Aksamitka - Grażyna Jeromin Gałuszka - ebook + książka

Aksamitka ebook

Grażyna Jeromin-Gałuszka

4,7

Opis

Czwarty tom tej barwnej i trzymającej w napięciu opowieści to okres komunizmu, kiedy bohaterowie sagi, postawieni wobec zupełnie nowej rzeczywistości, z różnym skutkiem usiłują się w niej odnaleźć i ocalić wartości nadrzędne, takie jak miłość, lojalność, tolerancja.

Jest rok 1945 - wyczekiwany koniec niemieckiej okupacji. Radość z wyzwolenia trwa krótko, gdy okazuje się, że stary terror bardzo szybko zastępuje nowy, dla niektórych równie dotkliwy.

Folwark w pięknej dolinie, zapewniający dotąd tylu pokoleniom dobre i wygodne życie, to teraz tylko trochę większe gospodarstwo, młyn zostaje upaństwowiony - dawny świat bezpowrotnie przechodzi do historii; byli właściciele, chcąc nie chcąc, muszą iść z duchem czasu, bez względu na przekonania czy niechęć do narzuconego systemu.

Adela i Kajetan Konarscy mają dwóch urodzonych tuż po wojnie synów. Ci, ani w dzieciństwie, ani w życiu dorosłym, nie przysporzyli im większych zmartwień. Natomiast z córką Marceliną, która przytrafiła im się, gdy oboje byli po czterdziestce, już nie było tak łatwo. Kiedy więc w przeddzień upadku komunizmu Marcelina zakłada białą suknię, rodzice oddychają z wielką ulgą, wierząc, iż małżeństwo położy wreszcie kres jej nieprzewidywalności, utemperuje niepokorny charakter. Jednak gdy auto wiozące młodych do ślubu zatrzymuje się nagle w połowie drogi, wszystko na nowo staje pod znakiem zapytania.

Grażyna Jeromin-Gałuszka - autorka wielu książek, które urzekają czytelników niezwykłym klimatem i wprowadzają w magiczny świat pełen fascynujących postaci i zdarzeń. Niektóre z jej powieści, jak na przykład "Kobiety z Czerwonych Bagien" czy "Magnolia", zdobywały laury na festiwalach i od wielu lat cieszą się nieustającym zainteresowaniem. Mieszka w Sosnowicy, małej osadzie w dolinie Radomki, gdzie kończą się wszystkie drogi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 335

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (49 ocen)
37
10
2
0
0

Popularność




 

 

Copyright © Grażyna Jeromin-Gałuszka, 2020

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Zdjęcie na okładce

© Ildiko Neer/Trevillion Images;

Mark Owen/Trevillion Images

 

Ilustracje w książce

bioraven/Shutterstock.com;

HQuality/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

 

Redakcja

Ewa Witan

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8169-844-3

 

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Bohaterowie czwartego tomu sagi Dwieście wiosen

Osada w latach 1945–1989. Gospodarstwo Konarskich:

Maksymilian Odo­lański – nestor rodu

Klementyna Turczynowa – jego córka, matka Adeli i Marcela

Adela Konarska – właścicielka gospodarstwa

Kajetan Konarski – lekarz chirurg, mąż Adeli

Miron i Mikołaj – ich synowie, ur. w 1945 i 1946 roku

Marcelina – ich córka, ur. w 1962 roku

Matylda – córka Marceliny, ur. w 1981 roku

Ludwika Konarska – dawna rywalka Klementyny, ciotka Kajetana

Tereska Konarska – żona Mirona

Baśka i Jagoda – córki Tereski i Mirona

Wacława – wciąż kucharka

Marcel Turczyn – syn Klementyny i Mundka Turczyna, leśnik w Bieszczadach

Młyn:

Klemens Bogdanowicz – były właściciel, od 1952 roku zarządzający młynem

Agata Bogdanowicz – żona Klemensa

Aldona – córka Klemensa i Agaty

Zula i Natka – bliźniaczki, córki Klemensa i Agaty

Gospodarstwo Drozdowskich:

Emilia Drozdowska – córka Maksymiliana Odolańskiego

Gustaw Drozdowski – nauczyciel, mąż Emilii

Jerzyk i Gabrysia – ich adoptowane dzieci

Zabrzeg:

Mela Odolańska-Fiszer – córka Maksymiliana Odo­lańskiego

Olek Fiszer – mąż Meli

Michaił Janczar – były czerwonoarmista, wnuk Kacpra Janczara

Eufrozyna Hryniewiecka – była hrabina

Pola Leszczyńska – daleka kuzynka Hryniewieckiej

Inni:

Megi Walczewski – wnuczka Meli

Wiki – córka Megi

Ewa Konarska – żona Mikołaja Konarskiego

Andrzej Konarski – ich syn

Magda Jamroz – przyjaciółka i rówieśniczka Marceliny

Kornel Dunaj – kolega ze szkoły Marceliny

Gerard Lipski – narzeczony Marceliny

 

List Kacpra Janczara do Florentyny

Moja najdroższa Florentyno…

Los, który dawno temu zetknął nas ze sobą, pozwolił też, byśmy razem spędzili ostatnie lata naszego długiego życia, choć odebrał nam wszystko, co było pomiędzy. Pięćdziesiąt sześć lat, licząc od tamtego noworocznego popołudnia, kiedy to carskie psy wykurzyły mnie z lasu i pognały na Sybir, aż do tego pięknego letniego dnia w tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim roku, gdy moje stopy na nowo stanęły w dolinie. Kiedy nacieszywszy się odzyskaną po ponad pół wieku wolnością i powrotem do bliskich, chciałem Ci wyjawić pewną prawdę, powiedziałaś, że liczy się już tylko teraźniejszość, a tej nie wolno nam marnować na wspominanie odebranych nam chwil. Zaproponowałaś też, że jeśli były w moim życiu sprawy, po których chciałbym zostawić jakiś ślad, to powinienem je spisać.

Były takie sprawy, a właściwie jedna, bo o życiu zesłańca: ciężkiej pracy, zimnie, głodzie i niewyobrażalnej nędzy, ani nie chciałem mówić, ani tym bardziej pisać. Ta sprawa to kobieta o imieniu Natasza, córka rosyjskiego lekarza, który podpadł carskim władzom i został zesłany do Irkucka na długo przed tym, nim ja tam trafiłem. Lekarz ów, człowiek o wielkim sercu, bardzo kochał swoje dziecko, osierocone przez matkę już na zesłaniu, i mówił na dziewczynkę Taniuszka. Za sobolowe futro pozostałe po zmarłej żoniekupił zniszczone sanie oraz chudą szkapinę i wraz z Taniuszką, opatuloną w wełniane chusty, jeździł po wioskach, po osadach, niosąc katorżnikom, takim jak on, ulgę w chorobach, które wskutek wiecznego niedożywienia i ciężkiej pracy często tam gościły. W końcu jedna z nich i jego dopadła; doktor zmarł pewnej zimy na zapalenie płuc, a wtedy jego córką zaopiekowało się polskie małżeństwo Tarczyńskich. Byłem z nimi w bardzo serdecznych stosunkach, spędzaliśmy długie wieczory na rozmowach i opowieściach o kraju, którego żadne z nas nie spodziewało się zobaczyć, a dziewczynka dotąd się temu przysłuchiwała, póki nie zasnęła w ramionach pani Tarczyńskiej.

Taniuszka rosła na moich oczach, aż w końcu stała się Nataszą. Długo tego nie dostrzegałem, bo była najcichszą, najmniej wymagającą uwagi istotą na świecie. Ogromnie przywiązała się do swych polskich opiekunów, w drugiej zaś kolejności do mnie.

Miałem czterdzieści siedem lat, gdy urodził nam się syn Alosza. Dostał imię po swoim dziadku, odziedziczył też naturę tamtego – wyrósł na dobrego, mądrego człowieka, gotowego nieść pomoc każdemu, ktojej potrzebował. Też chciał być lekarzem, został jednak drwalem, bo bieda, w jakiej żyliśmy, na nic więcej nie pozwalała. Ożenił się i w wieku trzydziestu lat sam został ojcem. Dał synowi na imię Michaił, po moim bracie, o którym dużo im opowiadałem. Opowiadałem także o Tobie, Florentyno. Nigdy nie ukrywałem przed nimi, co zostawiłem w kraju, ani nie taiłem swoich marzeń o powrocie, choć wydawały się one oderwane od rzeczywistości, nierealne. Kiedy jednak po tysiąc dziewięćset osiemnastym roku rozpoczęły się masowe wędrówki rodaków do Polski, zdecydowałem się, mimo swojego wieku, wracać do kraju, chociaż trochę dłużej mi się z tym zeszło.

Skłamałbym, mówiąc, że nie kochałem Nataszy. Kochałem ją tak, jak potrafiłem, choć z pewnością zasługiwała na wiele więcej. Dlaczego więc w tak podeszłym wieku zdecydowałem się na powrót? Bo raz, że ogromnie tęskniłem za Polską, a dwa, że to ty, Florentyno, byłaś dla mnie najważniejsza. Ty mnie trzymałaś przy życiu w chwilach wielkiego zwątpienia w jego sens i celowość. Ty pozwoliłaś mi przetrwać wszystkie choroby i ciężki los, o Tobie marzyłem każdej nocy.

Gdy z małej wioski pod Irkuckiem wyruszałem w swoją ostatnią ziemską podróż, zostawiając Nataszę, kobietę zaledwie w średnim wieku, w otoczeniu rodziny, mój wnuk, Michaił, miał siedem lat. On też, podobnie jak Alosza, wrodził się w swego dziadka. Miał nie tylko moje spojrzenie, ciemną, gęstą czuprynę, spadającą na głęboko osadzone oczy, ale przede wszystkim moją naturę. W przeciwieństwie do mego kochanego syna Aloszy, wnuk od urodzenia był dziec­kiem żywym, zadziornym i niespokojnym, jakby coś nim wiecznie targało i szarpało. Stał przed chatą, gdy z workiem na plecach oddalałem się stamtąd. Stał i patrzył. Odwracałem się, spoglądałem na niego i tak patrzyliśmy na siebie, dopóki nie zniknęliśmy sobie z oczu.

Nigdy byś się o nim nie dowiedziała, moja Florentyno (może nawet się nie dowiesz, jeśli tego nie przeczytasz), ani o mojej sybirackiej rodzinie, z którą przeżyłem ponad pół wieku. Dlaczego więc o nich napisałem? Bo tuż po Tobie byli bardzo ważną częścią mojego życia i zasłużyli na to, byś Ty… albo raczej: byście Wy (ktokolwiek to przeczyta) o nich wiedzieli.

Kacper Janczar

 

Część pierwsza

 

 

Czerwiec 1989

Marcelina wychodzi za mąż.

Nagle, niespodziewanie, nieoczekiwanie, biorąc pod uwagę fakt, że od ośmiu lat, a konkretnie od dnia, w którym wydała na świat Matyldę, z wielkim przekonaniem twierdziła, że nigdy do tego nie dojdzie. Dlaczego? Bo tak. Cała Marcelina.

Adela i Kajetan jakoś się z tym pogodzili. Trudniej im było (i jest do tej pory) zaakceptować pewien wpis w akcie urodzenia wnuczki, a mianowicie: „Ojciec nieznany”. Wpis wpisem, jednak osiem lat to sporo na utrzymanie pewnej prawdy w tajemnicy. Jakakolwiek by była, trzeba byłoby się z nią pogodzić. Jednak nie, Marcelina zapierała się, że nie powie i już, a tu teraz nagle wychodzi za mąż.

No dobrze, niech jej będzie. Najważniejsze, że w życiu Marceliny wreszcie zapanuje jakiś ład. Że Matylda będzie dorastać między matką i ojcem, nawet jeśli to ojciec przybrany. Jest po temu wielka szansa, bo po wakacjach mają jechać we trójkę do Hiszpanii. Gerard, tłumacz literatury iberoamerykańskiej, doktorant i wykładowca tejże na Uniwersytecie Warszawskim, dostał roczne stypendium naukowe. Czy to jest powód, dla którego Marcelina zmieniła w kwestii małżeństwa swe zatwardziałe stanowisko, Adela z Kajetanem wolą się nie zastanawiać. Zwłaszcza że lepszego zięcia nie mogliby sobie wymarzyć. Tak jak i nie mogli uwierzyć w to, że w końcu dojdzie do owego małżeństwa. Miesiąc temu obwieszczona przez córkę decyzja (nagła, niespodziewana, nieoczekiwana) wydawała się tylko jej kolejnym kaprysem bądź – jak teraz mówią młodzi – wygłupem. Dopiero gdy Marcelina, w białej, bardzo skromnej sukience, którą nieco ożywia róża wpięta we włosy, wsiadła z Gerardem do granatowego poloneza i ruszyli z podwórka, Adela odetchnęła z ulgą. Uśmiechnęła się do męża, a on do niej. Jakie to wspaniałe uczucie, gdy niepokój o córkę, która im się przytrafiła, gdy oboje byli po czterdziestce, nagle idzie do wszystkich diabłów.

 

Już nic złego się nie stanie. Parę minut i będą w Konarach. Tam, w urzędzie gminy wezmą ślub cywilny, a pół godziny później odbędzie się kościelny.

Adela tuli wnuczkę, która siedzi między nią a Kajetanem z tyłu w aucie, jadącym tuż za polonezem wiozącym państwa młodych, całuje dziewczynkę w czoło, po czym poprawia jasne włosy o delikatnie rudawym odcieniu i kładzie rękę na ramieniu męża.

– Pamiętasz, Kajetan – zwraca się do niego – jak tą samą drogą gnaliśmy bryczką na łeb na szyję na własny ślub? Kochana ciocia Ludwika uratowała ci skórę…

– I honor – uzupełnia Kajetan.

– Szkoda, że jej dziś z nami nie ma.

– Przeżyła z nami dość. Dobre i złe chwile.

– Nie wiem – zastanawia się Adela – których było więcej. Wtedy, po wyzwoleniu, byliśmy tacy młodzi… Patrzyło się tylko w przyszłość, z podniesionym czołem.

– Nawet wtedy, gdy trzeba było trochę je pochylić – dodaje w zamyśleniu Kajetan. – Odległe czasy… Co się dzieje? – rzuca z nagłym niepokojem, widząc, że granatowy polonez z młodymi zatrzymuje się na rozdrożu.

Adela wychyla się do przodu i, z zimnym potem na czole, próbuje coś dostrzec.

– Może czegoś zapomnieli… Ale czego mogli zapomnieć.

– To bramka, mamo – uspokaja ją średni syn Mikołaj, siedzący za kierownicą. – Bramkę im zrobili, nie denerwuj się.

– Co za ulga, bo już sobie pomyślałam nie wiadomo co – rzuca bez tchu Adela i dalej patrzy przed siebie. – A ten co? – Marszczy czoło na widok listonosza, podjeżdżającego na rowerze do zatrzymanego auta młodych.

– Daje Marcelinie jakąś kopertę. – Teraz odzywa się synowa Ewa, która siedzi na fotelu pasażera. – Pewnie z życzeniami od cioci Georginy z Londynu.

– Życzenia od Giny przywiozła Megi – mruczy pod nosem Adela, jednak wyraźnie uspokojona. – Znalazł sobie porę, niech już wreszcie jadą. Co mówiłeś, Kajetan?

Kajetan zastanawia się, marszczy czoło, szukając jakiegoś urwanego wątku, w końcu odpowiada:

– Mówiłem, że dawne czasy, kotku…

 

1.

Po wojnie

Wiosna 1945

Dawne czasy, lecz nie zamierzchłe. Starsze pokolenie mieszkańców małej osady w dolinie rzeki dotąd ma je w pamięci. Jeszcze pamięta, jakie piętno odcisnęło na nich pięć lat niemiec­kiej okupacji. I jak krótka była radość z wyzwolenia. Arogancja i bezkarność Armii Czerwonej, wracającej spod Berlina, tudzież zdecydowane działania komunistycznego rządu na usługach Moskwy, mające na celu wytępienie wszelkich oznak indywidualnego, niezgodnego z polityką zdrajców myślenia, samostanowienia czy też jakiegokolwiek sprzeciwu, dawały umęczonemu polskiemu narodowi przedsmak nowego terroru.

 

Wróćmy więc do tamtego późnowiosennego popołudnia tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku, gdy przedstawiciel bratniego narodu, czerwonoarmista Michaił Janczar stanął na tarasie młynarskiej chaty i przepędził maruderów, którzy już się szykowali, by gwałcić i zabijać w brutalny sposób, korzystając z przywileju zdobywców, a tym samym zapobiegł, zdawałoby się nieuchronnej, wielkiej tragedii.

 

– Michaił… Janczar? – powtórzyła za nim Aldona. Zbliżyła się do Rosjanina, popatrzyła w jego czarne, głęboko osadzone oczy, które mimo widocznego gołym okiem fizycznego zmęczenia jaśniały jakimś przedziwnym blaskiem, i w jednej chwili w tych oczach przepadła. – Coś mi to mówi… – dodała słabiutkim głosem, po czym zarzuciła oficerowi ręce na szyję i rozpłakała się głośno.

To był płacz z wielkiej ulgi, intensywny i krótki. Czerwonoarmista, zaskoczony tak emocjonalnym wybuchem wdzięczności, znieruchomiał, nie wiedząc, co robić. Sytuacja, jaką tu przed chwilą dostrzegł, wymagała szybkiej reakcji z jego strony, nic więcej, mimo to nie uszło uwagi młodego oficera, że kobieta, której ręce splotły się na jego karku, była jedną z najpiękniejszych, jakie w życiu widział. Kiedy poczuł jej łzy na szyi, uniósł niepewnie rękę, po czym ostrożnie położył dłoń na plecach nieznajomej i mocno ją przytulił. A wtedy coś się w nim rozdygotało, tak że o mało co sam nie wybuchnął płaczem.

Był nieludzko zmęczony. A także brudny. Brudny z wierzchu i w środku. Zmordowany wielomiesięcznym marszem w tę i nazad. Spaniem byle gdzie, jedzeniem byle czego, zabijaniem wrogów i krzykiem gwałconych Niemek, którym jego towarzysze broni na zdobywanych terenach, potem zaś w samym Berlinie, zgotowali piekło. Pod okiem takich jak on oficerów, a nierzadko też z ich udziałem. I jeszcze im tego piekła mało! Jeszcze się w tej krwi i krzykach nie dość unurzali!

Tak mu ciążył ów brud, że miał teraz ochotę skoczyć z tarasu w czyste wody rzeki i całemu się w nich zanurzyć. To by jednak nie wystarczyło, natomiast z każdą sekundą, gdy tulił do siebie tę piękną, pachnącą mydłem kobietę, czuł, jak coś w nim się zmienia. Coś się otwierało, a coś innego zamykało na zawsze. Otworzyła się przedwojenna przeszłość, obraz matki w oknie ubogiej chaty pod Irkuckiem, zamknął się strach, który pozwolił Michaiłowi przeżyć ten morderczy marsz ze Wschodu na Zachód. Zwolnił nieco uścisk, żeby nieznajoma mogła swobodnie odetchnąć. Spojrzeli sobie z bliska w oczy i wtedy zrozumiał, że tu się kończy jego odwrót.

– Michaił Janczar… – Usłyszał za sobą głos młodszego z mężczyzn. – A mój pradziadek też nazywał się Janczar.

– O niego pytałem – odparł Michaił, spoglądając na tamtego przez ramię. – Miałem siedem lat, gdy postanowił wrócić do was.

– Do nas?

– Do swojej Florentyny.

– Wrócił, leżą razem na cmentarzu – powiedział Marcel. – Skąd o nich wiesz?

– Babcia Natasza mi mówiła.

– Nic nie rozumiem…

 

List Kacpra Janczara, który Klementyna przeczytała domownikom, gdy jego wnuk spał jak zabity w pokoju gościnnym, sprawił, że zrozumieli wszystko. Zaraz po tym Adela spojrzała z wyrzutem na matkę i wytknęła jej:

– To takie sprawy trzymała mama tyle lat w tajemnicy?

– Nie trzymałam niczego w tajemnicy – próbowała się bronić Klementyna. – Po prostu nic nie mówiłam.

Córka prychnęła wymownie.

– To całkiem jak prawdę o moim ojcu. Musiałam wyjść za mąż, żeby się dowiedzieć, kim był. A teraz, gdy o mało nie doszło do tragedii, dowiadujemy się, że pradziadek Kacper i jakaś Natasza mieli syna… – Urwała w pół zdania, znieruchomiała, po czym chwyciła siedzącego obok Kajetana za ręce i wykrzyknęła: – Mój Boże, gdyby nie ona, najprawdopodobniej nie miałabym już teraz męża, brata i trzech kuzynek!

– Jak to gdyby nie ona, kiciu? – spytał niepewnie Kajetan.

– Zwyczajnie – odparła. – Gdyby nie uwiodła dziadka i nie miała z nim syna…

– Tylko tyle zrozumiałaś z tego przejmującego wyznania dziadka Kacpra? – naskoczyła na córkę Klementyna. – Że go uwiodła? Biedna sierota po lekarzu zesłańcu? Tam chyba o co innego chodziło, na przykład o rozpaczliwe szukanie bliskości z drugim człowiekiem, a także o prawdziwą miłość.

– Nie w tym rzecz, mamo! – zezłościła się Adela. – Tak mi się palnęło i od razu awantura! Chodzi mi o to, że gdyby nie było Nataszy, nie byłoby też naszego Michaiła, a gdyby go nie było, nie zjawiłby się pod młynem w tej okropnej chwili i wszystko potoczyłoby się całkiem… Mój Boże, Kajetan… – Nagle znowu urwała i wtuliła się w pierś męża. – Aż mi się niedobrze zrobiło na samą myśl, pieniu.

Kiciu, pieniu… Klementyna wzniosła oczy do sufitu, siłą woli powstrzymując się od przypomnienia córce, że gdyby kochany zięć nie zjawił się w odpowiedniej chwili na ganku, dużo by z tego „kicia” i „pienia” było.

– Idąc tym tropem, moje kociątko – zaczął wzruszonym głosem Kajetan, tak jakby czytał w myślach teściowej – gdyby nie moja matka, Izabela Konarska…

– A cóż ona ma do tego? – prychnęło kociątko.

– Która wysłała mnie tamtej niedzieli do notariusza, gdzie dowiedziałem się, że twój absztyfikant Wiktor Różański właśnie się szykuje do Osady, żeby poprosić o twoją rękę… Sama widzisz. – Rozłożył ręce, na chwilę wypuszczając żonę z objęć. – Szukanie zależności między oddalonymi w czasie i przestrzeni zdarzeniami…

– Och, przestań już, Kajetan! – zniecierpliwiła się Adela. – Skończyłeś medycynę, nie filozofię, więc zamknijmy już ten temat.

– Może więc wystarczy powiedzieć, że tak miało być – zakończył.

– To prawda – przytaknęła Ludwika Konarska.

Siedziała w kącie salonu z białym płótnem na kolanach, spokojnie, choć z pewnym namaszczeniem wbijała w nie igłę i prowadziła ją po odbitym wzorze.

Może i tak miało być, lecz jak to dalej będzie… Zdaje się, że teraz nie tylko teściowa z zięciem, lecz wszyscy pomyśleli o tym samym, bo popatrzyli po sobie z pewnym niepokojem, żeby nie powiedzieć: strachem, ale tylko Maksymilian Odolański odważył się zadać to ważne pytanie:

– I co my teraz z nim zrobimy?

– Zatrzymamy tutaj – stwierdził bez namysłu Marcel.

Senior pokręcił głową.

– Nie pozwolą mu. A przecież widać… Na oko widać, że to nasz człowiek, nie ich.

Aldona, dotąd przycupnięta na kanapie, nagle poderwała głowę i wbiła rozpaczliwy wzrok w Maksymiliana. Klementynie wystarczył jeden rzut oka, by zrozumieć, że między młynarzówną a oficerem Armii Czerwonej zaszło już coś bardzo ważnego (choć nie wiadomo, jakim cudem i kiedy).

– Gdzie bliźniaczki? – spytała z nagłym niepokojem Aldonę.

Ta, zapewne myślami gdzie indziej, dopiero po chwili, widząc wbity w siebie wzrok ciotki, odpowiedziała:

– Kazałam im pozbyć się broni. Raz na zawsze. Więc gdzieś poleciały. Jak wrócą – dodała bez przekonania – to sobie jeszcze z nimi pogadam.

Wcześniej jednak wrócił Klemens z Agatą. Dowiedziawszy się, co tu zaszło, usiadł na schodach przed chatą i pochylił głowę na kolana. Spacer po młynarskich łąkach, na które zabrał żonę w nadziei, że to przypomni jej czasy, kiedy tak sobie po nich, trzymając się za ręce, chodzili, w niczym nie pomógł. Rozglądała się tylko i patrzyła na krajobraz z takim samym zdziwieniem jak na niego.

– Musimy sobie jakoś z tym wszystkim poradzić, córko – powiedział Klemens do Aldony. – Najważniejsze, że nic wam się nie stało, tego bym nie przeżył. Więc mówisz, że wnuk Kacpra Janczara was uratował?

– W ostatniej chwili, tato.

– Pójdę mu za to podziękować.

 

Michaił nie oczekiwał wdzięczności. Obudził się, gdy zmierzchało. Słowiczy koncert poderwał go na równe nogi i zaprowadził do otwartego na oścież okna, za którym widać było niemalże naprzeciwko młyn, a trochę na lewo młynarską chatę i fragment tarasu. Odetchnął głęboko rześkim powietrzem, na chwilę przymknął oczy, by wsłuchać się w szum spiętrzonej wody, i wszystko to razem odurzyło go spokojem, jakiego już nie spodziewał się zaznać. Zaraz potem przyszła myśl, że to tylko na chwilę i chyba niepotrzebnie, bo jak tu teraz wracać z takimi obrazami do kraju, który wszystko mu odebrał, niewiele dając w zamian.

Najpierw odebrał mu ojca, gdy przygniotło go drzewo podczas wyrębu w syberyjskim lesie. Matka, córka polskich zesłańców, zaharowała się na śmierć, żeby syn miał lepiej, ale nie miał. Lecz to nie oni, tylko babka Natasza, Rosjanka, zaszczepiła mu niechęć do władzy tego wielkiego kraju. I na próżno było tłumaczyć, że jej rodzice trafili na zesłanie z nakazu cara, nie tych, którzy teraz rządzą. „Car czy komuniści – mówiła twardo – jeden czort. I dla tych, i dla tamtych jesteś niczym, żyj więc tak, żebyś dla siebie coś znaczył”. Łatwo powiedzieć, kiedy od dziecka trzeba pracować, bo kto nie pracuje, ten nie je, a warunki życia sprawiają, że nie ma w nim miejsca na subtelności.

Dopiero gdy w trzydziestym pierwszym kuzynka babki dzięki ogromnej łapówce załatwiła Nataszy powrót, wraz z osieroconym wnukiem, do rodzinnego Petersburga (wtedy już Leningradu), życie pokazało Michaiłowi swą jaśniejszą stronę. Dzięki uporowi babki Nataszy i swej ogromnej pracy skończył studia inżynierskie, do których władza radziecka przywiązywała wielką wagę. Dzięki babce również oparł się komunistycznej ideologii, jaką na każdym poziomie nauczania próbowano mu wbić do głowy. „Pamiętaj, Misza – powtarzała – że twój pradziadek był rosyjskim inteligentem, dziadek polskim patriotą, a ojciec przyzwoitym drwalem”. Nie zapominał o tym.

Pamiętał także o położonej w dolinie rzeki Osadzie, o której dziadek Kacper tyle mu opowiadał, i o Florentynie, która tam na niego czekała. Miał żal do dziadka, że gdy tylko stało się to możliwe, postanowił do niej wrócić, babka jednak tłumaczyła mu, że każdy ma prawo wrócić do swego gniazda, zwłaszcza kiedy go siłą z niego wyrwano. Mówiła mu to do samej śmierci, aż w końcu w to uwierzył i zaakceptował.

Michaił Janczar, starszy lejtnant Armii Czerwonej, przybywając do tej doliny, czuł się tak, jakby znalazł się w swoim domu, bo ani ubogiej chaty na Syberii, ani ciasnego mieszkania w Leningradzie za dom nie uważał, a przytulenie Aldony tylko go w tym przekonaniu utwierdziło.

Potem, gdy Klementyna wprowadziła go do pachnącej lawendą sypialni, zdjęła kapę z łóżka i zaczęła poprawiać pierzynę, obleczoną w śnieżnobiałą, haftowaną pościel, miał ochotę natychmiast się w tej bieli zanurzyć, zasnąć i zapomnieć, kim jest.

– Kim ja jestem? – wymknęło mu się mimo woli.

– Janczarem – odparła.

– Tak się właśnie tu czuję – wyznał. – Tak jakbym po bardzo długiej podróży wrócił do domu. I już nigdy nie zamierzał z niego odejść…

Nie pamięta, czy jeszcze coś powiedział. Chyba po prostu padł na łóżko i zasnął snem kamiennym, lecz krótkim, żołnierskim. Zerwał się nagle, przerażony, zaraz jednak przypomniał sobie, gdzie jest, i pierwsze, o czym pomyślał, to błękitnooka, ciemnowłosa, pachnąca mydłem Aldona.

Wypatrywał jej więc za tym oknem otwartym na majowy zmierzch, a potem obejrzał się i objął wzrokiem skromnie urządzoną, lecz jakże przytulną i ciepłą sypialnię z tak wygodnym łóżkiem, w jakim jeszcze w swoim trzydziestoletnim życiu nie spał. Miał ogromną ochotę jeszcze się na chwilę zanurzyć w wykrochmalonej, pachnącej pościeli, a wtedy usłyszał ciche pukanie do drzwi i po chwili zobaczył wnuczkę Kacpra i Florentyny, a więc swoją kuzynkę Klementynę, która z uśmiechem zajrzała do pokoju.

– Pospałeś sobie? – spytała troskliwym, ciepłym głosem.

– Tak jest! – rzucił po żołniersku, po czym dodał swobodniej: – Piękne miejsce, żeby sobie pospać.

– Pełne pięknych wspomnień – uzupełniła, rozglądając się po ścianach. – Twój imiennik i stryjeczny dziadek, brat Kacpra, zakradał się tu do ciotki Kazimiery. Babcia Flora wiele razy cioci Tyńskiej, choć bez złośliwości, na ten temat dogryzała.

– Mieszkał tu?

– Był mężem babci Florentyny.

– Jak to?

– Zwyczajnie. Chciała, żeby córka Kacpra nosiła jego nazwisko, więc tak to sobie… Tak sobie planujemy – mówiła w zamyśleniu – i układamy pewne sprawy, żeby się w trudnych czasach po swojemu odnaleźć.

– Jeśli się da – szepnął z rozgoryczeniem.

– Jeśli… – przytaknęła, po czym, widząc, jak jest zagubiony, uścisnęła go krótko i pokazała mu czyste ubranie na szafce przy łóżku. – To rzeczy Kajetana, powinny pasować… Ubierz się i chodź do nas, wszyscy na ciebie czekają…

– Wszyscy?

– A Klemens nie może już się doczekać, by ci podziękować za uratowanie córek.

– One też tu są? – spytał z udawaną swobodą.

Uśmiechnęła się tylko i wyszła.

Ta jedna, na której najbardziej mu zależało („bo tamte znowu gdzieś poleciały”), była. Nie mógł oderwać wzroku od jej niebieskich oczu, w niesamowity sposób kontrastujących z ciemnymi włosami. Nie mógł się napatrzeć na jej piękne kształty: ramiona, okryte zwiewnym szalem zamiast popularnej teraz męskiej marynarki; piersi, podkreślone dobrym krojem płóciennej bluzeczki, oraz biodra (kiedy wstała, by pomóc Adeli w nakrywaniu stołu), okryte falującą kloszową spódnicą. Zresztą, zauważył w pewnej chwili, one wszystkie wyglądały inaczej niż większość kobiet, jakie mijał po drodze; czy to Aldona, czy Adela, czy dobiegająca pięćdziesiątki Klementyna, starsza od niej Emilia albo Ludwika Konarska, czy to Mela, która zjawiła się potem z Olkiem Fiszerem i hrabiną Hryniewiecką, czy nawet sama hrabina – była w nich, bez względu na wiek, jakaś lekkość, zadziorność, a także pewne niedomówienie, które musiało z czegoś wynikać. Nie miał czasu się zastanawiać z czego, bo Klementyna, widząc, że prawie wszystko gotowe, objęła go ramieniem i powiedziała:

– Nasz kochany, choć dopiero co poznany kuzynie… Chociaż, Bogiem a prawdą, ja od dawna wiedziałam o twoim istnieniu…

– Mogła mama powiedzieć, to też byśmy wiedzieli – rzuciła z pretensją Adela. – Przynajmniej ja bym chciała wiedzieć, że mam takiego przystojnego wujka… Czy stryjka, bo już nie wiem…

– Michaiła – podpowiedział Janczar. – Przecież jestem niewiele starszy od ciebie.

– Brak mi słów, Michaił – odezwał się Klemens – brak mi słów…

– Więc, nasz kochany kuzynie, mamy tu taki zwyczaj… – próbowała kontynuować Klementyna.

– A gdzie Marcel? – rzuciła Wacława, wchodząc z koszyczkiem chleba do jadalni.

– Stoi na drodze z Weronką Porębską – odpowiedziała Emilia. – Widziałam po nim, że już by chciał odejść…

 

 

 

– Ale jest za dobrze wychowany, żeby ją zlekceważyć – dokończył Maksymilian. – Córka nie może odpowiadać za winy matki, dobrze, że mój wnuk to rozumie – dodał cicho.

– Chciałam więc powiedzieć… – próbowała dalej pani domu.

– Do Marcela nawet nie dociera, że Weronka mizdrzy się do niego, dziadku. – Aldona znowu przerwała matce. Zamachała nogami – przewróciła puste krzesło, zamachała rękoma – rozsypała sól i nic sobie z tego nie robiąc, mówiła dalej: – Jeszcze długo nie dotrze do niego, że na świecie istnieją inne kobiety…

– Przymknij się, Adela! – krzyknęła na córkę Klementyna. – Boże, jaki mieliśmy z tobą spokój przez całą wojnę, kiedy nie byłaś pewna, czy Kajetan znajdzie w końcu drogę do ciebie, parę kilometrów z Konar do Osady, tyle wtedy mieliśmy tu spokoju! Więc, mój drogi – zwróciła się w końcu do Michaiła – taki tu mamy zwyczaj, że kiedy jest po temu ważna okazja, wszyscy razem siadamy przy stole. Siadajmy więc i, chociaż na stole teraz skromnie, cieszmy się, a dopiero potem – westchnęła – zaczniemy się zastanawiać, co dalej z tym wszystkim począć.

– Bo ty jesteś nasz – dodał Maksymilian – i bardzo się cieszymy, że tu jesteś.

Nagle milczący dotąd Gustaw Drozdowski zabębnił palcami o blat stołu i powiedział:

– Może i nasz, ale należy do nich.

Po skromnej, choć dla Michaiła bardzo wystawnej kolacji, podczas której wszelkimi siłami usiłował zapamiętać, kto tu jest kim, znalazł wreszcie trochę swobody, by pobyć z tą, która już stała się dla niego wszystkim. Intuicyjnie czuł, że nie mają dla siebie za wiele czasu, więc postanowił go nie marnować. Znalazł ją nad rzeką, gdzie wypatrywała swoich młodszych sióstr.

– Aldona, Aldona… – odezwał się melodyjnym głosem, kładąc rękę na jej talii. – Jakie to piękne imię.

– Michaił, Michaił… – Wpadła w podobny ton. – Nie wiem, co powiedzieć…

– Wszystko, co zechcesz.

– Chciałabym, ale trochę mnie to przeraża.

– Co?

– To, że czuję się tak, jakbyśmy zawsze należeli do siebie.

– Ja czuję to samo.

– Co ten Gustaw powiedział? – spytała, spoglądając mu w oczy. W jej wzroku była rozpacz. – O co mu chodziło?

– A tam… Czy to ważne?

– Powiedz.

Westchnął głęboko i ledwo zauważalnie musnął ustami czubek jej głowy.

– O to, że jestem żołnierzem, więc należę do armii. Jestem Rosjaninem, więc należę do Związku Sowiec­kiego. A ja bym tak chciał… tak bardzo bym chciał należeć tylko do ciebie.

W tym samym czasie, gdy Michaił Janczar i Aldona Bogdanowiczówna wyznawali sobie to, o czym od pierwszej chwili wiedziały ich serca, Klementyna kazała synowi ściągnąć z Zabrzega Olka Fiszera, więc Marcel wziął rower, przeprowadził go przez bród w rzece i pojechał.

Wszyscy, poza Emilką, która odeszła zaraz po kolacji, żeby utulić do snu Gabrysię, zebrali się w małym saloniku i tam zaczęli obradować.

– Kochałam bardzo dziadka Kacpra – zaczęła Klementyna – kiedy po powrocie z zesłania był tu z nami. Pokochałam Michaiła od razu, jak tylko dowiedziałam się, kim jest… – Głos uwiązł jej w gardle, rozejrzała się bezradnie, po czym rzuciła z gniewem: – Co za okropny kraj, który tak postępuje ze swymi ludźmi!

– Skąd w tobie nagle taka zajadłość, córko? Czy to aby potrzebne? – spróbował złagodzić jej wzburzenie Maksymilian.

– Nie skąd, tylko odkąd, tato. Odkąd zamordowali mi Mundka w Lesie Katyńskim. Wcześniej dziadek Kacper opowiadał o swoim ciężkim życiu w tym syberyjskim piekle. Później, czyli teraz, jego wnuk, zanim padł jak nieżywy na łóżko, rozejrzał się po naszej najmniejszej, północnej sypialni i powiedział, że we trójkę mieli mniej miejsca w leningradzkim mieszkaniu, a o tym, jak było wcześniej, nic nie powie, bobym nie uwierzyła.

– A widzieliście – wtrąciła Adela – jak się schylił po okruszek chleba, kiedy mu upadł na podłogę?

– Ja widziałem – przytaknął ponurym głosem były więzień Oświęcimia, Gustaw Drozdowski. – Sam zbierałem okruchy chleba z ziemi, nie tylko z podłogi… – Urwał nagle i z niepokojem rozejrzał się po wszystkich wokół. – Tylko nic nie mówcie Emilce – poprosił. – Nie musi wiedzieć takich rzeczy.

– Jakby nie widziała, w jakim stanie tu wróciłeś – skwitowała Klementyna.

– Co innego mieć ogólne pojęcie głodu, nędzy czy okrucieństwa – odrzekł na to – a co innego poznać szczegóły. Faszyzm dał się światu we znaki. Nie łudźmy się – dorzucił chłodno – że ta czerwona zaraza to coś lepszego, że odejdą i zostawią swojego pośród polskich panów. Gdyby dało się cofnąć czas, cofnąłbym wiele, między innymi słowa, jakimi dwadzieścia trzy lata temu broniłem osiągnięć rewolucji sowieckiej przed dziadkiem tego młodego człowieka, panem Kacprem Janczarem, a potem…

– A teraz skończ już z tymi panami, Gustaw – niespodziewanie huknął na niego Maksymilian – bo z towarzyszami, jak widać, skończyłeś! Jesteś między nami od tylu lat, żyjesz z moją córką, razem robicie coś dobrego… Pan Janczar, pan Odolański, pan Bogdanowicz! Jesteś w rodzinie, więc zwracaj się jak do rodziny: dziadku, ojcze, wujku… – Urwał nagle i machnął ręką, po czym wbił wzrok w przedziurawiony niemiec­kimi kulami portret Konstancji Konarskiej.

Drozdowski tylko kiwnął głową i po chwili milczenia powiedział:

– Masz rację, tato.

Adela, oparta plecami o męża, nagle pochyliła głowę i gwałtownie się rozpłakała.

– Zabierz ją stąd, Kajetan – zarządziła od razu Klementyna. – W pierwszym okresie ciąży takie wzruszenia nie wychodzą na dobre.

Zanim się ruszył, Ludwika Konarska, zdjąwszy z kolan haftowaną serwetę, wstała i wyprowadziła żonę bratanka na taras.

Ledwo wyszły, z drugiej strony, od ganku, wpadł do saloniku Olek Fiszer, a zaraz za nim Marcel. Olek zdyszany nieludzko, bo wiózł na ramie hrabinę Hryniewiecką, o czym w pierwszej kolejności, klnąc cicho, nie omieszkał powiadomić domowników, potem zaś rzucił się do dzbanka z wodą i zaczął łapczywie pić.

– Jak się dowiedziały, co tu zaszło – zaczął się tłumaczyć z rzuconych na wstępie przekleństw – tak obie chciały jechać. Mela wsiadła na drugi rower, lecz hrabina w swoim arystokratycznym beztroskim życiu opanowała tylko sztukę jazdy konnej, więc co było robić!

– Przecież Eufrozyna taka lekka – stanął w obronie Hryniewieckiej Maksymilian, wyraźnie ożywiony jej przybyciem.

– Ale wierciła się i całą drogę wyzywała mnie od chamów.

– Od czego?! – Kajetan parsknął śmiechem.

– Bo raz czy dwa huknąłem jej do ucha, żeby się, do cholery, przestała kręcić.

– No to ja się nie dziwię – skwitował Maksymilian. – A gdzie one są, że jeszcze nie weszły?

– Mela gada z Aldoną, a Eufrozyna, panie Odolański, dziamdzia coś temu ruskiemu, że taki podobny do siostrzeńca jakiejś jej kuzynki, Poli Leszczyńskiej z Konstancina. Niedorozwiniętego notabene, którym się tamta miała po śmierci brata i bratowej opiekować, lecz biedaczka miała za mało służby, więc oddała go do szpitala dla umysłowo chorych…

– No mówię wam, istny Waldemar! – Usłyszeli z korytarza głos hrabiny i zaraz ukazała się w drzwiach, nieco rozpięta pod szyją. Rzuciła gniewne spojrzenie Olkowi, kokieteryjnie uśmiechnęła się do Maksymiliana, po czym usiadła wygodnie na kanapie i wachlując się haftowaną serwetką Ludwiki, kontynuowała: – Takie same głęboko osadzone oczy, co odczytywaliśmy jako jeden z symptomów debilizmu, ta sama postura. Nie wierzycie? Mam w albumie zdjęcie z Polą na schodach pensjonatu w Juracie, ten imbecyl stał za nami, jutro mogę przywieźć.

– Byle nie na moim rowerze – burknął Olek.

Obrzuciła go lekceważącym wzrokiem i już chciała mówić dalej, gdy tupot nóg na ganku, a potem w sieni, ją powstrzymał.

– No istny Waldemar! – powtórzyła jednak na widok Michaiła.

Oparł się ramieniem o futrynę i widać było, że trochę jest wystraszony. Za nim weszła Mela, a na końcu Aldona, popychając przed sobą bliźniaczki.

– No powiedzcie teraz, latawice, gdzie was znowu poniosło! – krzyczała na nie. – Tłumaczcie się ojcu, cioci, wujkom…

– Przecież nic nie zrobiłyśmy! – jednym głosem przerwały starszej siostrze.

– Ja wiem, co miałyście zrobić! – nie ustępowała Aldona. – Miałyście się pozbyć broni, wrócić do domu i siedzieć na tyłkach! Ale nie! Nie wytrzymałybyście, jakby was znowu gdzieś nie poniosło! Chwilę po tym… Wiadomo po czym! Tato – zwróciła się do Klemensa – wyciągnij pasek ze spodni, muszę je sprać, bo nie wytrzymam, ty przecież tego nie zrobisz.

Bliźniaczki cofnęły się za kanapę, na której rozparła się hrabina.

– Bo usłyszałyśmy huk nad rzeką, jak się kończą nasze łąki – zaczęła Zula lub Natka.

– A potem zobaczyłyśmy dym – dodała Natka lub Zula.

– No to poleciałyśmy…

– W te pędy.

– I patrzymy, a tam wszystko rozpieprzone!

– Granatami!

– Tu ręka, tam noga, a gdzie indziej co innego!

– No to od razu wiedziałyśmy, co się stało!

– Co? – huknęła im w twarz Aldona.

– Mogłybyście mi tak nie krzyczeć nad głową? – spytała z irytacją hrabina, gwałtownie wachlując się niedokończoną serwetką. – Ja rozumiem, że nastały barbarzyńskie czasy…

– Eufrozyno! – upomniał ją delikatnie Maksymilian.

– Więc co się stało? – huknął im tym razem nad uchem Klemens i wyciągnął obie zza kanapy.

Stały z naburmuszonymi minami na środku pokoju, spojrzały na siebie, policzyły w myślach do trzech, co można było odgadnąć po ruchu ich warg, i rzuciły jednym tchem:

– Jak co się stało, tatku?! Tamtych czterech, co nas chcieli skrzywdzić, obezwładniło tych dwóch, co im Michaił kazał tamtych odwieźć na posterunek, kazali skręcić w pola, do samej rzeki, bo stamtąd łachudry przyszły, zaczęła się szarpanina, któryś odbezpieczył granat i wyleciało w pizdu, wyleciało wszystko w powietrze!

Skończyły, znowu na siebie spojrzały, z uznaniem kiwnęły jedna na drugą, po czym z niewinnymi minami rozejrzały się po obecnych. Ci zaś, zdaje się, rozważali w milczeniu prawdopodobieństwo przedstawionych przez bliźniaczki zdarzeń, w końcu odezwał się Kajetan:

– Mogło tak być.

– Tak zapewne było – przytaknął Olek Fiszer.

– Zaraz, zaraz – zaprotestowała tej powszechnej zgodzie starsza siostra bliźniaczek – niech się najpierw wytłumaczą, co tam tyle godzin robiły…

– Nie teraz, Aldona – uciął stanowczo Olek. Podszedł do bladego jak ściana Michaiła, obrzucił go wzrokiem i rzekł: – Domyślam się, że w innym ubraniu tu przyjechałeś.

– W innym.

– Gdzie jest?

– Zabrałam do prania. – Usłyszeli z kuchni gromką odpowiedź Wacławy. – Zaraz będę moczyć!

– Niech Wacława nie moczy, tylko tu przyniesie! – krzyknął w stronę kuchni Olek, po czym znowu zwrócił się do Michaiła: – Nieśmiertelnik!

– Jaki nieśmiertelnik?

– Normalny. Taki, jaki każdy żołnierz nosi na wojnie.

Tamten pokręcił głową i parsknął krótkim śmiechem.

– Mało który sołdat go wkładał, żeby nie zapeszyć. A i tak w czterdziestym drugim zakazali wydawania i noszenia…

– Żartujesz?

– Nie.

– Po co?

– Po to, żeby nie płacić odszkodowań rodzinom poległych – udzielił odpowiedzi Gustaw Drozdowski. – Dranie.

– A co masz? – pytał dalej Olek Fiszer.

– Książeczkę czerwonoarmisty. – Michaił sięgnął do tylnej kieszeni spodni.

Fiszer przez chwilę milczał ze zmarszczonym czołem, po czym zwrócił się do bliźniaczek:

– Zula, Natka, gdzie to jest?

– Co?

– Jak co? Ten samochód z ciałami.

– My zaprowadzimy – odrzekły chórem.

Aldona straciła widać cierpliwość, bo trzepnęła jedną i drugą po głowie, po czym wskazała im miejsce na kanapie. Usiadły więc po obu stronach hrabiny, spojrzały z pretensją na siostrę, dopiero wtedy odpowiedziały:

– Za zakrętem rzeki, tam, gdzie się utopił kowal z Czerwińska, jak przyłapał kobitę na sianie z parobkiem. Z tym, co później latał za tą Stefką…

– Zula, Natka! – upomniała je starsza Bogdanowiczówna.

– Zaraz za naszymi łąkami, w samym środku olszyny! – wyrzuciły w końcu, złe na wszystkich.

Olek kiwnął głową. Kajetan z Gustawem zerwali się na równe nogi.

– No to idziemy, panowie – rzucił Konarski i pierwszy wyszedł z pokoju.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI