Album z opowieściami - Antonis Georgiou - ebook

Album z opowieściami ebook

Antonis Georgiou

3,7

Opis

Proza Georgiou pozwala wejść w intymny świat cypryjskiej rodziny, by potem poprowadzić dalej – od opowieści o człowieku do historii rodzinnych, od rodziny do wsi, od wsi do kraju.

Fikcyjne historie – niektóre przytaczane po grecku, a niektóre w cypryjskim dialekcie – przeplatane są cytatami z gazet, przepisami, wierszami, piosenkami ludowymi, fotografiami rodzinnymi i dziecięcymi rysunkami.

Mozaikowa proza tworzy sugestywny obraz Cypru oraz jego mieszkańców i mieszkanek, ale też pokazuje, że ludzkie życie to plątanina historii i że to właśnie opowieści łączą nas z innymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 270

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginalny: Ένα αλπούμ ιστορίες
Redakcja: Maciej Robert, Olga Czernikow
Korekta: Urszula Włodarska, Anna Gądek
Projekt okładki, projekt typograficzny i skład wydania papierowego: Julita Gielzak
Copyright © by Antonis Georgiou and To Rodakio Editions, Athens, 2014 Copyright © for the Polish translation by Przemysław Kordos, 2019 Copyright © for the Polish edition by Książkowe Klimaty, 2019
W tekście książki tłumacz zdecydował się przyjąć zapis oddający rzeczywistą wymowę greckich słów (pojęć i nazw własnych), nie zaś ich pisownię
Tłumaczenie zostało przygotowane dzięki finansowemu wsparciuMinisterstwa Edukacji i Kultury Cypru The translation was kindly supportedby the Ministry of Education and Culture of Cyprus
Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej
Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną
ISBN 978-83-64887-26-0
Książkowe Klimatywww.ksiazkoweklimaty.pl Redakcja:redakcja@ksiazkoweklimaty.pl Promocja:promocja@ksiazkoweklimaty.pl Sprzedaż: sprzedaz@ksiazkoweklimaty.pl
Konwersja:eLitera s.c.

AUTOR:ANTONIS GEORGIOU (wym. Andonis Jeorgiju)

Urodził się w 1969 roku. Studiował prawo w Moskwie, obecnie pracuje jako prawnik w Limassol. Jest jednym z redaktorów wydawanego w Nikozji czasopisma literacko-artystycznego „Anef” („Bez”). Zajmował się redakcją dzienników teatralnych (2001–2013) poświęconych historii teatru cypryjskiego i publikowanych przez stowarzyszenie organizujące kursy teatralne w Limassol. W formie książkowej wydał tom wierszy Panselinos para mija (Pełnia za minutę) oraz zbiór opowiadań Glikia bloody life (Słodkie bloody life). Był jednym z autorów opowiadań z tomu Onomata (Imiona; Ateny 2008), publikował także w innych zbiorach prozy i poezji. Jego dramaty Agapimeno mu plindirio (Moja kochana pralko; 2007, Nagroda Cypryjskiej Organizacji Teatralnej – THOK), I Nosos (Choroba; 2009) i O kipos mas (Nasz ogród; 2011) doczekały się adaptacji scenicznych. Najnowsza sztuka Antonisa Georgiou nosi tytuł La belote (2012).

TŁUMACZ:PRZEMYSŁAW KORDOS

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego (socjologia i etnologia), doktor literaturoznawstwa w zakresie filologii nowogreckiej, wykładowca na Wydziale „Artes Liberales” UW. Jego główne zainteresowania badawcze to polskie podróże do Grecji, grecka i cypryjska kultura ludowa, współczesne społeczeństwo Grecji i Cypru, najmłodsza proza nowogrecka oraz literatura fantastyczna. Spośród greckich pisarzy najbardziej ceni Christosa A. Chomenidisa, któremu poświęcił rozdział swojej publikacji Beyond Greekness. Studies in Contemporary Modern Greek Prose (2019). Przetłumaczył książkę Nikosa Dimou Nieszczęście bycia Grekiem (2016) oraz dwa tomy Trylogii kryzysu Petrosa Markarisa (Niespłacone długi, 2018;Kasacja po grecku, 2019). Wciąż cierpi na „cyprozę”, czyli graniczącą z obsesją fascynację Cyprem.

dla moich ukochanychi dla tych, do których należą te opowieści

starą opowieść zaraz tu odnowię

i światu ją dzisiaj przedstawię

Andreas Mapuras[1]

zmęczyła mnie pewna opowieść błędnie zapisana

kurczę się z każdym oddechem

chcę się znów narodzić ze wzruszeniem

że kolory weźmie z majowych anemonów

i że będą pasować do moich pól

Ümit İnatçı[2]

a psycholodzy mi powiedzieli

że to, czego szukam,

to trauma z dzieciństwa

przywołana,

i mnie odesłali,

a wtedy odszedłem

ku morzu, które nas otacza

Jorgos Kalozois[3]

Kłębek opowieści

– Przyjeżdżaj, bo z twoją babcią nie jest dobrze, tak mi przed chwilą powiedziała Mida przez telefon. „Psze pani, psze pani, szybko, babcia pluła krwią”, rzygała też krwią, tak usłyszałam, akurat pracowałyśmy w knajpie z Agati, jadło mnóstwo ludzi, jak mogłabym tak od razu się zerwać? Zadzwoniłam do twojego wujka, żeby pojechał i ją zabrał, tak, mówię ci, pojechał, a ja bardzo się przejęłam, telefon odebrała twoja ciotka, „Córko, daj do telefonu mojego brata”, mówię jej, ale gdzie tam, nie zrozumiała, „Marula, jak się masz?”, zaczęła, a potem się rozgadała, że pojechali doglądać oliwek, że to, że tamto, miała chęć na pogaduszki, „Daj mi brata, córko, z naszą matką źle”, byłam gotowa się wydrzeć, ale ta w końcu zrozumiała, posłała po niego, mówię ci, i zebrali się, pojechali po nią i wzięli ją do szpitala, my też teraz jedziemy, dojedziesz?

Zadzwoniła do mnie matka, z babcią nie jest dobrze, rzygała krwią, przywieźli ją ze wsi, jest na intensywnej terapii, powiedzieli, że to poważne, jadę do Limassol ją zobaczyć.

„Z twoją babcią nie jest dobrze”, jego mama zadzwoniła do niego w czwartek po południu, wzięli ją do szpitala, wymiotowała krwią, ciemną, prawie czarną, wygląda na to, że to poważne, a do tego jeszcze w jej wieku... Nie dokończyła, ale wiadomo, czego bała się powiedzieć, „Przyjeżdżam natychmiast”, obiecał, ale dał radę dopiero w piątek wieczorem, zastał matkę i ciotkę na korytarzu przed oddziałem, nie pozwolono im ciągle przy niej być, siedziały więc tam, nic nie mówiąc, przez jakiś czas nawet go nie zauważyły, więc po prostu je obserwował, mama, w miarę jak się posuwała w latach, coraz bardziej przypominała babcię, prawie taka sama, uśmiechnęła się do niego słabo, kiedy tylko na niego spojrzała, może to ta cała atmosfera, ale wydało mu się, że patrzy na niego ze wzruszeniem, czasami czuje, jak matka zagląda w głąb niego, głęboko do wnętrza, być może głębiej, niż sam by tego chciał, być może takie są wszystkie matki, jakby był jakiś rodzaj wyjątkowego związku między nimi a dziećmi, które urodziły, kto, jak nie one, dobrze się na tym zna, dziewięć miesięcy ciąży, jaka chemia, jakie związki powstają, działają i trwają potem przez całe lata; powiedział im, że chce ją zobaczyć, matka weszła razem z nim, zobaczył babkę na łóżku, jak leży nieruchomo, podłączona kablami do maszyn, cały czas podawali jej krew, miała otwarte oczy, czy w ogóle zauważyła ich obecność? Czy coś czuła? Czy bała się, że leży tak sama w łóżku? Samotna wobec śmierci, tak jak wszyscy kiedyś wobec niej staniemy? Co czuła ta pani Despina, ta siłaczka, ta podpora ich rodziny, kiedyś prawdziwa olbrzymka?

Opuścił szpital i pojechał do wsi, by zabrać trochę rzeczy, żeby też przywieźć dziewczynę, która zajmowała się babcią, potem zajedzie do ich domu, matka i ciotka zostały w szpitalu, chociaż im mówili, że nie trzeba, tak czy inaczej siedziały przed oddziałem, „To nasza mama, jak to, mamy ją zostawić?”, powiedziały mu i siedziały tam godzinami, nic nie mówiąc, zatopione w nie wiadomo jakich myślach, raz czy dwa przyszedł lekarz, sympatyczny i skory do wyjaśnień, nawet jeśli niewiele mógł im przekazać, nic nowego, „Krwotok w żołądku”, i to dlatego ostatnio miała bóle, z powodu wieku nie można przeprowadzić interwencji chirurgicznej, zostawił im domysły i to, czego mają się spodziewać, „Nie cierpi, nie martwcie się”, powiedziała im jedna z pielęgniarek, być może po to, by nieco złagodzić ich niepokój, siedziały tam i nie rozmawiały, ich myśli jak splątany kłębek, a babcia odchodzi i jak to się zdarza w takich chwilach, całe życie przesuwało się przed ich oczami.

Zostały do późna i wreszcie poszły, razem, ciotka spała w ich domu, a on, kiedy tylko wykonał powierzone mu zadania, przyjechał i nigdzie potem nie jeździł, w sobotę rano obudził się wcześniej, ale one były już na nogach, zdążyły nawet wrócić z supermarketu i szykowały się do wyjścia do szpitala, zobaczył, że kupiły oliwki, ser halumi, wino, zrozumiał, że to na stypę, jeśli okaże się, że będzie taka potrzeba, „Pogrzebaliście ją przedwcześnie”, chciał się podroczyć, ale poczuł, że nie wypada, „Nadeszła jej godzina”, wydało mu się, że wyczytał w ich oczach, smutnym spojrzeniu; po południu stwierdził, że pojedzie do Nikozji i że wróci, jeśli, nie daj Bóg, coś się stanie, zajechał po drodze do szpitala, by się z nimi pożegnać, zastał je w tym samym miejscu, ale bardziej zdenerwowane, babcia miała wstrzymanie akcji serca, udało się przywrócić jego pracę, ale sytuacja jest poważna, powiedział im lekarz chwilę wcześniej, i kiedy mu to tłumaczyły, wyszła pielęgniarka, ta miła, „Niestety, dokonała żywota”, powiedziała, tylko tyle, czyli zdarzyło się to, na co czekali; wydało mu się niepojęte, że tak po prostu, tak łatwo można ogłosić, że człowiek umarł, ale pomyślał też, że było to do wybaczenia – że jeśli śmierć jest tak powszechna, może przestaje być straszna; a więc padają słowa „Niestety, dokonała żywota” i jego babcia Despina odchodzi, a za jakiś czas będzie tak, jakby wcale jej nie było, jakie to dziwne! Ciotka nie chciała wejść do środka, weszli oni, babcia jeszcze leżała z kablami i kroplówkami, oczy zamknięte, jakby spała, matka objęła go i zaczęła cicho płakać, a on po prostu dotknął babcinej ręki, leżącej na kołdrze, już lodowatej; przypomniał sobie, że kiedyś matka opowiadała mu, jak znalazła jego zabitego ojca, ojca, którego nigdy nie poznał, i zanim zrozumiała, że jest martwy, objęła go i poczuła, jak jego zimno zaczyna ją przenikać, mrozić jej krew, oddech, serce, umysł, ją całą; „Chodź”, powiedział jej po chwili, „Idziemy”.

Pogrzeb miał się odbyć następnego dnia we wsi, od wczesnego wieczoru wszyscy zbierali się w ich domu, matka, jego bracia, wujkowie, razem z nim Filipinka, ich dziewczyna do pomocy, ale nie przywieźli zmarłej, by spędziła z nimi noc, jak to bywało dawniej, kiedyś, w innych czasach, inne były stosunki żywych i umarłych, w ogóle nie zamierzali brać jej do domu, ani tego, ani tamtego we wsi; „Sądzę, że nie trzeba, zresztą boję się, że później nie będę w stanie wejść do domu...”, przyznała ciotka, a matka się z nią zgodziła, ale spędzili noc ze zmarłą inaczej, przez całe godziny rozmawiając o babci, siedzieli w kuchni, gdzie zjedli naprędce przygotowany posiłek, przyrządzili kawę i najpierw uzgodnili wszystkie niezbędne sprawy formalne, firmę pogrzebową, samochód, oliwę, prosfory, ziarna pszenicy do obrzędu zmarłych, ubranie, „Jak to nie macie całunu, dam wam swój, który przywiozłam ze świętego grobu”, zaproponowała żona wujka, nie uznali tego za konieczne, ale skoro kobieta się upierała, to wezmą! Kiedy tylko załatwili wszystko, co było związane z pogrzebem, pomilczeli przez chwilę, ktoś poszedł włączyć telewizor, „Nie dzisiaj”, zbeształa go matka, „Od dawna tak wszyscy razem nie siedzieliśmy, nie straćmy tego czasu przed telewizorem”, więc skoro nie było telewizji, powoli, najpierw jeden, potem drugi, zaczęli przypominać sobie dawne opowieści o babci, własne i nie tylko, jakieś zasłyszane we wsi i od innych krewnych, anegdoty krążące w rodzinie, ale i przykre sprawy, śmierć i cierpienia z dawnych czasów, które teraz, po latach, kiedy tak wszyscy siedzieli dookoła, już tak nie bolały, wszystko wydawało się łagodniejsze, nie takie jak w chwilach, kiedy je przeżywali, i tak kłębek opowieści zaczął się rozplątywać, rozwijać, najpierw ktoś coś powiedział, inny wsparł pamięcią to, co tamten mówił, łączyło się to z bieżącymi wydarzeniami, czasem z czymś wyczytanym w gazecie lub zasłyszanym w dzienniku telewizyjnym, siedzieli do późna i rozmawiali, chociaż mieli się obudzić wcześnie rano i pojechać do wsi, by wszystko przygotować, sami mieli wygarnąć ziemię znad grobu i go otworzyć.

Fot. Andonis Jeorgiju

Mieli ją pogrzebać razem z dziadkiem, będzie teraz z piętnaście lat, jak umarł, grób był na starym cmentarzu, tam, gdzie nie mogła wjechać koparka, „Wy pójdziecie”, powiedziała matka, „i nie bójcie się”, dodała, „umarli nie sprawiają kłopotu, to żywi potrafią ugryźć”, mieli podnieść płytę nagrobną, zacząć grzebać w ziemi, i gdy znajdą pierwsze kości, „zawołajcie mnie i nie bójcie się”, zbiorą je do poszewki po poduszce i odłożą je na bok, i złożą potem razem z babcią, jak się o tym myśli, to wydaje się przerażające, ale takie nie było; poszli tuż po siódmej na malutki cmentarz we wsi, dopiero co świtało i było zupełnie cicho, wokół nich roztaczał się dziwny spokój, tak wszechobejmujący, że aż zaczęło mu to przeszkadzać, razem z nim poszedł brat, kuzyn, dwóch wujków, w sumie nie była to taka łatwa robota, ziemia była twarda, zmachali się, „Co tak dziwacznie kopiesz?”, z sympatią drażniła go matka, „Sorry, jakoś nie wykopuję grobów codziennie”, odpowiedział, przyszła sama z siebie, nie miała widać do nich dość zaufania, „Wy, mężczyźni, jesteście słabego ducha”, śmiała się z nich, nie odpowiedzieli, przejmowała powoli i oficjalnie wodze rodziny, które już i tak trzymała po alzheimerze babci, ale po tym, co jej samej się przydarzało i co musiała znosić, widać było, że jest najsilniejsza z nich, lub tak się przynajmniej wydawało, tak czy inaczej, kiedy zobaczyła, jak z grobu wyłania się czaszka dziadka, matka straciła nieco ducha, „Wystarczy, wystarczy, idziemy!”, mieli jeszcze wrócić do Limassol i towarzyszyć karawanowi z babcią; okazało się potem, że głębokość grobu nie była wystarczająca i już podczas samego pogrzebu jego brat musiał zejść do środka i jeszcze trochę pokopać, w tym momencie „Chcę ją znowu zobaczyć”, powiedziała mu matka, i został z nią, by spojrzeć na swoją martwą babcię; pierwszy raz był tak blisko śmierci, i nie była taka straszna, jak się obawiał, być może dlatego, że była czymś, czego się spodziewali i od dawna byli podświadomie przygotowani na tę stratę, nie tak jak z dziadkiem, który zmarł nieoczekiwanie, z powodu choroby w ostatnich latach babcia wymagała dużo uwagi, opieki i miłości, wszyscy się do niej zbliżyli, łagodzili jej skargi, opatrywali rany, deklarowali miłość w odpowiednich chwilach, jakkolwiek było, z tych wszystkich dni to, co się na nim najbardziej odcisnęło, to słodki smak rodzinnego spotkania i te opowieści, w których główną rolę odgrywała babcia, i opowieści o innych, które on opowiedział potem jednemu z przyjaciół i dodał coś od siebie, i nie tylko, stare historie i nowe, ludzie wmieszani w wiele z nich, lata życia, kolejne epoki i miejsca, kłębek, który się rozwinął i wciąż się rozwija, czasem się plącze, plączesz się i ty, jaka jest twoja opowieść, jaka jego czy jej, jaki ciąg dalszy, gdzie koniec i czy to ma w ogóle znaczenie? To jest kłębek opowieści; na samym początku historia jego i jego narodzin, czy może raczej śmierci jego ojca, bo zanim on sam się urodził, to już ojca zabili w Afryce Południowej, gdzie...

– Twój ojciec był w supermarkecie, ja z twoim wujkiem pojechaliśmy na lotnisko, mieliśmy odwieźć naszego siostrzeńca, który wylatywał na Cypr, wróciłam i znalazłam ojca leżącego na wznak na środku sklepu, myślałam, że mu się zakręciło w głowie i zemdlał, tak mu się kiedyś zdarzyło, jak wtedy przy mnie, gdy niechcący przeciął sobie palec i padł jak długi, gdy tylko zobaczył krew, był jak ty, miękki facet, „Andro”, zawołałam, „Andro”, dotknęłam go i się przeraziłam, teraz był zimny jak lód i ja się zmroziłam w środku, i zaczęło mną telepać, i od tego czasu aż do dnia, kiedy z Cypru przyleciała twoja babcia, by ze mną być, jak cię urodzę, i pomóc mi w tym pierwszym okresie, zasypiałam wieczorem z zapalonym światłem, bałam się, a twojemu wujkowi powiedziałam na początku, żeby się przez jakiś czas świeciło, tylko tak mogłam spać, ze wszystkimi światłami zapalonymi, więc wyglądało, jakbyśmy nie byli w żałobie, ale mieli cały czas zabawę czy święto.

Powiedziała mi, że później też dotykała zmarłych, jedną z jej babć, ciotkę, koleżankę, która młodo umarła, ale nikt nie był tak lodowaty jak on; kiedy znalazła go na podłodze, na początku nie zrozumiała, co się stało, myślała, że zasłabł, ale postrzelili go w plecy i z przodu rany nie było widać, może to czarni go zabili, może jednak nie, nie wiem dokładnie, wtedy w Afryce Południowej cały czas były jakieś burdy, czy więc byli to włamywacze? Nie pytam, nie domagam się szczegółów, unikam ich, ja urodziłem się sześć miesięcy później, dostałem jego imię, Andros.

– Wasza babcia bała się samolotów, ale kiedy zabili Androsa, wsiadła w pierwszy i przyleciała do Johannesburga, nie płakała, kiedy zobaczyła mnie w ciąży i w czerni, ani mnie nie pocieszała, kiedy zaczynałam płakać, „Uważaj, żebyś nie straciła dziecka”, to pierwsze, co mi powiedziała, „Dzieciaczka nie strać”, tak naprawdę między nami nie było nigdy dużo ciepłych uczuć, ale w tamtej chwili chciałam, by mi coś powiedziała, jakieś miłe zdanie, pocieszenie, teraz oczywiście ją rozumiem; co by mi miała powiedzieć, miała rację, „Dzieciaczka pilnuj jak oka w głowie”.

– Nie myliła się: tylko żyjąc, przeżywa się śmierć.

– Babcia was znała.

– Taka była całe życie, uczyła nas wszystkich dobrych manier, aż zaczęła zapominać.

Babcia zaczęła zapominać ostatnimi laty i kiedy ten stan zrobił się poważny, musieliśmy się zastanowić, co dalej. Przez chwilę myśleliśmy, by ją umieścić w Pałacu Bojowników, centrum rehabilitacyjnym i domu opieki dla wszystkich walczących niegdyś w szeregach EOKA, bo była jedną z nich, miałaby wszelką pomoc medyczną i wszystko za darmo, ale serce nam nie pozwoliło, ona też oczywiście nie chciała, w chwilach lepszej pamięci mówiła „Nie opuszczę mojego domu, mam się dobrze, nic mi nie jest”, wreszcie sprowadziliśmy do niej dziewczynę z Bułgarii, Danę, jej też nie chciała, „W ogóle to kim, kim ty jesteś? Wynoś się z mojego domu”, wołała ją do najmniejszych zajęć, „Kończ to, zamknij drzwi na klucz, idziemy spać, zgaś światło, dlaczego ruszasz moje rzeczy, kto ty w ogóle jesteś?”, a na początku chciała ją uderzyć, „Psze pani, babcia chce mnie bić”, biedaczka Dana dzwoniła do matki co jakiś czas, trzeba było znów wziąć babcię do lekarza, zaczęła dostawać tabletki, nieco się uspokoiła, ułożyła sobie jakoś stosunki z Daną, ona ją myła, dbała o nią, kiedyś siedziała z nią bardzo długo i jak jej wyczyściła paznokcie, to je potem pomalowała, i tak pierwszy raz w życiu babcia miała pomalowane paznokcie, nawet jeśli to był manicure bezbarwny, paznokcie się błyszczały, „Córko, nie bierz mnie tak do kościoła, będą o mnie we wsi gadać”.

– Zadzwońmy do Dany, powiedzmy jej o babci, niech wie.

Nam, kiedy babcia zaczęła zapominać, matka z początku nie wierzyła, uważała, że babcia robi to, by przyciągnąć uwagę, że sobie z nas żartuje, kiedyś zaczęła na nią krzyczeć, „Ale ty tak poważnie? Nie pamiętasz teraz? Co to za numery?”, jakby nie chciała tego przyznać, jakby to negowała, bała się tego, aż do dnia, kiedy babcia nagle zaczęła bardzo zdenerwowana krzyczeć „Ale gdzie jestem? Gdzie ja jestem? Zgubiłam się, córko, nie wiem, gdzie jestem, weźcie mnie do domu, do mojego domu”, a były na zewnątrz jej domu; matka zaczęła płakać, objęła ją i pokazała jej dom, „Mamusiu, moja mamusiu, to on, to twój dom, to jest twój dom, nasz dom, nie pamiętasz, mamuniu, co ci się stało?”, wszystko na nic, bo babcia ciągle powtarzała: „Weź mnie do domu, córko, do mojego domu”.

Jeden z wujów mamy, mówiłam na niego „dziadek”, nie ożenił się, nie miał dzieci, był zawsze sam, z pewnym dystansem wobec nas, trochę dziwny, jacyś sąsiedzi dali nam znać, że ma się nie najlepiej, pojechałam, nie poznałam go, nie widziałam go od dawna, ale odniosłam wrażenie, że bardzo się postarzał w krótkim czasie, dom w chaosie, on śmierdział, nieobecny duchem, „Czego pani chce?”, na początku nawet agresywny, potem się uspokoił i wydawało się, że poznał, kim jestem, „A, to ty, to ty”, wzruszyłam się, myślałam, że mnie rozpoznał... „Od dawna jej nie widziałem”, powiedział do sąsiadki, która tam ze mną była, „to moja mama, Eleni”; tak mnie nazwał, mama.

I zaczęła się służba babci u pana Alzheimera, pamiętała tylko dawne wydarzenia, bardzo dawne, a zapominała bieżące, codzienne i niezbędne; minęła Wielkanoc, tam, gdzie wszyscy razem siedzieliśmy we wsi, wszyscy na podwórzu, „Ej, Marula, do kogo przyszliśmy, czyj to jest dom? Kiedy pójdziemy do naszego, córko?”, pytała moją matkę co jakiś czas, a byliśmy w jej domu, w naszym domu rodzinnym, lecz już go nie poznawała, może dlatego, że go odnowiliśmy? Powracały do niej wspomnienia ze ślubów i z pogrzebów mieszkańców wsi i krewnych sprzed wielu lat, ale zapominała, co robiła przed minutą, „Ej, Marula, nie zrobiłaś, córko, mahalepi? Weź nałóż i mnie”, mówiła, mimo że miała przed sobą talerz, a w ręku łyżkę, którą właśnie zjadła porcję deseru, „Ale kim oni są, przypomnijcie”, schylała się na swój sposób i co jakiś czas cicho pytała gości, którzy ją odwiedzili, o znajomych, „To krewni Androsa, już ci mówiliśmy, ale znasz jakiegoś Androsa?”, droczyli się z nią, „Co ty mi gadasz, córko, naszego Androsa mam nie znać!”, tylko o dziadka nie pytali, czy go w ogóle pamiętała.

– Pamiętam dzień, kiedy zmarł wasz dziadek, i zadzwonili z wiadomością, telefon odebrał Michalis, „Maria, przychodź szybko, twój ojciec jest chory”, tylko to mi powiedział, ale w jego głosie coś wyczułam, przeraziłam się, natychmiast chwyciłam za słuchawkę.

Mieszkaliśmy wtedy na Mitilini, samo południe, wszyscy dookoła stołu, jemy, zadzwonił telefon, odebrał mój ojczym, „Maria, to do ciebie, twój ojciec jest chory”, tak jej powiedział, ale po jego minie było widać, że sprawa jest poważniejsza, matka chwyciła słuchawkę, zbladła jak ściana, była prawie tak biała jak bluzka, którą miała na sobie, umarł dziadek, tak nagle, miał się dobrze, nie chorował ani nie był to wypadek, poszedł pracować na pole, spóźniał się z powrotem, babcia wysłała mojego wujka, by go poszukał, gdyby go znaleźli wcześniej, nie wiem, może by go odratowali, ale znalazł go na polu, przy jakimś kamieniu, jakby się zmęczył i postanowił odpocząć, jakby gapił się w chmury, które na niebie zmieniały kształt, ale nie żył, Panie, przyjmij jego duszę.

– Odszedł nasz ojciec w niesłuszny sposób, córko, bo ożenił się, spłodził dzieci, a w końcu umarł sam jak palec.

– Tak samo znaleźli Kalun, Panie, świeć nad jej duszą, ale w jej własnym domu, w fotelu, zmarła na udar, minął prawie rok.

Dom Kalun kupił syn Ktistisa, jego „interesy” mają się raczej dobrze, odnowi dom i sprzeda go z zyskiem, tak zwykle robi.

Większość domów we wsi kupił jednak Markos od Kupisa, który szykuje je na sprzedaż, skupuje bardzo dużo, pod kościołem kupił ze dwie–trzy rudery, zburzył ściany, które je dzieliły, i stworzył prawdziwy dwór, oczywiście z basenem, „Basen we wsi!”, ma swoją drogą ładny widok, na góry i rzeczkę, dowiedziałam się, że kupił też dom akuszerki.

Michalis od Ktistisa jest, powiedzmy, „ojcem chrzestnym” okolicy, mówią, rzecz jasna, że ma „plantacje” z zielem gdzieś poza wioską, wszyscy o tym wiedzą, nikt mu nic nie robi, moja kuzynka spotkała znajomego policjanta, a ten ją zagadnął, „Podobno również w tym roku zdobicie wieś na Boże Narodzenie, na wjeździe do wsi stawiacie świętego Mikołaja na koszt tego od Ktistisa?”, „Jasne!”, mówi kuzynka, która się mu nie dała, „ustawiliśmy świętego Mikołaja z nożem w jednej ręce, a z granatem w drugiej, wokoło posadziliśmy maki, a jeśli ma pan coś do powiedzenia temu od Ktistisa, niech pan do niego idzie na skargę!”, ale Michalis, jak mawia moja matka, „nikogo we wsi nie tyka”, chociaż był ten jeden raz, kiedy ktoś umieścił bombę pod jego samochodem, i gdy wybuchła, to zapaliła się stojąca obok na wpół zrujnowana buda, należąca do Wangelisa, całe szczęście ogień się nie przeniósł i nie spłonęliśmy wszyscy!

Skoro już mówisz o takich sprawach, w dzisiejszej gazecie widziałem artykuł o tych sławnych Hasanpulach, przedrukowali artykuł z tamtych czasów o ich historii, oczywiście był napisany katarewusą, a zaczynał się jakoś tak: „Bracia Hasanpulosowie to byli trzej Turcy ze wsi Mamonia pod Pafos...”.

Bracia Hasanpulosowie to byli trzej Turcy ze wsi Mamonia pod Pafos, z okolicy, która uznana była za najbardziej przestępczą na całej wyspie. Złoczyńcy owi zasłynęli z powodu wielorakich przestępstw, które popełnili w różnych czasach w Pafos i w Limassol. Po czym udali się w góry i dołączyli do bandy pod dowództwem pewnego Turka z Jerowasy. Pierwszy z braci Hasanpulosów, Hasan Ahmed Pulis, zaczął działać około 1887 roku, a jego dwaj bracia, Mehmed Ahmed Kaimaikan oraz Hussejn Ahmed Kawunis, działali od około 1894 roku. W roku 1887 Hasan Ahmed Pulis pokłócił się z jakimś Turkiem o kobietę i któregoś dnia strzelił do swojego adwersarza, zabijając mu przy tym osła. Hasan Pulis został schwytany i uznany za winnego próby zabójstwa, za co skazano go na siedem lat więzienia, jednak uciekł w góry. A że był zbiegiem, to pałał żądzą zemsty. Dlatego zamordował niejakiego Dimostenisa Chadzijorgisa z Kielokedarów pod Pafos, ponieważ ten ukradł dwa zwierzęta należące do jego ojca. Po zabójstwie policjanci zorganizowali obławę, by pochwycić Hasana Pulisa, jednak ten dowiedział się o ich planowanej akcji. W ciągu dnia przebywał w domu pewnego znajomego, a następnie zbiegł potajemnie w góry. Lecz wciąż był ścigany, nie tylko przez policję, ale i przez wrogów. Chciał zemścić się na organizatorze wyprawy przeciwko sobie, więc pewnej nocy zaczaił się na niego i postrzelił ze skutkiem śmiertelnym. W taki sposób zgładził owego bogatego Turka, który opłacił innych, by zabili zbiega kryjącego się w górach.

Przez półtora roku Hasan Pulis znajdował w górach schronienie, aż nadszedł dzień, kiedy dostał gorączki i musiał potajemnie powrócić do Mamonii. Ale o jego zejściu do wsi dowiedziała się policja dzięki wiadomościom przekazanym przez pewną kobietę. Policjanci z Pafos i Limassol natychmiast udali się do Mamonii, gdzie pochwycili przestępcę i przetransportowali go do Ktimy, czyli do śródlądowej części Pafos. Hasan Pulis został osądzony za zabójstwo przez Sąd Karny Ktimy. Jako że został skazany na śmierć przez większość sądzących,ale nie przez wszystkich, wyrok śmierci zamieniono na dożywocie. Kiedy był w więzieniu, dowiedział się dzięki swojej wielkiej uporczywości o losie swoich dwóch krewnych, których na próżno poszukiwała policja. Ponieważ bardzo mu zależało, by się z nimi skontaktować i działać razem, pewnej nocy uciekł z więzienia. Ale podczas ucieczki został zraniony w głowę szpadą, w które wyposażeni byli wówczas strażnicy więzienni. Pozostali dwaj Hasanpulosowie schodzili czasami z gór i bywali goszczeni przez znajomych. Dzięki ich pomocy dostawali jedzenie, ubranie, buty, broń oraz proch. Często odwiedzali inne wioski – były wśród nich Pisuri, Alektora, Ajos Nikolaos, Amarjeti i Archimandrita. Mieszkańcy tychże wsi pomagali im w sekrecie, mimo niebezpieczeństwa, na jakie się narażali, łamiąc obowiązujące prawo. Hasanpulosowie świetnie obchodzili się z bronią i byli bardzo celni, przez co w starciach z policją nie zostali pokonani ani pochwyceni. [...] Lecz w końcu pewna kobieta, która miała związki ze zbójcami i potajemnie gościła Hasanpulosów w swoim domu w Kidas, udzieliła odpowiednich informacji policji w Pafos. Natychmiast wielu policjantów stawiło się w Kidas, aby pochwycić przestępców. Ale oni zaczęli pierwsi strzelać do policjantów, którzy odpowiedzieli ogniem. Z Hasanpulosów Kawunis dostał kulę, od której zmarł, pozostali dwaj (drugi Hasanpulos oraz jego znajomek) oddali się w ręce policji. Do owego pochwycenia doszło w dniu 5 lutego 1896 roku. Wobec obu przestępców Sąd Karny w Pafos wytoczył oskarżenie zabójstwa, obaj zostali uznani za winnych i wykonano na nich wyrok śmierci przez powieszenie. Cypryjski poeta Dziapuras napisał o Hasanpulosach poniższy czterowiersz:

Hasanpula, Hasanpula, jak ptaki latały,

Różne łaszki zawsze na sobie miewały,

Raz widziano ich w tureckich, a raz w greckich

Ale koniec im zadała kobieta obyczajów lekkich.[4]

Jeden wujek często nam wspominał o pewnym wieśniaku i naszym dalekim kuzynie, którego dzieci miały związki z półświatkiem, kluby, ochrona i inne takie, a nawet zdarzały się zlecenia na zabójstwa, wujek tego oczywiście nie pochwalał i zawsze wyjaśniał, że winę za to, że zeszli na złą drogę, ponosi ich matka (czyli nie nasza krewna), skoro ich ojciec (a nasz krewny) był bardzo dobrym człowiekiem, bez związku z tym, że „kiedy był małym chłopcem, to zabił dwóch czy trzech typków”, ale nie zabił bez przyczyny, jak nam z pełną powagą wyjaśniał, zawsze miał ważne powody, „Jeden chciał zabawić się nieco z moją siostrą”. Biorąc pod uwagę, do jakich się odnosił czasów, zapewne jakiś człowiek zbytnio się do niej uśmiechnął, drugi „przywłaszczył sobie pole”, chodziło najpewniej o zatarg o miedzę, o jakieś dwa łokcie ziemi, a co do trzeciego, to nie wiedział dokładnie, ale na pewno coś by wymyślił, ponieważ „nasz kuzyn” nigdy nie zabił bez powodu i „oczywiście nigdy dla piniendzy”, był „porządnym człowiekiem, takim jak ja”, kończył wujek, którego działalność, między innymi w EOKA (tej drugiej), była bogata.

Pomiędzy wieloma opowieściami tej „nocy babci” przypominało nam się o EOKA-ch, raz, że cała rodzina ze strony babci należała do EOKA, mam na myśli tę pierwszą, wzięli udział w agonie, siedzieli w obozach dla internowanych, a kiedy Griwas utworzył drugą, by zniszczyć Makariosa, prawie wszyscy jej krewni go poparli, oprócz babci, która była i pozostała zwolenniczką Makariosa, mimo że o tym wiedziała, a ja wierzę babci, jej brat Dimos przyszedł się zobaczyć z dziadkiem i przekonać go, by wszedł do EOKA-2, babcia wtedy powiedziała krótko dziadkowi: „Jak chcesz, idź, ale nie wracaj, nie żartuję!”, i chociaż dziadek do nich nie dołączył, ona nie wybaczyła swojemu bratu, że się dał w to wszystko wciągnąć; kiedy w dzień zamachu spotkała go gdzieś w winnicy, jak biegał z kałachem, na pewno wykorzystał moment, żeby ją podrażnić, „Koniec z twoim Makariosem”, napluła mu w twarz i przez lata się do niego nie odzywała, i co z tego, że tyle się wydarzyło, że „jej Makarios” się uratował, uciekł, wrócił i po trzech latach umarł, i co z tego, że na Cypr dostali się Turcy i wiele się zmieniło, ale Despina się nie ugięła, niezachwiana w swojej decyzji, a jak się zdarzyło, że się z bratem widywała na ślubach, nawet na ślubach bliższych lub dalszych krewnych czy na odpustach, lub że się mijali na drodze czy w kościele, nie powiedziała mu ani słowa, dużo później, zanim się rozchorowała, rzucała mu krótkie „cześć”, by się pogodzić, oswoić, żeby minęła cała złość i żeby ona mogła się wreszcie wyspowiadać i iść do komunii.

– Dobrze mu zrobiła, te wszystkie ludzie ze swoimi kolegami zniszczyli ten kraj i jeszcze nam na głowy Turków przynieśli.

– Tak, i zamiast pójść walczyć z tymi, co nas najechali, załatwili iluś tam miejscowych.

– To ci z EOKA-2 zabili te biedne dusze, co są pogrzebane tam we wsi.

– Ale gdzie dokładnie?

– Niewielu wie, mówią, że na początku pogrzebali ich w jednym miejscu, ale tej samej nocy ogłosili to w Radiu Bayrak w wiadomościach i zmienili miejsce, by nikt go nie mógł znaleźć.

– To gdzie są teraz pogrzebani?

– Tam, gdzie nasze pola? Tam na dnie wąwozu? Tam, gdzie się bawiliście jako dzieci, jak pójdziesz cały czas prosto, aż znajdziesz takie tarasy, tam na górze, tam są, niech Bóg im odpuści.

– Co mamy ich teraz żałować, przecież to Turcy! Mało złego nam zrobili?

– Przestań, córko, wstyd tak mówić, złapali ich we własnym domu, wywlekli i zabili, są tam pogrzebane i dzieciaczki, tak mówią, a ty nie paplaj tak, to grzech.

W naszej wsi leżą pogrzebani w zbiorowej mogile Turkocypryjczycy, wiemy o tym wszyscy w okolicy i nie tylko, to nie miejscowi wieśniacy ich zabili, „Przewieźli ich skądś indziej, grzebali całą noc i pojechali”, to był siedemdziesiąty czwarty, wiele się wtedy wydarzyło.

– Dobrze, tyle lat i nikt nic nie powiedział? Ale powiedz, kto miał powiedzieć, kto mówi o tych rzeczach?

I powiedz, wtedy były inne czasy, ale niedawno tam, gdzie mówią, że ich pogrzebano, postanowiono zamontować jakieś anteny telefoniczne, i kiedy wieść poszła, że przyjadą kopać, zjawiła się grupa mieszkańców wsi, zebrali większość kości i pogrzebali je w jeszcze innym miejscu, by ich przypadkiem nie odkryto, i dlatego my też jesteśmy w to teraz wmieszani; tak, kiedy ostatni przyjechali członkowie komisji, która szuka grobów, mając DNA osób zaginionych, i naszych, i Turków, znaleźli przekopaną ziemię i niewiele kości, pytali tu i tam, nikt im niczego nie powiedział.

– To nie jest właściwe, tyle rodzin wyczekuje i próbuje się dowiedzieć czegokolwiek o swoich dzieciach, o bliskich, tyle lat czekają.

– Marula, zapomniałem ci powiedzieć, czytałem w gazecie o synu Panajotisa.

Nie znaliśmy osobiście pana Panajotisa, przestał być nauczycielem i pozostał w Chorze, gdzie wcześniej pracował, miał dwie córki i syna, moja matka pamięta tego jego syna, był najstarszy, „Przywieźli go tu kiedyś, był wysoki, szczupły jak cyprys, przystojny i cichy, szybko chwytał litery”, pan Panajotis był z niego dumny, „Ten to daleko zajdzie”, mówił im, „napiszą o nim kiedyś w gazetach”.

– Ale biedny ten Panajotis, zmarł z żalu za synem.

* POGRZEB *W sobotę 15 września 2007 roku pożegnamynaszego ukochanego pierworodnego syna, brata i wujka.Urodzony w 1954 roku,absolwent 2. Szkoły w Limassol,ochotniczy żołnierz 132. Batalionu Piechoty,którego losy przestały być znane od drugiej fazy inwazji tureckiej.Jego kości zostały niedawno odnalezione we wspólnym grobiepięciu osób na ziemiach okupowanych w okręgu Famagustyi dzięki badaniom zostały zidentyfikowanena podstawie materiału genetycznego od jego rodziców.Zapraszamy wszystkich pragnących oddać cześć jego pamięcina ostatnią posługę, która zostanie odprawionaw kościele Wszystkich Świętychw sobotę 15 września 2007, o godzinie trzeciej po południu (15:00).Rodzina przyjmie kondolencje w kościele, przed nabożeństwem.Mowy pogrzebowe wygłoszą: jeden z jego nauczycieli, pan K.Ch.,oraz L., drugie dziecko w rodzinie.Po uroczystości w domu rodzinnym zaserwowana zostanie kawa.MatkaBraciaDzieci braci, wujkowie i inni członkowie rodziny

– Musicie wiedzieć, że wasza babcia wychowała się w bardzo biednej rodzinie, cały czas pracowała, na chwilę nawet nie usiadła, i kiedy nam też zadawała robotę, nie pozwalała nam nawet chwili odetchnąć, „Jak się będziecie guzdrać, to noc zapadnie, a wy spać nie pójdziecie, więc ruszcie się wreszcie!”, tak była nauczona od urodzenia, dorastała bez wielu udogodnień, ciągle nam to powtarzała, ale mawiała też „błogosławię naszego Stwórcę, przeżyliśmy”, i pamiętam, że kiedyś nam pokazała umowę posagową swojej babci, „Chodźcie zobaczyć, poczytajcie sobie, jaka wtedy była bieda”, to był stary dokument, z tysiąc osiemset któregoś roku, a jaki był posag? Biedniutki! Miała rację babcia, bieda, aż piszczało, ale i tak sporządzono umowę, regularny kontrakt, i trzymali go przez lata w swojej skrzyni posagowej, kiedy byłam małą dziewczynką, widziałam go wiele razy, podobał mi się i go czytałam, „Umowa posagowa”, było napisane na samej górze, a zaczynał się tak: „W imię Trójcy Świętej, Maryi Dziewicy” i różnych innych świętych, oczywiście wspomniane było, żeby „błogosławieństwo z całego serca” dała też matka panny młodej, wtedy już zmarła, a jeśli chodzi o sam posag: ikona cała w drewnie, same sęki, i gruba na dwa palce, koszule, ubrania odświętne w ogóle niedziurawe i w całości, porządna i czysta halka, uprana w rzece, pół pary skarpet, to „pół pary” świetnie pamiętam, mieli na myśli jedną skarpetę, a drugą, „zanim dojdzie do ślubu, dodziergają”, tak było napisane! Dwie spódnice, jedna bawełniana, pasiasta, z materiału o czterech wątkach i czterech splotach, i druga z kolorowej wełny, dwa–trzy pania, wiecie, co to jest? Ubranie, które było utkane i po którym było widać, że ma dziury, ale które dałoby się „zaszyć”, tak że byłoby znowu w dobrym stanie! Do tego buty, pas do wraki, nici, garnki, patelnie, świeczniki ozdobione kwiatkami, miedziany dzbanek i inne takie naczynia, filiżanki, lampki oliwne, talerze głębokie, sita do mąki, jedna drewniana łyżka z żywego drewna, czyli z drewna jeszcze zielonego, by się nie złamała, parę kur, a jeśli chodzi o pieniądze, troszkę rialów i paradów, no i ziemi kawałeczek, co do którego wyjaśniano od początku, jaki jest mały, że „równy oślej zagrodzie”, pamiętam, że dokument kończył się zapewnieniem, że dawano też oliwę, halumi, czosnek i dwa talerze kaparów, żeby wsypać wszystko razem, pomieszać, by się stały „obfitością jedzenia”, by wszyscy pojedli, popili, poświętowali, i pan młody, i panna młoda, i teściowie, i swaci, i najbliżsi sąsiedzi, a także nauczycielka, która spisała umowę posagową[5].

– Wtedy to dopiero mieli biedę.

– Niech Bóg nam takiej znowu nie ześle.

– A my jakoś przeżyliśmy nasze dzieciństwo?

– Żeby choć mieli jakąś pracę.

– Twoi siostrzeńcy jeszcze nie mają pracy?

– Jeszcze nie.

– Biedaku, nie widzisz, co się w Grecji dzieje?

– Nieszczęśnicy.

– Oby to i do nas nie przyszło.

To był według mojej matki posag praprababci na nowe życie, które zaczynała, wszystko tam zapisane, ile świętowała ta dawna babcia albo ile świętowała sama babcia Despina w swoim życiu, teraz tego nie wiem, ale wiem, że nacierpiała się dość i że napracowała się też dość, w winnicach obcych ludzi, ale i w tej swojej – małej, winnicy na górze, na nieurodzajnej ziemi, cała walka o to, by ją odkamienić, a potem kamień po kamieniu, budowali umocnienia, tarasy i zaczynali dbać o sadzonki, cała walka o to, by przeżyły, a teraz nikt ich nie dogląda i zarosły, kiedy mogła, szła też za dniówkę na pola w Fasuri, a kiedy i tam nie było pracy, zjeżdżała z dziadkiem do Limassol, do knajpy „Fala”, i tam zmywała talerze i mruczała nieustannie o kobietach, które przypadkowo widywała na plaży i w łódkach, kobietach, które nosiły stroje kąpielowe z epoki, takie długie i zakrywające ciało, ale dla niej wyglądały, jakby były całe nagie, i irytowała się, „Brzydzą mnie te ich cycki na wierzchu, zepsuł się rodzaj kobiecy, zepsuł”, takie samo powiedzonko miała w zanadrzu, kiedy jej się nie podobało coś na jakiejś wieśniaczce czy obcej, „Patrz, patrz, ale widok! Popsuł się rodzaj kobiecy, przez takie jak ta usmaży nas mój Stwórca w ogniu”.

Zdjęcie z archiwum Nino Potsu

– Mój dziadek