencji przed zbliżającym się Bożym Narodzeniem. Ozdabianiem pokoi, wieszaniem ozdób na choinkach, ustawianiem stroików i świątecznych dekoracji zajmują się wolontariusze. Ludzie ci nie dostają za to wynagrodzenia. Pracują za darmo, po kilka, a nawet kilkanaście godzin dziennie, na własny koszt przybywając do Waszyngtonu z innych stanów. Na początku sierpnia, na stronach Białego Domu, pojawia się zawsze formularz do wypełnienia, za pomocą którego można zgłosić chęć dekorowania rezydencji.
Krótko po Święcie Dziękczynienia, do Blue Room, czyli błękitnego pokoju w Białym Domu, przywożony jest największy świerk. Choinka ta nazywana jest oficjalnym drzewkiem świątecznym Białego Domu. Zgodnie z tradycją, świerk transportowany jest do wejścia rezydencji przez konny zaprzęg. Po chwili zjawia się pierwsza dama, która oficjalnie przyjmuje choinkę. Nie jest to pierwsza lepsza choinka. Drzewo pochodzi od hodowcy, który zwycięży w ogólnokrajowym konkursie przeprowadzanym przez National Christmas Tree Association. Proces wyboru choinki, która ma stanąć w Blue Room, rozpoczyna się wiele miesięcy wcześniej, a hodowca, który wygrywa rywalizację, musi najpierw zdobyć pierwsze miejsce w regionalnym współzawodnictwie. Hodowca z całą rodziną uczestniczy oczywiście w uroczystości przekazania świerku, która odbywa się z udziałem kamer i fotografów. Następnie pierwsza dama zaprasza zwycięzcę do wnętrza Białego Domu. Gdy tylko wolontariusze skończą dekorowanie pokoi, rozpoczyna się sezon świątecznych przyjęć. Nie byłam nigdy na takim przyjęciu, ale miałam okazję być w Białym Domu w sezonie świątecznym i zobaczyć dekoracje ustawione w publicznych pokojach. Poznałam również Polkę, mieszkającą w USA, która od lat obserwuje przyjęcia od środka, ponieważ jest w zespole odpowiedzialnym za serwowanie dań i dbanie o to, żeby niczego nie brakowało na stołach. Jak to w życiu bywa, przypadek sprawił, że dowiedziałam się, iż w Waszyngtonie jest taka osoba, Polka z pochodzenia. Nie miałam wątpliwości, że należy poprosić ją o wywiad do radia. Dominika Domańska zgodziła się. Na spotkanie przyniosła mi papierową serwetkę z wydrukowaną pieczęcią Białego Domu. Byłam tym nieco zaskoczona, w końcu to zwykła jednorazowa serwetka. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że każdy kto przychodzi do rezydencji prezydenta USA, chce mieć z tej wizyty jakąkolwiek pamiątkę. Serwetkę mam do dziś, mimo iż od naszego pierwszego spotkania z Dominiką minęło kilka lat.
Wątek suwenirów z Białego Domu wrócił do mnie, gdy czytałam wspomnienia Nancy Reagan, pt. My Turn: The Memories of Nancy Reagan. Była pierwsza dama poświęciła spory fragment swojej książki tematowi, który dotyczył zakupu nowej porcelany do Białego Domu. Decyzja o zakupie sprawiła bowiem, iż ówczesna prasa nie zostawiła na żonie prezydenta Reagana suchej nitki.
Nancy Reagan pełniła rolę pierwszej damy Stanów Zjednoczonych w latach 1981–89. Nie była ulubienicą mediów. Krytykowano ją za stroje, zamiłowanie do luksusu, korzystanie z porad astrologa, za zbyt duży wpływ na męża oraz wydatki. – Ludzie chcą żeby Biały Dom wyglądał wspaniale, ale nie chcą by wiązało się to z jakimikolwiek kosztami – napisała, rozpoczynając opowieść o renowacji Białego Domu i związanych z tym przedsięwzięciem zakupach5. Podczas pierwszej państwowej kolacji (State Dinner), którą Ronald Reagan wydał na cześć ówczesnej brytyjskiej premier Margaret Thatcher, prasa doniosła, że na stołach pojawiły się talerze z różnych kompletów. Była to między innymi porcelana pochodząca jeszcze z czasów prezydentów Trumana i Roosevelta. Nancy Reagan napisała, że nie użyła tych zestawów dlatego, by upamiętnić wspomnianych prezydentów, ale dlatego, że brakowało porządnego kompletu na kilkaset osób. Porcelana Białego Domu jest delikatna i krucha, a więc bardzo łatwo się tłucze. Nancy Reagan, bez ogródek, napisała również, że elementy zastawy są dla zaproszonych gości doskonałą pamiątką i wielu z nich po prostu kradnie talerzyki, małe filiżanki, to, co da się łatwo schować. W latach 30-tych XX wieku, Eleanor Roosevelt kazała zamówić większe niż zwykle talerze, aby ludzie nie mogli ich wynieść po skończonym przyjęciu. Za czasów Kennedych zrezygnowano z płóciennych serwetek, bo te również znikały w ekspresowym tempie. Dla Nancy Reagan nowa porcelana Białego Domu była więc koniecznością. Zamówiono zestaw na dwieście dwadzieścia osób. W sumie było to ponad cztery tysiące trzysta naczyń, które kosztowały dwieście dziewięć tysięcy dolarów. Prasa w USA wpadła w furię z powodu takiego wydatku. Sęk w tym, że zakup nie został sfinansowany ze środków publicznych. Za porcelanę zapłaciła jedna z fundacji. Media jednak nie wzięły pod uwagę wydanego przez Biały Dom w tej sprawie oświadczenia. – Nie kupiłam porcelany! Ale dla prasy to był symbol mojej ekstrawagancji – tłumaczyła rozgoryczona Nancy Reagan. Od tamtego czasu nowe zestawy porcelany zamawiane są przez kolejne administracje, a ich zakup nie budzi już takich emocji, zwłaszcza, że nie jest finansowany ze środków publicznych. Ostatni zamówiony komplet pochodzi z 2015 roku. To porcelana Białego Domu z czasów prezydenta Baracka Obamy. Kolor pojawiający się na naczyniach nazywa się Kailua Blue (odcień turkusu) i pochodzi od nazwy hrabstwa na Hawajach, gdzie Obamowie mają w zwyczaju spędzać święta Bożego Narodzenia.
W czasie spotkania z Dominiką Domańską, która podarowała mi wówczas białą papierową serwetkę z nadrukiem prezydenckiej pieczęci, dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy o panujących w Białym Domu zwyczajach. Moja rozmówczyni, rzecz jasna, nie mogła zdradzić wszystkiego. Ale spotkanie z nią, a potem książka pt. All the Presidents’ Pastries (w wolnym tłumaczeniu: wszystkie prezydenckie wypieki), napisana przez Rolanda Mesniera, który przez dwadzieścia pięć lat pracował w Białym Domu jako główny cukiernik, dały mi obraz tego, jak bardzo intensywny jest, w prezydenckiej rezydencji, holiday season (sezon świąteczny). Moja rozmowa z Dominiką Domańską dotyczyła głównie tego okresu.
Holiday season w Białym Domu trwa ponad dwa tygodnie. Rozpoczyna się na początku grudnia, zaraz po Święcie Dziękczynienia, które przypada w czwarty czwartek listopada. Dla pierwszej pary USA to czas ściskania tysięcy rąk i pozowania do zdjęć. Ktoś może zadać pytanie: po co prezydent Stanów Zjednoczonych w okresie przedświątecznym codziennie, a czasem nawet dwa razy na dzień, wydaje przyjęcie? Na pewno nie dlatego, że tak bardzo to lubi. To po prostu prestiżowy sposób na podziękowanie wszystkim, którzy go wspierają. To także możliwość pozyskania nowych wpływowych zwolenników. W końcu któż by nie przyjął zaproszenia do Białego Domu, w czasie, gdy rezydencja jest przystrojona tysiącami ozdób, w pokojach stoją dziesiątki świątecznych choinek, a stoły kuszą masą pysznego jedzenia?
– Za każdym razem menu jest dość podobne, ale w związku z tym, że serwowane dania są niezwykle wyszukane, nigdy się nie nudzą – powiedziała Dominika Domańska.
W Białym Domu podaje się w tym okresie zarówno potrawy typowe dla Święta Dziękczynienia, czyli indyka i szynkę z dodatkiem małych ziemniaczków i sosów, jak i dania, które w Ameryce są charakterystyczne dla Bożego Narodzenia – jagnięcinę z kością jako danie główne, ponadto owoce morza, wędzonego łososia, sałatki z serami pleśniowymi i owocami oraz, oczywiście, ciasta. Największą furorę, według Dominiki Domańskiej, robi tort kokosowy.
– Czy na przyjęciach w Białym Domu goście proszą czasem o pudełka, by zapakować do nich jedzenie na wynos? – zapytałam.
W Stanach Zjednoczonych jest czymś naturalnym, że jeśli nie skończy się posiłku w restauracji, a ma się ochotę dokończyć go w domu, prosi się o pudełko. Obsługa zazwyczaj sama je proponuje, jeśli widzi, że na talerzu znajduje się dużo jedzenia, a ktoś domaga się już rachunku.
– To wielkie faux pas – odpowiedziała moja rozmówczyni – ale tak, zdarza się, że raz na jakiś czas ktoś poprosi o pudełko, mówiąc, że chce zanieść ciasteczko swojej córce, cioci czy wnuczce – dodała.
– Jednak nie możemy dawać jedzenia na wynos jednym osobom, a innym nie. Biały Dom nie byłby w stanie upiec tylu ciasteczek, aby każdy mógł zabrać trochę do domu – skwitowała Dominika.
Budowa Białego Domu rozpoczęła się w 1792 roku. Decyzję o jej rozpoczęciu wydał pierwszy prezydent USA, George Washington. Osiem lat później prezydent John Adams wraz z żoną Abigail wprowadzili się do nieukończonej jeszcze rezydencji. Wówczas siedziby prezydenta jeszcze nie nazywano Białym Domem. Takie miano zyskała dopiero w 1901 roku. Zawdzięcza ją prezydentowi Rooseveltowi. Budynek nie wyglądał wtedy tak, jak obecnie. Nie było słynnych West oraz East Wings czyli skrzydeł zachodniego i wschodniego. W skrzydle zachodnim mieści się słynny Gabinet Owalny, w którym urzęduje prezydent Stanów Zjednoczonych, natomiast wschodnie zarezerwowane jest dla pierwszej damy oraz jej personelu.
Według oficjalnych danych w Białym Domu znajdują się sto trzydzieści dwa pokoje oraz trzydzieści pięć łazienek. Kiedy spogląda się na rezydencję z ulicy, wydaje się niemożliwe, by budynek pomieścił tak dużo pokoi. Należy jednak pamiętać, że sto trzydzieści dwa to liczba pomieszczeń, również tych usytuowanych we wschodnim i zachodnim skrzydle, a Biały Dom ma w sumie sześć poziomów. Prezydent z rodziną mieszka na drugim piętrze, w części oficjalnie nazywanej rezydencją. Ludzie, którzy znają Biały Dom z telewizji lub internetu, kojarzą najczęściej dwa pomieszczenia: East Room (pokój wschodni), w którym odbywają się oficjalne uroczystości, a także Oval Office (Gabinet Owalny), będący biurem prezydenta USA. Gabinet Owalny, do którego zapraszani są dygnitarze i dyplomaci, robi na wielu osobach tak wielkie wrażenie, że niektórzy dostają w nim tak zwanego syndromu Brada Pitta. Opisała go w książce The Obamas Jodi Kantor, publicystka New York Timesa.
Ludzie dotknięci tym syndromem – tak jak zdarzyło się to słynnemu hollywoodzkiemu aktorowi – nie są w stanie, w Gabinecie Owalnym, wydusić z siebie słowa. Kiedy w końcu odważą się coś powiedzieć, zbija ich z tropu dźwięk własnego głosu, który z powodu zaokrąglonych ścian, brzmi nieco inaczej. Tak właśnie stało się z Bradem Pittem, który został zaproszony do Białego Domu na rozmowę z Barackiem Obamą. Aktor, według dziennikarki, wyglądał na tak przytłoczonego spotkaniem z głową państwa, że prawie w ogóle się nie odzywał. Niektórzy ludzie, jak Pitt, reagują milczeniem, niektórzy zaczynają paplać, a jeszcze inni płakać, szczególnie starsi Afroamerykanie są tak poruszeni, gdy widzą Obamę w gabinecie6 – pisze Jodi Kantor.
Bywałam na różnych uroczystościach w Białym Domu, ale w Gabinecie Owalnym nie byłam nigdy. Był za to w nim mój mąż, Paweł, przy okazji spotkań polskich prezydentów z prezydentami Stanów Zjednoczonych. Podczas jednej z wizyt, Pawłowi przydarzyło się w Gabinecie Owalnym coś, co zapamięta do końca życia.
Selfie w Gabinecie Owalnym
Był marzec 2015 roku, a ja stałem w Gabinecie Owalnym i przysłuchiwałem się rozmowie Baracka Obamy z Donaldem Tuskiem, który przyjechał do Waszyngtonu jako przewodniczący Rady Europejskiej.
– To wielka przyjemność witać Donalda Taska w nowej roli. Mam fantastyczne doświadczenia ze współpracy z nim, gdy był premierem Polski – zaczął Barack Obama, konsekwentnie powtarzając Task, zamiast Tusk. Słowo task za każdym razem wywoływało uśmiech na twarzach dziennikarzy z Polski i delegacji z Unii Europejskiej, która towarzyszyła wizycie.
Stojąc niespełna metr od Obamy, znajdowałem się w kadrze kilkunastu kamer i musiałem kontrolować wyraz mojej twarzy.
Czy w podobnych sytuacjach korespondenci mają problem z zachowaniem powagi? Oczywiście, ale nie możemy przecież parskać śmiechem, choć czasem jest trudno, zważywszy na gafy, jakie potrafią popełniać politycy.
Wtedy, w Gabinecie Owalnym, mój wzrok skrzyżował się ze wzrokiem przedstawiciela polskiej ambasady, który również uczestniczył w spotkaniu. Człowiek ten uśmiechnął się. Dobrze wiedział, że w którejś z relacji na pewno wspomnę, a ściślej mówiąc wypomnę prezydentowi Obamie sposób wymowy nazwiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Tusk z Obamą wymieniali tymczasem uprzejmości, zapewniając o silnym sojuszu między Stanami Zjednoczonymi a Unią. To był trochę taki polityczny słowotok, bez większego znaczenia dla przeciętnego zjadacza chleba, niezależnie od tego, czy mieszkał na Starym Kontynencie, czy gdzieś w Idaho, słynącym z uprawy ziemniaków. Nie ukrywam, że bardziej kręciło mnie to, iż jestem po raz kolejny w Gabinecie Owalnym niż to, że znów stoję metr od Obamy.
Gabinet Owalny – słynny, okrągły pokój, w którym pracują amerykańscy prezydenci, zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Nie dlatego, że wygląda jakoś wyjątkowo, gdyż nie ma w nim nic specjalnego. Znajdują się w nim prezydenckie biurko, dwa krzesła, stolik i dwie kanapy. Za czasów Baracka Obamy na stoliku stała zawsze misa z jabłkami, koniecznie odmiany gala. Były to ulubione jabłka 44. prezydenta USA. Personel o tym wiedział i dbał, żeby ich nie zabrakło.
Każdy prezydent urządza sobie Gabinet Owalny tak, jak mu się podoba. Stały element, to pochodzące z XIX wieku i ważące sto sześćdziesiąt kilogramów biurko (Resolute Desk), prezent od brytyjskiej królowej Wiktorii dla prezydenta Rutherforda B. Havesa. Zmieniają się krzesła, dywany, kanapy, kolory ścian i zasłon, a także obrazy na ścianach, które często wypożyczane są z muzeów.
Gabinet Owalny robi na mnie wrażenie nie z powodu mebli czy zasłon, ale dlatego, że działy się w nim i dzieją historyczne wydarzenia. To z tego gabinetu nadawano mocne wystąpienie Ronalda Reagana pod adresem ZSRR, w którym ówczesny prezydent USA skrytykował władze Związku Radzieckiego z powodu zestrzelenia samolotu pasażerskiego linii Korean Air. Reagan, nie przebierając w słowach, nazwał to aktem barbarzyństwa i zbrodnią przeciwko ludzkości. W katastrofie z 1 września 1983 roku zginęło 269 osób.
W Gabinecie Owalnym, profesor Zbigniew Brzeziński, doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera do spraw bezpieczeństwa narodowego, wspólnie z innymi doradcami zastanawiał się, jak rozwiązać kryzys irański. Również tu Brzeziński przekazywał informacje przedstawicielom Nuncjatury Apostolskiej w Waszyngtonie od papieża Jana Pawła II, na temat sytuacji w komunistycznej Polsce. Pochodzący z Polski, profesor Richard Pipes, doradca Ronalda Reagana do spraw Rosji, został ściągnięty do tego gabinetu po ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego. Pipes opowiedział mi kiedyś, że Reagan oczekiwał od niego natychmiastowego nakreślenia możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji w Polsce. Również w tym pokoju, Stephen Mull prosił prezydenta Reagana, aby wystawił Lechowi Wałęsie list poparcia Stanów Zjednoczonych dla działań Solidarności. Wiele lat później, w 2012 roku, Stephen Mull został mianowany ambasadorem USA w Polsce i szybko stał się ulubieńcem Polaków. Po pierwsze, dobrze mówił po polsku, a poza tym miał wielkie poczucie humoru i sporo luzu. Zwiedzał Polskę na rowerze, a także nagrywał, wraz z pracownikami ambasady, zabawne filmiki. Na jednym z nich pokazał na przykład jak, przed świętami, uczy się robić pierogi, na innym z kolei próbował wymówić trudne dla obcokrajowca polskie wyrazy. Stephen Mull to szalenie ciekawa postać. Był i jest wielkim przyjacielem Polaków, i choć podczas pierwszego pobytu w Polsce w latach osiemdziesiątych był oskarżany przez komunistyczne władze o szpiegostwo, to o Polsce zawsze wypowiada się ciepło i serdecznie.
W Gabinecie Owalnym działy się rzeczy, które o mały włos nie doprowadziły do odwołania Billa Clintona. Trudno w takich okolicznościach nie przypominać sobie tych wszystkich pikantnych historii opisywanych przez amerykańskie media. Tak jest, patrząc na to biurko, myślałem i o tym, co prezydent Clinton wyprawiał tu z Moniką Lewinsky.
Pod koniec spotkania Donalda Tuska z Barackiem Obamą, zatrzymałem się na chwilę obok prezydenckiego biurka, ponieważ stali za nim chyba wszyscy członkowie ówczesnego gabinetu prezydenta Obamy. Między innymi John Kerry, szef amerykańskiej dyplomacji, i Joe Biden, wiceprezydent Stanów Zjednoczonych. Sięgnąłem więc po aparat, zrobiłem zdjęcie i ruszyłem dalej, ponaglany przez pracowników biura prasowego, którzy na znak prezydenta muszą dosłownie wypchnąć dziennikarzy z pomieszczenia.
– Może zrobimy sobie selfie? – usłyszałem nagle. Odwróciwszy głowę, zobaczyłem uśmiechniętego od ucha do ucha wiceprezydenta Joe Bidena. Nie byłem pewien czy mówi do mnie. Nie jest to wszak oczywiste, że drugi najważniejszy człowiek w Stanach Zjednoczonych proponuje mi selfie w Gabinecie Owalnym.
– Oczywiście! – odparłem, choć do końca nie byłem pewien, czy to faktycznie propozycja wspólnej fotografii, żart, czy być może nawet jakaś drwina.
Joe Biden, który stał oparty o ścianę w pobliżu drzwi prowadzących do Ogrodu Różanego, natychmiast się jednak wyprostował, poprawił marynarkę, krawat i był gotowy do zdjęcia. Podszedłem więc do niego, widząc jednocześnie, jak w moim kierunku zmierza szybkim krokiem dwóch agentów Secret Service. Zawahałem się lekko, przecież mogło się to skończyć natychmiastowym powaleniem na podłogę. Wiceprezydent dał im jednak znać ruchem ręki, że mają mnie zostawić w spokoju. Chwilę później, trzymając w prawej dłoni smartfona, robiłem serię zdjęć. Ręka mi drżała. Nie ze strachu, martwiłem się tym, czy fotki dobrze wyjdą. Wiedziałem bowiem, że kolejnej takiej szansy prawdopodobnie nie będę miał już nigdy. Selfie z wiceprezydentem rozbawiło tymczasem wszystkich członków gabinetu Obamy. Śmiał się nawet wspomniany John Kerry, który raczej rzadko się uśmiecha.
Wówczas nie sądziłem jeszcze, że do fotki z Joe Bidenem dołączy kolejna, tym razem z jego żoną.
Gdy w 2019 roku Joe Biden ogłosił start w wyborach prezydenckich i rozpoczął swoją kampanię w Pittsburghu w stanie Pensylwania, pojechałem na jego pierwszy wiec wyborczy. Do dziennikarzy podeszła wówczas żona kandydata, Jill. Poszedłem więc za ciosem i zapytałem panią Biden, czy mógłbym zrobić sobie z nią zdjęcie opowiadając historię sprzed lat, która wydarzyła się w Gabinecie Owalnym. Była druga dama Ameryki nie odmówiła i zapozowała do wspólnego selfie.
Jeden siedzi, drugi stoi– faux pas na szczytach władzy