Amelia i Kuba. Nowa szkoła - Rafał Kosik - ebook

Amelia i Kuba. Nowa szkoła ebook

Rafał Kosik

4,7

Opis

Wznowienie w nowej szacie graficznej.

Książka Nowa szkoła opowiada o burzliwym wejściu bohaterów w nowe środowisko, obyczaje i relacje. Jedenastolatkowie Amelia i Kuba idą do nowej szkoły.

Rafał Kosik opowiada o ważnych sprawach małych ludzi tak zabawnie i wciągająco, że dzieci uwielbiają jego książki i je czytają!

Skierowana jest do dzieci w wieku 7–12 lat, a także do rodziców i nauczycieli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 170

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (58 ocen)
42
13
3
0
0

Popularność




Amelia i Kuba. Nowa szkoła ISBN: 978-83-66178-23-6 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl Copyright © 2015-2019 by Rafał Kosik Copyright © 2015-2019 by Powergraph Copyright © 2019 for the cover by Rafał Kosik Copyright © 2019 for the cover illustration by Jakub Grochola Copyright © 2019 for the illustrations by Jakub Grochola Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Projekt graficzny i okładka: Rafał Kosik Ilustracje na okładce i wewnątrz: Jakub Grochola Ilustracje na wyklejce: Jakub Grochola i Rafał Kosik Wydanie drugie, w nowej szacie graficznej Wyłączna dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Prolog

Był wczesny, słoneczny poranek. Sześcioletnia dziewczynka, z kitką ciemnych włosów na czubku głowy, stała przy oknie i obserwowała podwórko. Szczupły dziesięciolatek w okularach szedł zamyślony przez trawnik, mokry jeszcze od rosy. Dziewczynka nie patrzyła jednak na niego, lecz na małego białego psa, który ciągnął smycz trzymaną przez chłopca. Pies sunął z nosem przy ziemi wprost do okienka piwnicznego.

— Oż ty w mordę — wyszeptała dziewczynka. — Wszystko się wyda!

Rozdział 1

w którym Kuba i Mi szykują się do szkoły w miarę sprawnie, Albert bardzo sprawnie, a Amelia wprost przeciwnie.

W mieszkaniu rodziny Rytlów na drugim piętrze apartamentowca, zwanego przez mieszkańców Zamkiem, panowało nerwowe zamieszanie. Był ranek pierwszego września, co oznaczało, że całkiem niedługo, za niecałą godzinę, rozpocznie się nowy rok szkolny.

Kuba Rytel, przystojny jedenastolatek o blond włosach, układał na biurku stertę zeszytów i podręczników. Nie spakował się wczoraj i teraz tego żałował, bo nie mógł nigdzie znaleźć informacji, co powinien zabrać pierwszego dnia. Można to było sprawdzić na stronie internetowej szkoły. Można było, jeżeli znało się jej adres, ale na szukanie go teraz było już za późno.

Otworzył brudnopis na stronie z listą postanowień, co robić należy, a czego nie. Ułożenie takiej listy poradziła mu mama. Lista miała mu pomóc uniknąć kłopotów, które miewał w poprzedniej szkole. Przebiegł wzrokiem po kolejnych punktach. Nie spóźniać się do szkoły, uważać na lekcjach, odrabiać prace domowe, nie wdawać się w bójki, nie dyskutować z nauczycielami, jednym słowem same nudy. Bycie grzecznym to skomplikowana sprawa.

Jego plan, by jechać do szkoły na deskorolce, teraz wydawał się dość nierozsądny. Nie wiedział, jak wygląda szkoła, czy można bezpiecznie zostawić deskorolkę w szatni. Nie będzie przecież paradował po korytarzach z deskorolką w ręku ani tym bardziej z przypiętą do plecaka. Zresztą tata zapowiedział już, że ich podwiezie. Ich – Kuba miał bowiem młodszą siostrę.

Do pokoju wparowała właśnie Mi. Rzuciła okiem na rozłożone książki, na deskorolkę, a kitka kasztanowych włosów na czubku głowy kiwała się w rytm jej ruchów. Przez ramię miała przewieszoną torebkę, z którą się nie rozstawała, założyła też już szkolny plecak.

— Jeszcze nie gotowy? — Oparła dłonie na biodrach i groźnie spojrzała na brata. — Nie będą na nas czekać z pierwszym dzwonkiem. Co tam masz? — Zerknęła na listę w brudnopisie.

— Nie twoja sprawa. — Kuba szybko zamknął zeszyt.

— Pokaż natychmiast, bo… bo powiem mamie, że nie zjadłeś wczoraj kotleta, tylko go wyrzuciłeś przez balkon!

Mi miała sześć lat i szła do pierwszej klasy. Zamiast się denerwować szkołą, wprost tryskała entuzjazmem.

— To lista książek, które chcę przeczytać — odpowiedział niezupełnie zgodnie z prawdą, choć jeden z punktów rzeczywiście brzmiał „Czytać więcej książek”.

Mi zmarszczyła brwi.

— To coś takiego jak lista zakupów?

— Nie. To po prostu lista ciekawych lektur. — Kuba włożył kilka losowo wybranych podręczników i zeszytów do plecaka i zapiął go. W przeciwieństwie do siostry denerwował się bardzo, choć starał się tego nie okazywać. A miał powody. Przeprowadzili się tutaj w wakacje. Wraz z nowym domem czekała go nowa szkoła, a w niej nowa klasa z nowymi kolegami i koleżankami. Jednak najgorsze w tym wszystkim było to, że ci koledzy i koleżanki znali się od kilku lat, a on miał być tym nowym. To nie jest łatwa rola.

W dodatku czuł na sobie presję. Rodzice przez całe wakacje wbijali mu do głowy, że nowa szkoła to wielka szansa na zmianę i poprawę. Stąd ta lista i stąd zdenerwowanie.

Przeszli do jadalni, gdzie mama kończyła szykować drugie śniadanie. Tata za to chodził po salonie i rozmawiał przez telefon. Gestykulował przy tym wolną ręką, co Kubę zwykle śmieszyło, bo przecież osoba po drugiej stronie nie mogła tego widzieć. Tym razem jednak chłopak nie zwracał na to uwagi. Myślami był w szkole.

— Błagam was, niczego nie zmalujcie — poprosiła mama, wkładając im do plecaków pudełka z kanapkami.

Popatrzyła przy tym znacząco na obydwoje, Mi bowiem również nie można było nazwać wzorem grzecznej dziewczynki. Szczerze mówiąc, akurat pod tym względem nie różniła się bardzo od brata.

— Nic się nie martw, będziemy pre… per… protetycznie1 grzeczni — obiecała Mi.

Mama i Kuba popatrzyli na siebie porozumiewawczo i uśmiechnęli się. Mi często przekręcała słowa albo powiedzonka.

— Perfekcyjnie, perfekcyjnie grzeczni, córciu — wyjaśniła mama.

Mi zmarszczyła brwi, wyciągnęła ze swojej torebki mały zeszycik „Bardzo trudne słowa”. Zapisywała w nim wszystkie słowa, które usłyszała po raz pierwszy, jeśli tylko wydały jej się interesujące. Rodzice cieszyli się z tego, uważali, że dzięki temu będzie się lepiej uczyła. A jeszcze bardziej się cieszyli, że Mi nauczyła się pisać i czytać, zanim poszła do szkoły.

— Długo mam jeszcze czekać? — zapytał z szerokim uśmiechem tata, chowając telefon do kieszeni.

Rodzeństwo stało przy drzwiach i oczywiście to oni czekali na tatę, a nie odwrotnie. Mi spojrzała na niego z pobłażliwym znudzeniem, z jakim to ojciec powinien patrzeć na niesforne dzieci. Prawdopodobnie podpatrzyła tę minę na jakimś filmie.

Zjechali windą do garażu i zapakowali się do pięcioosobowej kabiny białego pick-upa.

— Zapiąć pasy, załoga — polecił tata, wyjeżdżając już na ulicę. Założył lustrzane okulary przeciwsłoneczne, jakie noszą piloci myśliwców.

Ulica była szeroka i niemal pusta. Na razie jeździły nią głównie ciężarówki firm budowlanych, stawiających kolejne domy w rozrastającej się Warszawie.

— Zadzwoń, jak skończycie zajęcia, to po was podjadę. — Tata spojrzał poważnie na syna. — I pamiętaj, żeby się opiekować siostrą.

— Jasne, jasne — pokiwał głową Kuba. — A mogę ją walnąć, jak się nie będzie słuchać?

— Nie jestem dzieckiem, żeby się mną zajmować — odpaliła obrażonym tonem Mi. — Lepiej wciśnij ten gaz, ojciec. Miejsce w ostatniej ławce samo się nie zajmie.

* * *

W mieszkaniu rodziny Domeyków w innej części Zamku również trwały gorączkowe przygotowania do pierwszego dnia szkoły. Tam dla odmiany tata czekał na Amelię i Alberta. Chociaż nie, tata czekał tylko na Amelię, bo Albert spakował plecak wczoraj i był gotowy. Nie dość, że Amelia się nie spakowała, to jeszcze nawet nie podjęła decyzji, co spakować ani w który plecak. A może w torbę? Ba! Ona nie zdecydowała jeszcze, co ma na siebie włożyć. Denerwowała się nową szkołą, a to potęgowało tylko jej wrodzone niezdecydowanie.

Imbir, biały i kosmaty West Highland terier, biegał od jednego domownika do drugiego. Takie przygotowania kojarzyły mu się z wycieczką, a wycieczki Imbir lubił najbardziej. Może poza podkradaniem kiełbasy ze stołu.

Na otwartym ekranie laptopa w przekazie videochata2 widać było, jak kończy się przygotowywać do szkoły Klementyna, przyjaciółka Amelii. Obie dziewczyny wyglądały jak swoje przeciwieństwa. Czarnowłosa Amelia była cicha, nieśmiała, roztargniona, ubrana w skromną niebieską sukienkę. Klementyna – wprost przeciwnie, lubiła być w centrum uwagi. Miała jasnoblond włosy związane wielką kokardą, a jej sukienka była jaskraworóżowa. Chyba jedynym, co je łączyło, był wiek. Obie miały po jedenaście lat. A, no i za chwilę obie miały iść do tej samej szkoły.

Amelia wrzuciła do plecaka zeszyt do matematyki. Jego okładkę ozdabiała ilustracja złożona z cyfr i fantazyjnie ułożonych wzorów matematycznych, którą Amelia rysowała przez ostatnie dni. Wyjęła zeszyt i włożyła go do innego plecaka. Nie miała pojęcia, co dziś będzie potrzebne. Nie znała jeszcze planu lekcji.

— Myślisz, że będziemy w jednej klasie? — zapytała w stronę laptopa.

Klementyna na ekranie wzruszyła ramionami.

— Pewnie tak. Ja się martwię, czy w naszej klasie będzie chociaż kilku fajnych chłopaków.

— A to ty nie spotykasz się już z Emilem? — Amelia przełożyła zeszyt do zielonej torby na ramię.

— Spotykam, spotykam. Ale wiesz, jak to jest. Zawsze może się trafić coś lepszego.

Amelia westchnęła. Czasem nie rozumiała swojej przyjaciółki.

— Skończyłaś? — z przedpokoju dobiegło pytanie zniecierpliwionego taty.

— Już, już… Muszę lecieć — rzuciła w kierunku laptopa.

— Do zobaczenia w szkole, pamiętaj, siedzimy razem! — odkrzyknęła Klementyna.

Amelia zamknęła ekran. Zastanawiała się, czy będzie w jednej klasie z Kubą. Żałowała, że nie umówiła się z nim na wspólną wyprawę do szkoły, co mogłoby ją zmobilizować do pośpiechu. Teraz było już jednak na to za późno. Zresztą, czy on chciałby na nią czekać, skoro to tyle trwa? Hm… Kremowa sukienka czy niebieska? Pierwsze wrażenie jest przecież bardzo ważne, bo trudno je potem zatrzeć.

Wyjęła z torby zeszyt do matematyki i wrzuciła do niej tylko szkicownik i brudnopis, czyli to, co bezsprzecznie jest konieczne pierwszego dnia szkoły. Ta stara torba będzie dobra. Z nowego plecaka, który kupiła na początku wakacji, nie była zadowolona.

Albert stał w drzwiach jej pokoju i przeglądał internet na tablecie. Zdecydował, że nie będzie zabierał do szkoły laptopa, bo jest duży i ciężki. Tablet musi wystarczyć. Gdyby Amelia go zapytała, z łatwością udzieliłby jej odpowiedzi, czy będzie chodziła do klasy z Kubą, czy nie. Sprawdził to na stronie szkoły, gdzie była również szczegółowa lista, co wszyscy powinni przynieść. Ale skoro Amelia nie pytała, to nie czuł potrzeby mówienia jej o tym.

— Powinniśmy wyjść trzydzieści sekund temu. — Pokazał jej ekran tabletu. — Program nawigacyjny twierdzi, że będziemy jechać pięć minut, zejście do garażu to kolejne dwie. Na wyjazd potrzebujemy –

— Jestem estetką — przerwała mu Amelia. — Muszę wybrać odpowiedni kolor.

— Mogłaś to zrobić wcześniej. Kolory się nie zmieniły od wczoraj.

— Och, nigdy tego nie zrozumiesz.

Tak, Amelia była estetką, a to znaczyło, że przykładała wielką wagę do wyglądu: własnego i otoczenia. Po prostu źle się czuła wśród rzeczy brzydkich. Przeszkadzało jej na przykład zestawienie brązowego T-shirta Alberta z granatowymi spodniami.

Co gorsza, Amelii przeszkadzały również jej własne wybory z poprzedniego dnia. Wybrała wczoraj kremową sukienkę, ale wcale nie była pewna, czy był to dobry wybór. Założyła niebieską, ale przed lustrem przykładała do brody tę kremową.

— Niebieska jest lepsza — oświadczył niespodziewanie Albert.

To było do niego zupełnie niepodobne. Amelia spojrzała z zaskoczeniem.

— Naprawdę? — zapytała. — Niebieska? Dlaczego?

— Powiem ci w samochodzie.

— Dzieciaki! — Tata wreszcie nie wytrzymał i stanął obok Alberta. — Naprawdę musimy już jechać.

Albert wziął plecak Amelii, zapiął go i wręczył siostrze. Pożegnał ich smutny wzrok pozostającego w domu Imbira.

Windą dotarli do garażu. To miejsce działało na Amelię przygnębiająco. Szare betonowe ściany, rury i echo towarzyszące krokom wydawały jej się trochę straszne. Większość miejsc parkingowych była pusta. Zamek oddano do użytku kilka miesięcy temu i nie wprowadziła się jeszcze nawet połowa mieszkańców. Biały Volkswagen3 państwa Domeyków stał samotnie, przednim kołem w niewielkiej kałuży.

— Cieknie. — Tata spojrzał krytycznie na grubą rurę biegnącą pod sufitem. Był architektem i to on zaprojektował Zamek. Starał się jednak ukryć to przed sąsiadami, żeby nie mieli do niego pretensji, na przykład o tę cieknącą rurę. W końcu to nie jego wina, że hydraulicy źle założyli uszczelkę.

— Potem napiszę do administratora — mruknął i otworzył samochód. — Niech on się martwi.

Amelia usiadła obok brata, zapięła pas, przygładziła niebieską sukienkę i powiedziała:

— Myślałam, że nie znasz się na sukienkach.

— Bo się nie znam — wyjaśnił Albert. — Kolor nie ma żadnego znaczenia.

— No ale przecież powiedziałeś, że niebieska jest lepsza.

— Bo niebieską miałaś już na sobie, więc nie musiałaś się przebierać. A to oznacza, że zaoszczędziliśmy minutę.

Amelia spojrzała na brata z niesmakiem.

— Jeszcze chwilka. Zapomniałam ważnej rzeczy. — Odpięła pas, wysiadła i pobiegła do domu.

Wróciła po trzech długich minutach. W kremowej sukience.

Tata pokręcił głową, uruchomił silnik i wolno ruszył w stronę wyjazdu. Tata zawsze prowadził bardzo ostrożnie.

Albert uniósł tablet między przednimi fotelami, wycelował obiektyw kamery do przodu i włączył nagrywanie.

— Co ty robisz? — zapytała Amelia.

— Nagrywam drogę do szkoły — odparł najzwyczajniej w świecie Albert. — W razie gdybyśmy musieli wracać sami.

— Przecież po drodze mamy jeden zakręt. Będziesz nagrywał też lekcje?

— Regulamin szkoły zabrania używania komputerów i telefonów podczas zajęć.

— Skąd wiesz?

— Przestudiowałem go. To podstawa, żeby wiedzieć, jak się zachowywać.

— Przyjadę po was — powiedział uspokajająco tata. — Nie wiem, co by się miało stać, żebym nie przyje…

Nie dokończył, w tym momencie zapiszczały bowiem opony i z przeciwka pojawiły się reflektory innego samochodu. A chwilę później coś nimi wstrząsnęło, huknęło i samochód zatrzymał się gwałtownie.

— No nie… — Tata wyłączył silnik, zaciągnął hamulec ręczny i wysiadł. Rodzeństwo wyskoczyło za nim z samochodu.

Volkswagen stał na początku rampy wyjazdowej z parkingu, oparty przodem o przód czarnego Jaguara. Kierunkowskazy w obu samochodach były stłuczone, a zderzaki wygięte. Drzwi Jaguara otworzyły się i wysiadł przez nie ich sąsiad, Bardzo Ważny Dyrektor, jak nazywali go Amelia i Albert. Miał jakieś czterdzieści lat, tyle samo kilogramów nadwagi i zaawansowaną łysinę.

— Dzień dobry, sąsiedzie — powiedział tata Amelii, kryjąc zdenerwowanie.

Bardzo Ważny Dyrektor nie odpowiedział, tylko obejrzał uszkodzenia swojego samochodu.

— Tak bardzo się panu spieszyło? — zapytał podniesionym tonem.

— Miałem pierwszeństwo — zauważył pan Domeyko. — Byłem z prawej strony.

Bardzo Ważny Dyrektor pokiwał głową bez przekonania. Stanął na rampie wyjazdowej i popatrzył na oba samochody.

— To nie jest wcale takie oczywiste — powiedział.

Amelia nie znała się na przepisach drogowych, ale wiedziała, że zwykle samochód z prawej strony ma pierwszeństwo. Co oznaczało, że Bardzo Ważny Dyrektor, który nadjechał z lewej strony, powinien ich przepuścić.

— Na skrzyżowaniu dróg równorzędnych pierwszeństwo ma pojazd jadący z prawej — wyrecytował Albert, który na pewno znał przepisy. — W tym przypadku wina kierowcy czarnego samochodu marki Jaguar nie ulega wątpliwości.

Bardzo Ważny Dyrektor nawet nie zaszczycił go spojrzeniem.

— Ponadto nie wolno tak szybko jeździć po parkingu — dodał Albert.

— Drogi sąsiedzie — odezwał się tata Amelii — już prawie spóźniliśmy się na rozpoczęcie roku szkolnego. Może załatwimy to na spokojnie, po południu.

— Nie, nie, w żadnym razie. — Bardzo Ważny Dyrektor zdecydowanie pokręcił głową. — Musimy teraz podpisać oświadczenie, kto jest winien wypadku.

— OK. — Tata wyjął ze schowka kartkę i długopis. Podał je dyrektorowi. — Może pan napisać oświadczenie. Tylko bardzo proszę, niech się pan pospieszy.

— No kiedy właśnie nie jest oczywiste, czyja to była wina. — Dyrektor nie miał zamiaru przyznać się do błędu. — Muszę się porozumieć z prawnikami z naszego banku.

— Ale przecież… — Tata patrzył na niego z zaskoczeniem. — Przecież to ja byłem z prawej strony.

— Możemy tu stać i tak rozmawiać — dyrektor założył ramiona — a pańskie dzieci spóźnią się na rozpoczęcie roku szkolnego.

Otworzyła się przyciemniana szyba w tylnych drzwiach Jaguara i wychylił się przez nią Sylwek, syn Bardzo Ważnego Dyrektora. Był pulchny tak samo jak ojciec, ale – w przeciwieństwie do ojca – nie łysiał. Jedenastolatki zwykle nie łysieją.

— Ja też idę na rozpoczęcie — zauważył chłopiec.

— Siedź cicho! — warknął na niego ojciec. — Trzeba pilnować swoich interesów. — Po czym spojrzał na pana Domeykę i dodał — możemy też wezwać policję, żeby rozsądziła spór.

— To potrwa co najmniej godzinę — zauważył z rezygnacją tata Amelii.

Dyrektor rozłożył ręce i pokręcił głową z udawaną bezradnością.

Tata westchnął, położył na masce Volkswagena kartkę i zaczął pisać. Chwilę później wręczył wyraźnie zadowolonemu dyrektorowi kartkę i bez słowa wsiadł do samochodu. Rodzeństwo zrobiło to samo.

Wyjechali na powierzchnię i ruszyli w stronę szkoły.

— Tato, czy ty napisałeś, że to twoja wina? — upewniła się Amelia.

Tata przytaknął z zaciśniętymi ustami.

— Nie powinieneś przyznawać mu racji — odezwał się Albert. — To była zdecydowanie jego wina.

— Wiem — odparł ze złością tata. — Nie chciałem, żebyście się spóźnili do szkoły. Czasem trzeba… — westchnął — ustąpić, żeby żyć w zgodzie z innymi.

W tym momencie wyprzedził ich czarny Jaguar. Jechał na pewno zbyt szybko jak na uliczkę osiedlową.

Hm… Protetyk zajmuje się protezami, czyli np. sztucznymi szczękami. [wróć]

Videochat [czyt. wideoczat] – połączenie internetowe pozwalające na rozmowę i jednoczesny przekaz obrazu. Innymi słowy, nie tylko słyszysz rozmówcę, ale i go widzisz. [wróć]

Ze względu na miłość autora do motoryzacji w tej książce nazwy samochodów są pisane wielką literą. [wróć]

Rozdział 2

w którym Albert wpada w tarapaty już pierwszego dnia szkoły.

Kuba próbował wypatrzyć Amelię w sali gimnastycznej. Kręciło się tu mnóstwo uczniów i trochę dorosłych, panowało spore zamieszanie. Każda dziewczyna z kręconymi czarnymi włosami, którą Kuba zauważał, okazywała się kim innym. Wypatrzył za to Klementynę i Emila. Przepchnął się do nich, bo nikogo innego znajomego tu nie było.

— Cześć! — Kuba musiał mówić głośno, żeby przekrzyczeć resztę. — Widzieliście Amelię?

Klementyna pokręciła głową.

— Emil namówił mnie, żeby przyjść na piechotę — westchnęła. — Upiaszczyłam sobie białe sandałki.

Emil, jak zwykle małomówny, poprzestał na uściśnięciu mu dłoni.

Rozległ się przeraźliwy pisk, na którego dźwięk wszyscy się skrzywili. Chwilę po nim nastąpiła seria głośnych trzasków z głośników, aż wreszcie rozległ się wzmocniony, groźny kobiecy głos:

— Proszę wszystkich o uwagę. Kończymy rozmowy!

Rozmowy rzeczywiście ucichły. Teraz słychać było każde skrzypnięcie klepek drewnianej podłogi. Podłoga była stara, tak jak i stary był cały budynek.

Kuba dostrzegł tęgą pięćdziesięciolatkę trzymającą mikrofon. Miała kasztanowe włosy ufryzowane tak, że jej głowa wydawała się przez to dwa razy większa. Nie było się trudno domyślić, kim jest.

— Nazywam się… — nazwisko utonęło w pisku sprzężenia1 — i jestem dyrektorem szkoły. Witam wszystkich, a szczególnie pierwszoklasistów, których proces edukacji dopiero się zaczyna…

— Dzień dobry!!! — odkrzyknął z rzędów zajętych przez pierwszaki jakiś głosik, a Kuba skulił się nieco, bo rozpoznał głos swej siostry.

— … i mam nadzieję, że wychowamy was odpowiednio. — Dyrektorka spiorunowała pierwsze rzędy surowym wzrokiem. — Witam również nowych uczniów starszych klas, których przybyło nam w tym roku wyjątkowo dużo.

Ostatnie zdanie wypowiedziała tonem niemal oskarżycielskim.

— Skończyły się wakacje. Teraz zajmiecie się wreszcie tym, co w życiu najważniejsze, czyli nauką — ciągnęła. — W naszej szkole obowiązują ścisłe zasady zawarte w regulaminie szkoły. Każdy uczeń ma obowiązek znać go na pamięć i stosować się do niego…

Kuba nie potrafił słuchać ludzi, którzy nudzą. Rozglądał się, próbując w tłumie wypatrzyć Amelię. Bez skutku. Zaczynał się niepokoić, czy ona rzeczywiście nie zaspała.

Do sali wszedł zdyszany Sylwek. Poczłapał ze spuszczoną głową na sam koniec. Pani dyrektor odprowadziła go karcącym spojrzeniem.

— Spóźnienia są również surowo zabronione — dodała. — Od jutra szatnia będzie zamykana punktualnie o ósmej. A teraz wszyscy wraz ze swoimi klasami przejdą do odpowiednich sal. Lista klas wisi przy drzwiach.

Pani dyrektor wskazała kilkanaście kartek przyklejonych taśmą do ściany, a ostatni głośny pisk oznajmił zakończenie części oficjalnej rozpoczęcia roku.

— Co za potworna baba — zauważyła lekko przestraszona Klementyna.

Kuba skinął głową. Miał nadzieję, że nie będzie miał do czynienia z tą kobietą. To mogło się udać, jeśli tylko wytrwa w postanowieniu unikania kłopotów. Można powiedzieć, że Kuba nie lubił dyrektorki od pierwszego wejrzenia.

Wszyscy ruszyli w stronę wyjścia, gdzie przed wywieszonymi listami zaraz utworzył się korek. Kuba podszedł do okna, by zerknąć, czy na szkolnym parkingu nie ma samochodu taty Amelii. Kłębiły się tam odświętnie ubrane tłumy uczniów i rodziców, Kuba dostrzegł nawet kosmatego psa z czerwoną bandanką zamiast obroży, wśród wielu aut nie było jednak Volkswagena państwa Domeyków.

* * *

Tata Amelii próbował wjechać na parking przed szkołą. Nie było to łatwe, skoro w tym momencie większość samochodów właśnie stamtąd wyjeżdżała.

— Oto skutki błędów planowania urbanistycznego2. — Tata bębnił palcami po kierownicy. — Tu powstaje tyle nowych osiedli, a nowa szkoła jest dopiero w planach.

— Będzie ciasno — przyznał Albert.

— Nie będzie, właśnie wszyscy wyjeżdżają.

— W szkole będzie ciasno — sprecyzował chłopiec.

Budynek szkoły należał do „starej Warszawy”, jak nazywała ją Amelia. Nowe osiedla powstawały w miejscu bardzo starych domów. Większość z nich musiała zostać wyburzona. Niektóre jednak pozostawiono, jak na przykład szkołę. Ten trzykondygnacyjny budynek ze spadzistym dachem był ładniejszy niż wszystkie te nowe budynki dookoła. A przynajmniej tak uważała Amelia.

Teraz jednak nie martwiła się brzydotą nowej architektury. Nie przejmowała się nawet spóźnieniem na rozpoczęcie roku. Amelia przez cały czas trzymała kciuki, żeby znaleźli się w tej samej klasie, co Kuba.

— Jesteśmy spóźnieni — powiedział po raz kolejny Albert.

— Miejsc dla was nie zabraknie — obiecał mu tata.

— Ale ktoś nam zajmie miejsca w pierwszej ławce.

Tata nie odpowiedział. Syn nie przestawał go zadziwiać.

Wreszcie udało się wjechać i zaparkować. Wysiedli.

— Tylko kwadrans po czasie. — Tata pocałował Amelię w czoło i poklepał Alberta po ramieniu. — W tym zamieszaniu nikt nie zauważy. Powodzenia!

Pobiegli do wejścia. Z trudem otworzyli wielkie, ciężkie drzwi i weszli do wysokiego hallu. Po lewej stronie znajdowało się okienko recepcji, po prawej schody do piwnicy, a na wprost – przeszklone drzwi prowadzące do głównego korytarza. Przymocowana do ściany wielka strzałka informowała, że szatnia jest w piwnicy. Poniżej znajdowała się tabliczka z napisem „Szatnia obowiązuje wszystkich bez wyjątku. § 12 Regulaminu Szkoły3”.

Amelia zamierzała iść dalej, ale Albert powstrzymał ją.

— Regulamin wymaga skorzystania z szatni — wyjaśnił.

— Przecież jest lato. Nie potrzebujemy szatni.

W odpowiedzi Albert wyjął z plecaka worek z butami na zmianę i zamachał nim.

Szczerze mówiąc, Amelia miała jeszcze jedno poważne zmartwienie: jak w nowej szkole poradzi sobie Albert. Czy klasa go zaakceptuje, czy nie będą się z niego wyśmiewać? W starej szkole wszyscy go znali i przyzwyczaili się do jego dziwactw. Tutaj mogło być inaczej.

— Poważnie chcesz zmieniać buty? — upewniła się.

Brat już schodził po schodach. Amelia westchnęła i ruszyła za nim. Życie z Albertem czasem bywało skomplikowane.

Szatnia składała się z długiego korytarza, po którego obu stronach ciągnęły się rzędy zakratowanych boksów. Było tu zupełnie pusto, echo odbijało dźwięk ich kroków.

— Jak w więzieniu… — szepnęła Amelia.

Przeszli wzdłuż ponumerowanych, zamkniętych ażurowych drzwi. Za każdymi znajdowało się małe pomieszczenie z kilkudziesięcioma wieszakami i niskimi ławkami.

— Nie rozumiem — odezwał się Albert, a echo powtórzyło jego słowa. — Wszystkie wieszaki są puste.

— Może po prostu jesteś jedyną osobą, która pierwszego dnia szkoły chce zmieniać buty.

— Niemożliwe. W regulaminie jest –

— Czego tu chcą, huncwoty jedne? — rozległ się kobiecy głos. — Po co się tu kręcą, zaraz coś narozrabiają!

Z głębi korytarza zbliżała się drobna kobieta pod sześćdziesiątkę. Miała czarne włosy, groźny wyraz twarzy i granatowy fartuch. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, by się domyślić, że to szatniarka.

— Nie słyszą, pewnie uszu nie myją. — Podeszła bliżej.

— Dzień dobry — odezwała się Amelia i zrobiła to najuprzejmiej, jak potrafiła. — Szukamy naszej szatni, żeby… zmienić buty.

Kobieta uniosła brwi ze zdziwienia.

W tym momencie telefon Amelii odegrał melodyjkę przychodzącego SMS-a.

— Podczas zajęć nie wolno korzystać z telefonów — zauważył Albert.

— Kuba pyta, czy nie zaspaliśmy. — Amelia zerknęła na wyświetlacz i odpisała: „Jesteśmy w szatni”.

— To nie wiedzą, że dziś jest rozpoczęcie roku? — Szatniarka łypała podejrzliwie na Alberta. — Nikt nie zmienia butów.

— W regulaminie jest jasno napisane, że każdy uczeń musi codziennie zmieniać obuwie. — Albert znacząco uniósł worek i zamachał nim.

— O, patrzcie państwo, taki picuś-glancuś, a się spóźnił! — sapnęła kobieta.

— Spóźnienie nie wynikło z naszej winy. Kodeks drogowy jest po naszej stronie.

— I jeszcze żarty sobie z pracującego człowieka robią! — Szatniarka teraz się naprawdę zdenerwowała. — A wynosić mi się stąd!

Rozległ się tupot na schodach i do szatni wbiegł Kuba. Ukłonił się szatniarce.

— Cześć! — Amelia odetchnęła z ulgą. — Dobrze, że jesteś.

— Chodźcie. — Kuba wskazał schody. — Wszyscy już poszli do sal.

— Sprawdziłeś listę klas? — zapytała z nadzieją w głosie Amelia. Oczywiście nie chodziło jej o to, w którym boksie Albert ma zostawić buty. Jej głównym zmartwieniem było, czy są w tej samej klasie, co Kuba.

— Tak, sprawdziłem.

— A czy…?

— Muszę zmienić buty — przypomniał Albert.

— Wsadź ten worek do plecaka i chodźmy wreszcie na górę — ponaglił go Kuba.

Albert zmarszczył czoło.

— Rzeczywiście — przyznał po namyśle. — Jest luka w regulaminie. Nie ma w nim ani słowa o zakazie przenoszenia worka z butami w plecaku.

Zdjął z nóg tenisówki, z worka wyjął identyczną parę i włożył na nogi. Kuba przyglądał się z rosnącą irytacją, jak Albert starannie naciąga sznurówki, starannie wiąże je na kokardkę i sprawdza, czy końcówki są równej długości.

Amelia za to patrzyła tylko na Kubę.

— I jak z tą klasą…? — zapytała.

— Sprawdziłem — przytaknął Kuba, już idąc w stronę schodów.

— Ale czy jesteśmy w jednej…?

Albert wreszcie schował worek do plecaka i ruszył za Kubą.

Szatniarka odprowadziła ich zdegustowanym spojrzeniem.

— Coraz gorzej z tą młodzieżą — mruknęła pod nosem. — Regulamin… Phi! Czy za naszych czasów ktoś czytał jakiś regulamin? To od tych komputerów im się tak w głowach porobiło. Biedne dzieci…

* * *

Weszli na drugie piętro i ruszyli pustym korytarzem. Tu też zapastowane klepki trzeszczały przy każdym kroku. Amelia, wciąż w niepewności, podążała za Kubą. Wreszcie zatrzymała się.

— Czy jesteśmy w tej samej klasie? — zapytała wprost, patrząc na chłopaka z napięciem.

— Tak. — Kuba też się zatrzymał. — Listy były układane według adresów. Wszyscy z Zamku są w czwartej A.

Amelia odetchnęła głośno.

— Ale na liście jest błąd — dodał Kuba. — Nie powinniśmy być w tej samej klasie.

Dziewczyna spojrzała na niego z przerażeniem.

— Jak to?!

— Albert jest razem z nami.

— Dlaczego to ma być błąd? — zainteresował się Albert.

— Bo jesteś o rok młodszy, geniuszu. Powinieneś być w trzeciej klasie.

— Właśnie dlatego, że jestem geniuszem, chodzę do czwartej.

Kuba spojrzał na niego ze zdziwieniem i nacisnął klamkę najbliższych drzwi. Natychmiast po tym, gdy je otworzył, zamknął je.

— Coś źle sprawdziłem. — Popatrzył na numer na tabliczce przykręconej do drzwi. — Nie, numer się zgadza.

— Czemu więc nie wchodzimy? — zapytał Albert.

— Bo wewnątrz jest ktoś, kogo nie powinno tam być.

— Skoro nie powinno go tam być, to znaczy, że to jego wina — zauważył Albert.

— Nie podoba mi się to — powiedział cicho Kuba. — Bardzo mi się to nie podoba.

Zrobił głęboki wdech i ponownie otworzył drzwi. Jego spojrzenie spotkało się ze srogim wzrokiem dyrektorki. Cała trójka weszła do sali.

— Dzień dobry — wyrecytowali Amelia, Kuba i Albert.

— Pamiętacie, co mówiłam na apelu na temat spóźniania się? — zapytała zimno kobieta.

— Nie pamiętamy — odparł z rozbrajającą szczerością Albert. — Nie było nas na apelu.

Kuba spojrzał na niego z miną, jakby chciał go udusić.

— Siadajcie — syknęła nauczycielka.

Kuba, nie czekając na nic więcej, ruszył w stronę ostatnich rzędów. Albert usiadł za to w pierwszej ławce, dokładnie na wprost nauczycielskiego biurka. Amelia zawahała się, po czym ruszyła za Kubą. Niestety, w całej sali było akurat tyle miejsc, ilu uczniów. Kuba usiadł obok dobrze zbudowanego rudego chłopaka pod oknem, a dla Amelii zostało miejsce po przeciwnej stronie klasy, obok Klementyny, która machała do Amelii energicznie.

— Znasz go? — zapytał szeptem rudzielec, trącając Kubę łokciem. — Lizus pewnie.

Chodziło oczywiście o Alberta.

— Lizus nie — odparł również szeptem Kuba. — On jest raczej… to skomplikowane.

— Dobrze — powiedziała dyrektorka, nawiązując najwyraźniej do wypowiedzi sprzed przybycia spóźnialskich. — Przejdźmy do ostatniego punktu godziny wychowawczej. Wybór gospodarza klasy.

Przez salę przeszedł szmer zniechęcenia.

— No dalej — zachęcała — im więcej kandydatów, tym lepiej. — Powiodła spojrzeniem po uczniach, a każdy starał się jak najmniej rzucać w oczy. — Nie każcie mi wyznaczać kandydatów.

Wolno, z ociąganiem wstał Sylwek. Wszystkie spojrzenia skupiły się na nim. Nie wyglądał na szczęśliwego, ale mimo to powiedział:

— Ja mogę być tym… gospodarzem.

— Czy ktoś jest przeciw? Nie widzę. — Dyrektorka zapisała coś w dzienniku. — Gratuluję. Zostałeś wybrany jednomyślnie.

Zamierzała już przejść do następnego tematu. Jednak Sylwek nie siadał.

— Korzystając z okazji, że już jestem gospodarzem — odwrócił się do klasy — chciałbym zaproponować wyprawę integracyjną na pizzę. Dziś po lekcjach. To byłaby okazja, żeby się lepiej poznać.

— A stawiasz? — zapytał ktoś z końca.

Przez salę przeszedł pomruk rozbawienia.

— Siadaj — poleciła mu dyrektorka. — Jeśli wszystko jest jasne, możemy przejść do programu matematyki.

Albert uniósł dłoń z regulaminowo wysuniętymi dwoma palcami.

— Tak? — zapytała niechętnie.

Albert wstał i oświadczył:

— Nazywam się Albert Domeyko i muszę zauważyć, że to jest niezgodne z regulaminem szkoły. Mniemam, że jest pani naszą wychowawczynią, skoro prowadzi pani godzinę wychowawczą. W regulaminie jest jasno napisane, że wychowawca może zamienić godzinę wychowawczą na naukę przedmiotu tylko w uzasadnionym przypadku.

W sali zapanowała cisza jak makiem zasiał. Amelia zamknęła oczy, podejrzewając, co się teraz wydarzy. Siedziała zbyt daleko, by coś mu powiedzieć. Kuba ukrył twarz w dłoniach, bo tak jak Amelia, wiedział, co się zaraz stanie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Sprzężenie – potoczne określenie na pisk dobiegający z głośnika podczas używania mikrofonu. Jeśli staniesz z włączonym mikrofonem zbyt blisko głośnika, prawdopodobnie usłyszysz ten bardzo nieprzyjemny dźwięk. [wróć]

Urbanistyka – dział architektury zajmujący się planowaniem miast. [wróć]

Ten znaczek – § – to paragraf. Paragrafami oznacza się kolejne punkty regulaminu. [wróć]