Aby do mety - Joanna Kruszewska - ebook + książka

Aby do mety ebook

Joanna Kruszewska

4,3

Opis

Miłość czy przyzwyczajenie? Uwierzcie, czasem trudno odróżnić jedno od drugiego. Spróbujcie razem z Mirą przejrzeć się w zwierciadle uczuć i znaleźć tę właściwą odpowiedź. Ta historia odziera ze złudzeń, które potrafią skutecznie zatruć życie. To trzeba przeczytać!

Aneta Kwaśniewska,

Książki w eterze, ksiazkiweterze.pl

Mira stawia sobie za cel dociągnięcie do ołtarza aktualnego wybranka serca. Jednak w miarę upływu czasu zaczyna zadawać sobie pytanie, czy Łukasz jest aby na pewno tym, z którym powinna spędzić resztę życia. Zachowanie narzeczonego i liczne sytuacje świadczące o niewystarczającym zaangażowaniu emocjonalnym początkowo nie przeszkadzają Mirze w konsekwentnym dążeniu do mety. Pojawienie się jednak w jej życiu kolejno dwóch innych mężczyzn powoduje rozterki duchowe i całą masę wątpliwości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 317

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (24 oceny)
12
8
3
1
0

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Joanna Kruszewska

 

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Magdalena Wójcik

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2019

 

eISBN 978-83-66217-71-3

 

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poniedziałek

 

Magazynier, sprzedawca, specjalista ds. projektów, inżynier procesu powlekania... A co to takiego...? Wyświetl szczegóły... Chemia. Odpada. Asystentka, referent, cokolwiek… Coś, co pozwoli mi spędzić minimum czasu w pracy, a maksimum w domu. No i zagwarantuje jeszcze jako takie zarobki.

Handlowiec.

Kolejny handlowiec.

O, i jeszcze jeden.

Westchnęłam w parującą kawę. Nie będzie łatwo. Najlepiej by było – posiadając wszelkie możliwe atuty intelektualne – znać jeszcze wszystkie języki świata, no, przynajmniej z pięć. Pięciu nie znałam. Z konwersacyjnym angielskim i podstawami niemieckiego, za pomocą którego raczej trudno przychodziło mi porozumienie się z kimkolwiek, praca na etacie – powiedzmy asystentki – odpadała z mety. Aha, przydałoby się jeszcze tak z dziesięć lat doświadczenia zawodowego, powalająca na kolana aparycja i najlepiej tak ze dwadzieścia dwa, góra trzy lata. Jestem stara! Matko kochana, jestem za stara, żeby znaleźć jakąś sensowną robotę. Miotając gromy, ruszyłam do lusterka, powtarzając sobie po drodze, że kobieta z trzydziestką na karku dopiero po kilku zabiegach kosmetycznych może rano wyglądać jako tako. Więc nawet jeśli zobaczę potwora, a zobaczę na pewno, to odrobina mleczka, toniku, kremu, no i szamponu, podkład, lekki make-up, to wszystko na pewno zdziała cuda, nie ma co panikować.

Rzuciłam rozpaczliwe spojrzenie, najpierw z daleka i przy włączonym tylko górnym, łagodnym świetle. Hm, nie jest źle. Później odważyłam się zapalić jeszcze podświetlenie punktowe i podejść dwa kroki bliżej. No tak, jakaś szara jestem i kurze łapska rysują się całkiem wyraźnie, stwierdziłam, jeżdżąc już nosem po lusterku. Gotowa byłam lecieć w kraciastym szlafroku Łukasza do pobliskiej drogerii po jakieś cudowne specyfiki. Cudowniejsze od posiadanych i wklepywanych obecnie. Idiotka, że niby im więcej wklepiesz, tym więcej lat ci ubędzie? Nie pal tyle, kawska nie żłop bez opamiętania, to i zmarszczek nie będzie. Znaczy, na pewno nie będzie ich tak szybko przybywać. Chociaż kto wie, co ja mam w genach zapisane...

– Ulaaa – zawyłam dokładnie piętro wyżej, w drzwiach kochanej sąsiadki i jednej z dwóch najbliższych moich przyjaciółek. Jasna głowa wychyliła się jak zwykle z kuchni, razem z nią wychylił się też słodki, cynamonowy zapach.

– Wirusa się nie boisz? Stasiek z przedszkola kolejną ciekawą chorobę przytachał – poinformowała od razu od drzwi.

– A ciebie też wzięło? – zainteresowałam się na wszelki wypadek.

– Nooo, zdaje się, że powoli bierze. Oszczędzę ci szczegółów...

– Zaryzykuję, nic nie jest w stanie mnie już bardziej przybić – rzuciłam dramatycznie.

– Ooo, faktycznie coś nieciekawie wyglądasz.

– Nie dobijaj mnie. – Klapnęłam na kuchenną ławę. – Jestem stara, chyba nigdy nie wyjdę za mąż i nie będę mieć dzieci, poza tym nikt mnie nie przyjmie do pracy, bo nie umiem szyć... Buuu! Dlaczego mnie rodzice nie przysposobili do jakiegoś konkretnego fachu? Dlaczego sama się nie przysposobiłam?

– Nie bucz. Kawy ci zrobić?

– Od kawy przybywa mi zmarszczek.

– Sypaną czy rozpuszczalną? – Stała już w pełnej gotowości między czajnikiem a szafką z kubkami.

– Rozpuszczalną z mleczkiem, duuużo mleczka – miauknęłam zgodnie. Jak to dobrze czasami znaleźć się w pobliżu osoby zdecydowanej i opiekuńczej. Zapach już praktycznie wbijał mi się do nosa i powodował lekkie skurcze puściutkiego żołądka. – A co tu tak pachnie?

– A tu tak pachną pierniki. Późno się za nie wzięłam, ale gdybym zrobiła to wcześniej, pewnie by zeżarli i na święta musiałabym dorabiać. No co tam? – Kubek wylądował przede mną razem z porcją brązowych, ciepłych jeszcze ciastek. – Gadaj.

– A o czym tu gadać. Czy ty wiesz, ile mam lat? Łukaszowi się nie spieszy do zakładania rodziny... Na dodatek nikt nie chce mnie zatrudnić. Czarna rozpacz. Kolejne święta spędzę w gronie zatroskanej rodziny, zatroskanej przede wszystkim o mój stan cywilny. Po prostu miód. Próbkę mam przy okazji każdego telefonu od mamy. Dzięki Bogu dzisiaj jeszcze nie dzwoniła.

– Przecież chyba jesteście zaręczeni... nie? Stasiu, zostaw pilota.

– Taaaa, chyba jesteśmy... A widziałaś u mnie jakiś pierścionek? Bo zdaje się, zaręczyny to z pierścionkiem. Widziałaś jakiś? – Wysunęłam przed siebie obie dłonie.

Ula posłusznie pochyliła się nad nimi, wypatrując choćby śladu biżuterii.

– Faktycznie, nie ma, ale... Mirul, rozejrzyj się po kątach i zastanów chwilę, czy aby na pewno wiesz, do czego tęsknisz. – Ula zerknęła do dużego pokoju, po czym kategorycznie i bez zbędnych ceregieli odebrała najmłodszej latorośli pilota.

Rozejrzałam się po znajomych kątach. Odwieczny ład, skład i porządek. Odwieczny zapach czegoś pysznego, pieczonego, smażonego. No i odwieczny hałas. Czy wiem, do czego tęsknię... Głupie pytanie. Pewnie, że nie wiem. Zdaje się, że nikt w tym zwrotnym punkcie swojego życia nie ma bladego pojęcia, na co się pisze. Ale słowo rodzina ma niebagatelny wymiar, a dzieci...

Państwo Zabroccy doczekali się czwórki potomstwa, które temperament odziedziczyło zdecydowanie po mamusi. Chwilami miałam wrażenie, że Ula ma nie dwie, a przynajmniej pięć rąk. Co za tym idzie, jej potomstwo miało tych rąk cztery razy więcej. Nóg też. Jeszcze gdyby te wszystkie ręce i nogi umieścić w jednym ciele, dałoby się wytrzymać. Ale one były na osobnych korpusikach, a te korpusiki rozbiegały się zazwyczaj w przeciwnych kierunkach. Rozliczne ręce grzebały w różnych miejscach, w których zdecydowanie nie powinny grzebać. Patrz kontakty, zwoje kabli, włączniki, a teraz – proszę bardzo, najmłodszy potomek znowu dorwał pilota i usiłował przetestować na nim trwałość dopiero co wyrżniętych siekaczy. Co zwycięży? Ząb czy wstrętny, oporny plastik? Najwyraźniej stawiał na ząb. Wskazywały na to zaciekłość i pasja, z jaką usiłował rozgryźć coraz to nowe miejsca.

– Stasiu, co ja mówiłam? Zostaw pilota! Patrz i dalej się zastanawiaj. – To było już do mnie, z delikatnym rozdrażnieniem w głosie.

Staś zaprzątnął wreszcie – całkiem skutecznie – swoją uwagę piernikami. Wymyślił zabawę w chomika, który zbiera zapasy na zimę. Wepchnął sobie w i tak pyzate już policzki po kilka ciastek, po czym wypiąwszy na nas swój tłuściutki, czteroletni zadek, pobiegł na czworaka do dużego pokoju. Słodkie.

– Mira… Chomiki gromadzą zapasy na zimę?

Wzruszyłam ramionami.

– Pojęcia nie mam, ale zdaje się, że nie.

– Trzeba będzie porozmawiać z Pawełkiem, niech sobie dziecko błędnych teorii nie wymyśla. Swoją drogą, skąd mu te chomiki, może o wiewiórki mu chodziło... No i czy on czasami nie powinien już wyrosnąć z gryzienia wszystkiego, co mu wpadnie w ręce? – zastanawiała się, wrzucając na blachę kolejne ciastka.

Rzecz jasna, że trzeba. Z Pawełkiem wszystko musiało być skonsultowane. Począwszy od tego, ile ziemniaków nabyć – przy czym nabywała zawsze Ula, uprzednio odprowadziwszy wszystkie dzieci do szkół i przedszkoli, dwójka tu i dwójka tu – poprzez to, co właściwie rodzina życzy sobie na obiad, a zawsze decydował pan i władca Zabrocki, skończywszy zaś na konsultacjach z zakresu edukacji dzieci. To zawsze Paweł wiedział najlepiej, on – instancja wyższa, władza absolutna i nieomylny monarcha w jednym. Nie można powiedzieć miłościwie nam panujący. Ula godziła się na istniejący układ, podejrzewam też, że w dużej mierze była jego twórczynią, ale chwilami szlag mnie trafiał. Człowiek potrafi się zredukować do istoty stricte użytecznej dla innych, własne potrzeby zepchnąć głęboko w zakurzony kąt, jeszcze czymś przykryć, żeby – uchowaj Boże – się stamtąd nie wydostały. Teraz wyciągnie kolejną partię ciastek, odgarniając ramieniem jasny kosmyk z policzka, za chwilę wstawi jakieś mięcho do pieczenia, potem ułoży Staśka do drzemki i wykorzystując względną ciszę w domu, usiądzie przed komputerem, żeby powklepywać trochę danych. Miała stałą pracę z możliwością odbębnienia jej w domu. Inny układ nie wchodził w grę. Podziwiałam ją, co tu dużo gadać. W porównaniu z życiem Uli, moje wyglądało sielsko anielsko i, trzeba ze skruchą przyznać, nader leniwie i bezproduktywnie.

Wylądował przede mną kolejny talerz z ciepłymi piernikami. Roiło się na nim od serduszek, gwiazdek i wycinanych przez Stasia armat, do złudzenia przypominających męskie przyrodzenia, różnych długości i grubości, kształtem jednak nieodmiennych.

– No co się przyglądasz, armaty – prychnęła Ula.

– Niezłe. – Wzięłam jedną do ręki. – Ciekawe, skąd wzorzec. Tatusiowy? Hi, hi. No i oświeć mnie, gdzie niby tu lukier lać, hę?

– No gdzie? Na całość. Niech ci nie przyjdzie do głowy ozdabiać tylko końcówki... – Ula już rozstawiała na stole miseczki z rodzynkami, orzechami i wiórkami kokosowymi.

– Czemu nie, można by jeszcze trochę polać na jąderka, a na to orzechy laskowe. – Wybrałam dwa najdorodniejsze egzemplarze. – O tak.

Ścierka z precyzją – świadczącą o latach praktyki – wylądowała dokładnie na środku mojej kudłatej łepetyny.

 

Cisza. Jedyny dźwięk, jaki rozlega się w mieszkaniu, to w miarę rytmiczne pukanie. Czapy śniegu co chwilę odrywają się od parapetów i z cichym pacnięciem kończą kolejny etap podróży na ziemię.

Chcę już wyjść za mąż.

Chcę mieć takiego Stasia albo Marysię.

Chcę mieć wycinane z piernikowego ciasta peniski.

Chcę mieć pogryzionego pilota od telewizora.

Chcę i tyle.

Łukasz wrócił późno. Trzaśnięcie drzwiami, łomot teczki rzuconej bezwzględnie na szafkę w przedpokoju, po czym w drzwiach pojawia się jego łysiejąca – o przepraszam, dostaje drgawek, jak się tak mówi – jego ozdobiona zakolami, szlachetna głowa.

– Co zjem?

– Dzień dobry, kochanie...

– Dobry, dobry. – Obowiązkowy cmok w powietrze tuż nad moją głową. – Co dobrego jest do zjedzenia?

– Zupa, podgrzać?

– A jaka? – Już zaglądał do lodówki po cokolwiek.

– Pomidorowa.

– Pomidorowa była wczoraj – stwierdził z pretensją.

– Dzisiaj jest również, nie zgłaszałeś zamówienia na inną. – Wzruszyłam ramionami.

– Wiesz, że nie znoszę jeść dwa dni pod rząd tej samej zupy. Siedziałaś cały dzień w domu, nie mogłaś czegoś ugotować?

– Nie siedziałam cały dzień w domu – cholera, tłumaczę się – byłam u Uli.

Tłumaczę się – trzeba dodać – jego pochylonym plecom. W nosie ma, gdzie byłam. Siedzę w domu, znaczy nie mam pracy, więc w cieple domowych pieleszy powinny na niego czekać dwudaniowy obiad plus deser i niewiasta przyodziana w kusy fartuszek. A nie drugi dzień z rzędu taka sama zupa. Na dodatek pomidorowa z ryżem. Przecież on nie cierpi pomidorowej z ryżem. Makaron ma być. Najlepiej kolanka pluskające radośnie w odmętach przecieru i gęstej, tłustawej śmietany. O, leniwa kobieto. Zagotowałam się. A kolanka zapluskały jedno o drugie. Moje kolanka, nie makaronowe. Ze złości.

W takich momentach można zrobić dwie rzeczy. Albo pokusić się o natychmiastową konfrontację roszczeń, a co za tym idzie doprowadzić do awantury, albo spożytkować mało konstruktywną energię w inny sposób. Nic na to nie poradzę. Patologicznie nie znoszę awantur, a nauczona wieloletnim mieszkaniem w towarzystwie Łukasza wiem, że skończyłoby się właśnie tym. Unik. Nie pozostaje nic innego.

Część energii zużyłam na głośne trzaśnięcie drzwiami. Resztę pary straciłam, lecąc z furkotem po klatce schodowej. Na parterze miałam już tylko lekką zadyszkę, spowodowaną kiepską kondycją.

Natychmiast, natychmiast zawlec go do ołtarza. Albo nie. Najpierw znaleźć pracę i zmienić tę chorą sytuację. To nie ja jego, ale on mnie będzie ciągnął na ślubny kobierzec... Za rude kudły, razem z ambicjami, z ciepłą posadką i, generalnie rzecz biorąc, całą moją świeżo zdobytą niezależnością.

Bo miałam ambicje. A jakże.

Po cichutku, nic nikomu nie mówiąc, ukończyłam podstawowy kurs grafiki komputerowej. Podstawy były mi potrzebne, żeby ujarzmić to bydlę, Photoshopa. Źle mówię. Nie ujarzmić, tylko się z nim zaznajomić. Do ujarzmienia jeszcze mi trochę brakowało, aczkolwiek w naszej znajomości, trzeba przyznać, szala dominacji zaczynała już przechylać się na moją stronę. Po cichu też zaczęłam nachodzić zaprzyjaźnionego informatyka i wyciągać maksimum informacji na temat możliwości mojego laptopa. Jako że przy bliższej znajomości z wyżej wymienionym programem zaczynał nieco niedomagać.

Laptop, nie informatyk.

Kilka wizyt i już miałam głowę pełną całkiem sympatycznej terminologii, ogólnie pojętego oświecenia w kwestii procesorów, i wiedziałam, na co mam zamienić swego poczciwego, wysłużonego laptopa. Dowiedziałam się też, ile kosztuje cudo, na którym powinnam się szkolić i dokształcać. Dużo. Zdecydowanie za dużo. Z pensji szkolnej nic mi już nie zostało. W ogóle z czasów piastowania posady nauczycielskiej zostały mi tylko mętne i niekoniecznie przyjemne wspomnienia.

– No, Mira, nie będę cię czarował, ale to raczej maszynka do pisania. Sprytna, zgrabna, strony też ci chyba ładnie odpala, ale trzeba by procesor wymienić, Pentium 4, no i pamięci dołożyć, a gdzie tu pamięć dołożysz? No, tak żeby przynajmniej z 512 MB było…

Reasumując, z Marcinowych wykładów przepełnionych terminami brzmiącymi dla laickiego ucha cokolwiek egzotycznie wynikało jedno – świetność mojego sprzętu minęła bezpowrotnie.

No, ale przecież o tym chyba Łukasz świetnie wie. Nie powiedział mi?

Ano nie powiedział. Zaczytany w swoich projektach po uszy, moje zapędy graficzne zbywał lekkim machnięciem ręki i pobłażliwym stwierdzeniem, że mi przejdzie. Dlaczego właściwie mój mężczyzna nie może mnie traktować poważnie? Od początku twierdził, że jedyne, do czego się nadaję, to wykładanie historii w pobliskim gimnazjum. Podczas gdy mnie wystarczyły trzy pełne lata, żeby nabrać zupełnie odmiennego przekonania. Ale moją argumentację zbywał krótkim: „rzadko się zdarza, żeby ludzie lubili to, co robią”. Dodawał jeszcze, że mając tyle lat, ile mam, powinnam już mieć jako takie pojęcie o życiu i nie idealizować wszystkiego. A grafika? Ot, kolejny wymysł niezdecydowanej niewiasty.

A właśnie, że nie. Nawet jeżeli mam szukać przez całe życie zajęcia, które sprawi mi satysfakcję, to będę szukać. Choćby mnie najbliżsi kłuli idealizmem w oczy.

Impas. Bez pracy nie będę miała sprzętu, bez sprzętu nie będę mogła dłubać w grafice, bez dłubania… hm, pozostanę tym, kim jestem. Znaczy… nikim? Albo kimś goniącym ideały?

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że z zamążpójścia zrobiłam sobie cel nadrzędny. Marzenie numero uno. Priorytet. Z trudem opanowałam ochotę powrotu do mieszkania i wykonania krótkiego, acz bogatego w treść telefonu do mamy.

Musisz wreszcie wyjść za mąż. Co z ciebie za kobieta, że on nie chce się żenić? Czy ty naprawdę nie potrafisz go zachęcić? Aż się wierzyć nie chce, że jesteś moją córką, ja w twoim wieku, ble, ble, ble...

Nie dalej jak wczoraj uraczyła mnie kolejną pokrzepiającą rozmową i jak zwykle udało jej się podnieść mnie na duchu. Teraz, owszem, przy wtórze padającego sobie cichutko śniegu człowiek nabierał dystansu i miał głęboko w poważaniu wszystkie inwektywy, które leciały z matczynych ust nieprzerwanym potokiem. Wystarczył jednak live, a zaczynałam się robić malutka i brzydka niczym gnom albo inne równie paskudne stworzenie żywcem wyciągnięte z Tolkienowskich powieści. Ciężka artyleria argumentacji, mniej lub bardziej racjonalnej, spadała nieodmiennie z ogromną siłą i cała moja samoocena leciała na łeb na szyję. Ech, mamusiu, w zawziętym pędzie, żeby czasami córka nie popadła w samouwielbienie, trochę przegięłaś. Czego bym nie zrobiła, zawsze było niewystarczające, zawsze niedociągnięte, niedoskonałe...

Nie wiadomo, kiedy pretensja do Łukasza przerodziła się w swoistą retrospekcję i żal do toksycznej rodzicielki.

Bo że była toksyczna, nie dało się ukryć.

Jeszcze chwilę, a łzy zaczęłyby się lać strumieniami i zamarzać w rześkim, grudniowym powietrzu. Taka ze mnie biedna i nieszczęśliwa istota. Niekochana, samotna, idealizująca wszystko i wszystkich.

Rozkręcam się, cholera. Pociągnęłam nosem. Zupełnie niepotrzebnie się rozkręcam, a najgorsze, że ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. Jest to związane nierozerwalnie z wiekiem. Na pewno. Wcześniej takie rzeczy nie zdarzały mi się często. Może ja już nawet przekwitam?! Matko kochana, nie wydawszy na świat potomka, przechodzę klimakterium!!!

Z zamyślenia i z dna rozpaczy wyrwało mnie spojrzenie wielkich oczu. Wielkie oczy były osadzone jakby... w próżni? Przyjrzałam się oczom dokładniej. Okrągłe jak paciorki, wlepiały się we mnie bez mrugnięcia z wysokości około piętnastu centymetrów znad małej kupki śniegu. Ja z kolei zamrugałam kilkakrotnie. Niemożliwe, żeby śnieg miał oczy, do groma. Podeszłam kawałeczek bliżej. Kupka śniegu zawarczała cicho. Pies. A przez chwilę myślałam, że natrafiłam na jakiś ewenement przyrodniczy. Cofnęłam się kawałek, za to zwierzątko wynurzyło się właściwie znikąd i ruszyło – już z głośniejszym warkotem – za mną. Szlag by trafił. Wrócę do domu z potarganymi nogawkami.

– Zibi??!!! Ziiiibiiii!

– To pewnie do ciebie. Rusz się, paskudniku – zachęciłam zwierza.

Ruszył się, a i owszem, ale bynajmniej nie w kierunku, z którego dobiegało wołanie. Usiadł sobie małym, kościstym tyłkiem na chodniku i wystawił na widok publiczny całą baterię zębów.

– No, przydybałem cię. Co, na panią polujesz? – Rosły facet sprawnie zgarnął smycz z chodnika i przyciągnął psa do siebie. – Proszę się nie denerwować, nie ugryzie.

Przystojny facet. Trzeba przyznać. Spod małej, wełnianej czapeczki we wszystkich kolorach tęczy wystawały tu i ówdzie ciemne, długawe kudły. Czapka kłóciła się wściekle z resztą stroju, na którą składał się firmowy dres i takież sportowe obuwie.

– Myślałam, że się zgubił. Nie, nie denerwuję się. – Biegaj sobie, człowieku, dalej, a bydlę trzymaj na krótkiej smyczy, dodałam w duchu, po czym ruszyłam w drogę powrotną do domu.

Tup, tup – dobiegło mnie.

Dlaczego on idzie za mną? Na groźnego – zdaje się – nie wygląda, w dzisiejszych czasach nie wiadomo jednak, co takiemu sportsmenowi może do łba strzelić.

Nie wiadomo. Przyspieszyłam nieznacznie kroku, łudząc się, że w ewentualnym sprincie ja, nałogowy palacz, mam jakieś nikłe szanse. Ale wybujała wyobraźnia już przedstawiała koszmarne wizje – zgwałci, zabije, porzuci gdzieś na klatce na pożarcie wygłodzonych szczurów. Idiotko, u nas nie ma szczurów! Nic to, będę się bronić, jak już mnie dopadnie. A dopadnie, bo przyspieszył kroku. Dotarłam nareszcie do klatki, ale oczywiście w takich przypadkach klucz się blokuje, zamek zacina i ogólnie rzecz biorąc, wszystko idzie jakoś tak wolno, wyłączając poczynania ewentualnego złoczyńcy. Po kilku cichych i niewyszukanych przekleństwach i paru rozpaczliwych zerknięciach za plecy udało mi się w końcu otworzyć drzwi. Czmychnęłam więc szybko do środka, przytrzymując jednocześnie klamkę.

Nie wejdziesz, maniaku. Odechce ci się molestowania niewinnych kobiet.

– Co pani wyprawia, przycięła mi pani rękę! – rozdarł się dresiarz. Zibi, z niewiadomych powodów, dzielnie mu zawtórował. Przecież jeszcze niczego, wbrew najszczerszym chęciom, mu nie przycięłam.

Faktycznie, ręka była już na klatce, a jej właściciel zdecydowanie na zewnątrz.

– To czemu pan się pcha do cudzych klatek?! Niech pan zabiera te graby!!!

– Kobietooooo, oszalałaś, połamiesz mi kości! Ja tu mieszkaaaam!

Zaskoczona poluzowałam trochę uścisk. Złoczyńca wykorzystał to błyskawicznie. Wparował do klatki, prawie tocząc pianę pod tęczową czapeczką.

– Idiotka – wysyczał, kiedy już przymykałam oczy, gotowa zresztą na wszystko.

Rzekomy sąsiad – nie obrzuciwszy mnie jednak ani jednym spojrzeniem – wbiegał już na górę, złorzecząc głośno i wyzywając mnie od znerwicowanych idiotek.

– Bałwan – rzuciłam nader adekwatnie do pory roku.

Chyba nic z jego strony już mi nie grozi. Gdzieś na górze trzasnęły drzwi. Na wszelki wypadek odczekałam dobre pięć minut, po czym odważyłam się ruszyć do windy.

Oczywiście całkiem bezwiednie wcisnęłam szóstkę zamiast piątki i już po chwili łomotałam do drzwi Uli. Jak zwykle były otwarte. Czy ci ludzie nie boją się o swój dobytek? Wchodząc, zarejestrowałam, że pachnie apetycznie smażoną cebulą.

– Dobrze trafiłaś, zaraz jemy kolację. – Nawet nie obrzuciwszy mnie spojrzeniem, Ula dostawiła jeszcze jeden talerz.

– Uleńko, skarbie, czy ja jakoś specjalnie pachnę? Skąd wiesz, że to ja...? – zapytałam, moszcząc się na ławie.

– Wiem, widziałam cię przez okno. Zapoznałaś się już z naszym nowym sąsiadem. Widziałam, a jakże. Psa ma do niczego, ale on całkiem, całkiem. Jakiś dziennikarz czy coś takiego.

Oklapłam z sykiem.

– Jak to sąsiad? Jak to, do groma, dziennikarz? On mnie napastował! – oświadczyłam z oburzeniem. Ale już nieco mniej świętym.

Ula odstawiła garnek i przyjrzała mi się z zainteresowaniem.

– No prawie... – Pod wpływem tego spojrzenia zdobyłam się na maksimum obiektywizmu i opowiedziałam historię zagubionego w moim przekonaniu, bo przecież nie w rzeczywistości, psa, drzwi i ręki.

– A ciocia Mira to zawsze ma takie ciekawe przygody – stwierdziło najstarsze dziecię Zabrockich. – Jak to się, tatuś, nazywa?

– Mania prześladowcza, córeczko – trafił jak zawsze w sedno Paweł. – Pyszna kolacja, kochanie. Mniam, mniam. Ziemniaczki boskie.

– Jaka mania? Mnie się naprawdę wydawało, że miał złe zamiary – broniłam się jeszcze, ale coraz wyraźniej było widać, jaką idiotkę z siebie zrobiłam. – Ciekawe, czy rękę ma całą... – dodałam już całkiem niepewnie.

Tata Zabrocki. Zawsze na miejscu, zawsze gotowy służyć pomocą. Szlag by go z tą gotowością.

– Pożyczyłem mu wiertarkę. Pójdę, sprawdzę i dokładnie ci opowiem. A jakby co, zawezwę, żebyś mu przykładała kompresy w ramach rekompensaty. Moralnej – dodał kąśliwie.

– Dziękuję bardzo. Wiesz, Uluś, ja już pójdę, tam Łukasz pewnie czeka. Długo mnie już nie ma.

– Nie zjadłaś.

– Jakoś nie mam apetytu. – Tutaj minęłam się nieznacznie z prawdą, ale nie miałam ochoty wysłuchiwać dalszego dowcipkowania Pawła. Nawet za cenę smażonych ziemniaków.

– Masz trochę armatek. Napracowałaś się przecież przy nich. – Wsunęła mi do ręki torebkę z piernikami.

 

Że też ja zawsze muszę się wpakować w jakieś idiotyzmy. Westchnęłam. Teraz przyjdzie mi przemykać chyłkiem po klatce, żeby – nie daj Boże – nie spotkać znowu tego sportowca od siedmiu boleści i nie zrobić mu jakiejś krzywdy.

Łukasz tymczasem tak się zmęczył tym oczekiwaniem na ukochaną kobietę, że aż zasnął w fotelu przy włączonym telewizorze – żeby było mało – w okularach. Taaak. Czeka. Z utęsknieniem, z otwartymi ramionami. Weszłam do pokoju i przyjrzałam mu się. Chyba faktycznie był zmęczony. Dobrze jest, skoro stać mnie na delikatne rozczulenie. Znaczy, złość częściowo przeszła. Częściowo, bo jakoś nie mogłam się powstrzymać, żeby nie trzasnąć ostentacyjnie drzwiami do łazienki. To tak w ramach przypomnienia, że nie jest sam i że tak sobie beztrosko zasypiać nie może. A w ogóle, dumałam dalej, grzejąc się pod prysznicem, gdyby poszedł ze mną na ten cholerny spacer, to bym się nie zbłaźniła. Na to Łukasz, w całej swojej trzeźwości i umiarkowaniu, by nie pozwolił. Dosyć, jedna dziennikarska ręka w tę czy w tamtą stronę to znowu nie tak dużo.

 

 

Wtorek

 

Łukasz przespał prawie połowę nocy na fotelu, a rano wstał wściekły. Rzecz jasna na mnie. Drapał zarośnięte policzki i układał do poziomu to, co jeszcze mu zostało na głowie, a zostało niewiele. Jęczał przy tym rozdzierająco i pochylając się co chwilę, masował obolałe członki. Rzuciłam się czym prędzej do czajnika i szafki z kubkami. Może uda mi się zaparzyć kawę, zanim rozpęta się burza?

– Mogłaś mnie obudzić! – Chyba jednak się nie uda. – Cały połamany jestem, a ciężki dzień przede mną.

– A nie interesuje cię, o której wróciłam? – spytałam mało przytomnie.

– Słyszałem, jak wróciłaś.

– To trzeba było wtedy położyć się do łóżka – odcięłam się. Wzięłam też swoją kawę, zawinęłam poły wysłużonego szlafroka i poszłam do siebie.

 

Nasze lokum tworzyły trzy pokoje z kuchnią. Przy czym już od pierwszych chwil po przeprowadzce było jasne, że ten najmniejszy będzie należał tylko do mnie, sypialnia to terytorium graniczne, a duży będzie spełniał zadanie salonu, pokoju dziennego, jadalni i pracowni Łukasza. Z zawodu i zamiłowania architekt zagracił – moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie, bo i tak lwią część pracy odbębniał na służbowym laptopie – małe mieszkanie różnymi sprzętami, których przeznaczenia nie do końca jestem świadoma. Sprzęty mają zdecydowanie za dużo stojaków, stojaki z kolei mają cienkie nóżki, które z kolei obrzydliwie się kurzą i wymagają regularnego czyszczenia. Średnio dwa, trzy razy w tygodniu. Przy czym zaszczyt ten przypadł mnie w udziale, jako że Łukasz z obowiązków domowych pamięta tylko o wynoszeniu śmieci.

Tak więc spory kąt dużego pokoju stanowi pracownię Łukasza. Mały pokój okupuję ja. Ustawiłam wszystko po swojemu. Prym wiodły regały i półki na książki. Znalazło się też miejsce na stary, wysłużony fotel, który w moim towarzyszu życia wzbudzał najwyraźniej obrzydzenie. Esteta, phi. Cóż z tego, że mebel poprzecierany, a tu i ówdzie nie ma tapicerki? Jakie to ma znaczenie, kiedy mieszczę się na nim calutka, a na poręczach, tych wyświechtanych, można postawić spokojnie kubek czy talerzyk...? Nie ma wygodniejszego miejsca do czytania. Na książki też kręcił nosem. Takie zaczytane, że niby wstyd. Ja tam z kolei jestem zdania, że im bardziej zaczytane, tym lepiej to świadczy o właścicielu i jego upodobaniach literackich. Ale tutaj płaszczyzny porozumienia między nami raczej nigdy nie było. Łukasz, umysł ścisły, przerabiał tylko instruktaże. Jedyna grubsza lektura poza nimi to jakiś miesięcznik. Książka w jego rękach to była rzadkość.

Zasiadłam w fotelu, obstawiając się kubkiem z kawą, popielniczką i miską z musli. Nie wylezę stąd, dopóki on nie pójdzie do pracy. Koniec, kropka.

Plan na dzisiaj. Niech będzie ambitnie, pracowicie...

Zadzwonię do Agnieszki. Miała popytać w różnych agencjach, czy nie potrzebują chłopca – czy raczej dziewczyny – na posyłki.

Trzasnęły drzwi.

Hm. Do widzenia.

Pobiegnę po gazetę... A może lepiej kupić prezenty? A pracy poszukam sobie po świętach. Przecież już za tydzień Wigilia. Ustaliliśmy, że na Wigilię i pierwszy dzień świąt pojedziemy do moich rodziców. Na drugi do jego. Co kupić jego mamie? Bo że mojej... Zaczęłam pochłaniać śniadanie, przy czym lewa ręka bezwiednie sięgnęła po aktualnie czytaną książkę, a oczy bezbłędnie odnalazły fragment, w którym skończyłam czytać… Znowu trzasnęły drzwi.

Po chwili zarumienione lico Łukasza wychynęło z obłoków dymu.

– Zjesz ze mną śniadanie?

– Hm.

– No chodź, nie daj się prosić! – I już go nie było.

– Nie daj się prosić. Prosić nie, przeprosić bym się raczej dała – mruknęłam pod nosem, ale poszłam do kuchni.

Zamurowało mnie. Na stole leżały świeżutkie bułeczki – skąd on wziął bułki? – pokrojony pomidor – nieważne, że o tej porze roku niewiele wart – szynka, ser, nawet sałatka. Spojrzałam podejrzliwie. Chwilę pogrzebałam w pamięci, bo przecież coś się za tym kryło... No tak, tradycyjnie zapomniałam. Rocznica naszej pierwszej randki. Zawsze tak było. Ja zupełnie nie miałam głowy do cyferek, tak więc o wszelkich uroczystościach pamiętał Łukasz. Jeżeli nie miał akurat na oku żadnego upominku dla swojej ukochanej albo pomysłu na uroczo spędzony czas, on również pozwalał sobie na roztargnienie i rocznice przemykały niezauważone. Ale nie dzisiaj.

– Wszystkiego dobrego, kochanie. – Podszedł do mnie, takiej rozmamłanej, we frotowym szlafroku, przygładził artystyczny nieład na mojej zapominalskiej głowie i pocałował. – Chciałem, żeby było romantycznie.

– Całkiem ci wyszło – mruknęłam w mechaty sweter.

I wtedy, no i właśnie wtedy... ukląkł na to jedno kolano, wyciągnął jakieś puzderko z kieszeni spodni i:

– Miro, kochana, proszę cię, abyś za mnie wyszła – powiedział poważnie.

A kwiaty? Gdzie kwiaty??? Zawsze zainteresowani występują z naręczem kwiatów – przemknęło mi przez myśl. Oprzytomniałam, bo Łukasz patrzył na mnie zdezorientowany.

– Zgadzasz się...? – zapytał niepewnie.

– Tak, tak, oczywiście, że tak.

Faktycznie, ciężki dzień przed nim.

 

Ula była od spraw codziennych. Od gotowania, od łamanych w drzwiach rąk, od utarczek powszednich. Sprawami najwyższej wagi państwowej molestowałam zawsze najpierw Agnieszkę. Tak więc po nietypowo rozpoczętym poranku wdziałam na siebie pierwsze lepsze ciuchy, jakie mi wpadły w ręce, i pojechałam. Konieczności anonsowania się nie było, bo Aga zawsze była w domu. Niedoszły, acz wykształcony pedagog z zapałem wykorzystywał całkiem znośny kapitalik, jaki mu przypadł w udziale po śmierci ukochanej babci. Wykorzystywał na radosną twórczość artystyczną. Trzeba przyznać, że nie do końca dla mnie zrozumiałą. Podobno jednak sztuki współczesnej, jak właściwie każdej, nie trzeba rozumieć. Trzeba ją czuć. Więc chodziłam na wystawy mojej sławnej koleżanki artystki, przyglądałam się jej obrazom i rzeźbom, starając się wczuć w tę sztukę. Ciężko mi szło...

Z drugiej strony to właśnie Agnieszka zaraziła mnie grafiką, pokazała, co można wydobyć ze zdjęć za pomocą najnowszych cudów techniki. No i – co najważniejsze – w przeciwieństwie do Łukasza we mnie wierzyła.

– Masz potencjał, wyobraźnię, próbuj. – Siadała przed moim sprzętem i oceniała, krytykowała, a przede wszystkim nie pozwalała przestać. – Marnujesz się, kobietko. Zrób coś z tym wreszcie.

Ha, próbowałam więc zrobić.

Poza tym, ważna sprawa, Agnieszka od czasu do czasu brała zlecenia z różnych agencji reklamowych. Zwłaszcza tych, które miały ochotę na niekonwencjonalne kampanie. Mogłaby mnie wkręcić jako zdolną protegowaną.

 

Tramwaj telepał się niemiłosiernie wolno w szarej, paskudnej brei. Nie ma co, zima tego roku sprzyja chandrom, depresjom i tym podobnym. Tymczasem mnie jakoś nie udało się odlepić z twarzy głupkowatego półuśmiechu, zupełnie nie na miejscu. Pan w niebieskim bereciku z małą teczką pod pachą nawet zaczął się nieco odsuwać – aby dalej ode mnie. Ani chybi wariatka, miał wypisane w linijkach pomarszczonego czoła. Kij mu w oko. Wychodzę za mąż... Ludziska, zjawisko niebywałe i chyba… cieszyć się trzeba.

Przy wyjściu z metra nabyłam słuszną liczbę węglowodanów w postaci wyjątkowo smacznych ciach francuskich, nadziewanych czym tylko dusza zapragnie.

– Hm, widzę, że sprawa jest całkiem poważna. – Aga popatrzyła sceptycznie na torebki ze znajomym, okrągłym obliczem piekarza. – Nastawiam wodę.

– Ano poważna – potwierdziłam, pozbywając się zabłoconych butów. – Brrr, jak nie musisz, nie wychodź z domu. Chyba że do solarium – poradziłam usłużnie, bo przecież od samego rana z nieba ciurkiem płynęły strumienie szaroburego… czegoś.

Streściłam wydarzenia dzisiejszego poranka i popatrzyłam na nią wyczekująco.

– Nareszcie – westchnęła. – Kiedy ślub?

– Kiedy ślub, kiedy ślub – przedrzeźniałam. – Nie wiem, tego jeszcze nie ustaliliśmy. Może na jesień... Pojęcia nie mam. A może on tylko chciał mi dać do zrozumienia, że o tym naszym związku myśli poważnie?

– I co? Na tym poprzestanie? Przez całe życie będziesz jego narzeczoną? Teraz to już, kochana, możesz zacząć naciskać. Pamiętaj, Mira, aby do mety.

– A meta gdzie? – zainteresowałam się.

– Jak to gdzie? Przed księdzem. Zaznaczam, że oboje musicie dobiec w tym samym czasie.

– Do mety, powiadasz… Hm, problem w tym, że chyba niekoniecznie umiem naciskać...

Odstawiła z hukiem kubek.

– Nie umiem, nie umiem. To się naucz. Dużo lepiej na tym wyjdziesz niż na tym swoim nabieraniu wody, czy co tam akurat masz pod ręką, w usta. Nie rozumiem ciebie.

– Nie ty jedna – mruknęłam w kokosową rurkę.

– A nawiasem mówiąc, uważaj, bo jak będziesz pochłaniać takie ilości słodyczy, to w żadną kiecę się nie wbijesz, a jak się wbijesz, będziesz wyglądać jak beza z rudawym kremem – zauważyła bezlitośnie.

– W nosie to mam. Na razie to jeszcze nie wiem, na kiedy mam się wbić.

– A kogo weźmiesz na drużbę? Bo to najbardziej mnie interesuje... – zapytała.

Aga od dawien dawna miała zagwarantowaną rolę druhny na moim ślubie. Zresztą ja na jej też. Jeszcze za czasów głęboko studenckich, kiedy przesiadywałyśmy godzinami na korytarzu akademika zasnute oparami papierosowego dymu – w pokojach nie było wolno palić – pomiędzy kolejnymi stronami notatek pozwalałyśmy sobie na drobne szkice przyszłości. Oczywiście ten jeden jedyny jawił się w pięknych kolorach – jako inteligentny, przystojny młodzian, najlepiej z jakimś mieszkankiem, może i samochodem. Dobrze zarabiający i nieco starszy niż wybranka serca. Z biegiem czasu okazało się jednak, że tych inteligentnych i przystojnych zamiast na pęczki to na lekarstwo. Z mieszkankiem i samochodem też brakuje na rynku matrymonialnym. Chyba że wziąć pod uwagę rynek wtórny. A postać łącząca w sobie wszystkie wymarzone przez nas cechy okazała się przedstawicielem, zdaje się, wymarłego już gatunku.

Chciał nie chciał, trzeba było szkice zmodyfikować i zwracać uwagę przede wszystkim na ogólne relacje z przedstawicielami płci brzydkiej. I tak oto mnie w udziale przypadł na stałe Łukasz, uroczy – czasami – pan z zakolami, dobrą pracą i rosnącym z dnia na dzień mięśniem piwnym. A Agnieszce przelotne znajomości, ale przeważnie samotność.

– Co do drużby, spokojna głowa, wezmę pod uwagę twoje sugestie – zapewniłam gorąco.

– Weź, weź, chociaż prawdę powiedziawszy, na cuda już nie liczę. Ech, zmieniły się nam priorytety, co Mirul?

– Widocznie miałyśmy jakieś takie niekoniecznie osadzone w realiach. – Wzruszyłam ramionami. – Włos mi się jeży na głowie, jak o tym wszystkim pomyślę.

– O czym? O priorytetach?

– Taaa, o ślubie, weselu, całym zamieszaniu. Aga, powiedz ty mi, czy ja się nadaję na żonę? Na matkę jego dzieci? Mama chyba ma rację, nie poradzę sobie…

Nie udało mi się uchylić przed lecącą rurką… Dlaczego one we mnie rzucają czym popadnie? Ech, baby.

 

Bardziej niż ociężała i senna – po takiej liczbie węglowodanów, nie dziwne – powlokłam się do domu. Wygrzebałam z szafy domową sukienczynę i dzielnie oparłam pokusie ucięcia krótkiej drzemki. W ramach rekompensaty za smaczne śniadanie postanowiłam zaserwować narzeczonemu (!!!) jeszcze smaczniejszy obiad. Zakasałam więc rękawy i zaczęłam zmagania z kiszoną kapuchą. Łazanki, za tym moje kochanie przepada, niech ma i się cieszy.

Dzwonek.

Po co odłożyć wyciskaną akurat kapustę, po co opłukać ręce, wytrzeć je do sucha i dopiero pójść otworzyć? Nie, trzeba lecieć na złamanie karku, jakby się co najmniej paliło, z garścią pełną woniejącej kiszonej kapusty, drugą zakwaszoną sokiem. Otworzyłam na oścież drzwi, nie pytając, nie sprawdzając, kto przybył, do wtóru skądinąd znajomego ni to pisku, ni to szczeku. Wzrok zatrzymał mi się na spodziewanej wysokości metra sześćdziesięciu – Ula – ale miast rumianej twarzy zobaczyłam zupełnie nieznany szalik. Wełniany czy cuś. Wzrok powędrował wyżej, no i... tak. Poszkodowany dziennikarz pojawił się osobiście w moich skromnych progach. Na pewno przyszedł się zrewanżować. Cholera.

– Bry – wymamrotałam, zastanawiając się, co począć z cieknącą kapustą. He, he, może rzucić w małego potwora, jak mu tam? Zibi, zdaje się. Idiotyczne imię dla psa.

– Bry – odparł równie uprzejmie. – Ja po klucze.

– Aaaa, klucze. – Odetchnęłam z ulgą. Nie będzie chciał ode mnie żadnych pieniędzy. – Ale jakie klucze? – zreflektowałam się po chwili.

– Od piwnicy. Kobieta, która wynajęła mi mieszkanie, najwyraźniej zapomniała dać tych od pierwszych drzwi, a część rzeczy, moich rzeczy – dodał, chyba na wypadek, gdybym znowu planowała go podejrzewać o jakieś bezeceństwa – tam właśnie umieściliśmy. Pani Uli nie ma...

– O tej porze rozwozi dzieci po instytucjach – wytłumaczyłam. Uniósł brwi, piękne, cholera, brwi. – Po przedszkolach i szkołach znaczy się.

– ...więc przyszedłem tutaj.

– Proszę poczekać, pozbędę się tylko... tego. – Pokazałam dłonie.

Przyszedł tutaj. Ciekawe, czy wiedział, że to ja mieszkam pod Ulką, czy to tylko przypadek. Chyba przypadek, bo przecież wtedy pognał na złamanie karku, nie oglądając się za siebie. Z drugiej jednak strony przecież wcale się nie zdziwił, widząc mnie w drzwiach.

Czekałam, aż wyciągnie z tej swojej piwnicy kartony.

– Może pomóc? – zaoferowałam się szczerze.

Spojrzał na mnie taksującym wzrokiem i, o zgrozo, roztopił mnie całkowicie jednym delikatnym uśmiechem.

– Te pudła są większe od pani, chyba że poświeci mi pani, o tutaj, latarką.

– Wie pan... – zaczęłam, oświetlając jasnym snopem półki pani Sztubiakowej – ja nie chciałam... wtedy na klatce. Bardzo mi przykro.

– Drobiazg. Nie poniosłem uszczerbku na zdrowiu, więc nic się nie stało... Ale skoro jesteśmy sąsiadami, to może darujemy sobie to panowanie... Michał. – Wyciągnął dłoń.

– Mira...

Oj, oj, oj, no pięknyś pan jest, panie dziennikarzu.

 

Łukasz, szczęśliwy z powodu łazanek i podjętej w końcu decyzji, wylegiwał się na kanapie. Tak właśnie, nawiasem mówiąc, wyobrażałam sobie zawsze Nerona. Odpoczywa na miękkim łożu, czy na czym tam zwykł odpoczywać, jego głowę zdobią gałązki mirtu... Ciekawe, jakby Łukasz wyglądał w Neronowych szatach i złotym wianuszku. Do tego kufel piwa, jasne pełne, i Neron w XXI wieku jak malowanie.

Telefon.

– Halo – burknął, zły, że ktoś ośmiela się przerywać sjestę. – Aaa... dzień dobry! – To zdumiewające, jak ten człowiek w przeciągu setnej sekundy może zmienić ton głosu. Albo ktoś z pracy, albo moja mamunia. – A jest, jest, już proszę. Mireczko, kochanie, mama dzwoni.

– Cześć, mamo. Nic nie słychać. Dobrze wszystko. Łukasz mi się... – Chwila, zdaje się, że to przyszły pan młody najpierw powinien poprosić o moją rękę rodziców, i to tak jakoś oficjalnie. Morderczy wzrok przyszłego pana młodego potwierdził moje przypuszczenia. – Co? A nic, no pomaga mi znaleźć. Co? Szukam jeszcze, tak. W niedzielę może być? Wiem, że w poniedziałek już Wigilia, ale sobota odpada, bo Łukasz do późna pracuje. Wiem. Wszystko wiem, mamo. Zdążymy. Buźka. Pa.

Popatrzył na mnie pytająco.

– Klasyka. Co słychać, czy szukam pracy, a może już znalazłam. Czy wiem, ile czasu trwają przygotowania do Wigilii. No i dlaczego właściwie jestem taką niewyrozumiałą i niechętną do pomocy córką. Aha, i czy wiem, że ona już na nikogo nie może liczyć, a na mnie przede wszystkim. W niedzielę na czternastą mamy się stawić najpóźniej.

– Chyba kwiaty muszę kupić twojej mamie. – Podrapał się w głowę.

– Nie wiem, jeszcze nikt nie prosił o moją rękę. – Wzruszyłam ramionami. Jakieś to wszystko takie inne. On mnie pyta, czy ma kupić mamie kwiaty. A skąd ja niby mam wiedzieć? Jako wybranka nie powinnam się interesować niczym innym jak akcesoriami do ślubu. A formalności... Czy to też moja działka? Cholera wie, w dobie królującego feminizmu nie wiadomo czasami, czy to ja nie powinnam prosić o rękę Łukasza jego rodziców...

 

 

Środa

 

Śnił mi się dzisiaj w nocy. Nosił mnie na rękach po łące, a później wspinaliśmy się po schodach, wysoko, wysoko. Na szczycie schodów stał zaś Łukasz, który gestem szczęśliwego posiadacza zabrał mnie z rąk „sąsiada – Michała od Zibiego” i poniósł cholera wie gdzie, nie wiem, bo się obudziłam. Brrr. Tyle razy powtarzam sobie, że sny to bzdura, nic nie znaczą i przejmować się nimi zdecydowanie nie można. Ha, to po cóż nad tym tak usilnie pracował Freud? Oczywiście, nie oparłam się pokusie, odpaliłam komputer i voilà, sennik czarno na białym, czy raczej biało na czarnym, tłumaczy:

Łąka: iść przez nią – dobre widoki, leżeć na niej – miłe życie, piękna i zielona – szczęśliwe małżeństwo.

Schody: iść w górę – trud wielki, iść w dół – powolny upadek mienia twego, spaść z nich – strata w interesie, widzieć – zrobisz karierę, wstępować także – poprawa stosunków, zstępować także – walczyć będziesz ciężko o byt, widzieć – radość, korzyść.

Dumając zawzięcie, powlokłam się do łazienki. Powlokłam, bo zdaje się wczorajsze biegi wzdłuż i w poprzek miasta wpłynęły nie za dobrze na mój system odpornościowy. Jednym słowem, ciurkiem leci mi z nosa i gardło pobolewa. Uuuj, fatalnie wyglądasz, kochana. Woreczki pod oczami żółtawe, cera jakaś taka też bladożółta. Ani chybi choróbsko na mnie dybie. Oprócz kawy zaaplikowałam sobie więc polopirynę i z czystym sumieniem wróciłam do łóżka, po drodze łapiąc zaczytany już bardzo „Świat według Garpa”. Niewykluczone, że ta moja choroba to nie wynik wychłodzenia, tylko najzwyczajniej w świecie potrzeba wypoczęcia, niemyślenia i w ogóle. Ale od czego właściwie mam odpoczywać? Czytałam gdzieś kiedyś na tych moich mądrych studiach, że istnieje coś takiego jak choroby psychosomatyczne. Znaczy, pochodzenia psychicznego. Fizycznie delikwentowi nic nie powinno dolegać, a psychiką potrafi zmusić organizm do załapania jakiegoś choróbska. Tylko chyba niekoniecznie chodziło o zwykłe przeziębienie, ale o astmę czy coś w tym rodzaju. A wiadomo? Kiedyś nawet rozmawiałam z Łukaszem na ten temat. Okazuje się, że niepotrzebnie. Wystarczy, że zacznę kichać albo biegnę z termometrem, stwierdza, że znowu coś tam sobie wmawiam. Może to po prostu hipochondria…? Może.

Przyszła Ula.

– Oj, kochana, marnie wyglądasz – pocieszyła mnie od progu.

– Dzzzzięki – wymamrotałam. – Wiem.

– Co u ciebie, prócz choróbska? – Zakrzątnęła się już w kuchni. – Do łóżka. Zaraz ci zrobię herbaty. Albo poczekaj.

– Nigdzie się nie wybieram – sapnęłam już w pustkę, bo po Uli został tylko zapach. Jakiś taki przyjemny... Co to za zapach?

Wróciła po kilku sekundach, taszcząc oprócz twista z żółtą zawartością – najwyraźniej rosół – papierową torebkę. Już wiedziałam, co za cieplutką, drożdżową woń roztaczała wokół siebie – bułek z dżemem jabłkowym.

– Lubię chorować – stwierdziłam zdecydowanie po obaleniu zawartości słoika. – Pyszota!

– No co tam? Dawno nie byłaś. – Rozsiadła się wygodnie w fotelu.

Faktycznie dawno. Przedwczoraj…

Mały, cieplutki cud. Ula zadaje swoją osobowością kłam wszystkim teoriom o współczesnej kobiecie. Przywraca wiarę w człowieka. Oddana całym sercem pielęgnowaniu domowego ogniska. Liczne potomstwo ubóstwia i niejednokrotnie powtarza, że gdyby stać ich było na większe mieszkanie, ani sekundy nie zastanawiałaby się nad powiększeniem stadka. Przy czym górnej granicy nigdy nie podała. Ale mimo tego, że zapatrzona w tę swoją rodzinę i kilka metrów kwadratowych kuchni, zawsze znajdowała czas na moje gadanie. No i potrafiła rozmawiać. To ona pierwsza zapukała do naszych drzwi, jak już się wprowadziliśmy. Wieczorem, jeszcze na kartonach, bo krzeseł nie dowieziono, popijaliśmy zimne piwo. Rozległo się pukanie i w drzwiach stanęła drobna kobietka z biustem godnym Dolly Parton. Uśmiechnęła się ciepło, wyciągając w moim kierunku – oczywiście Łukasz był zbyt zmęczony, żeby otworzyć – duży pakunek.

– To sernik, świeżutki, na przywitanie nowych sąsiadów. Żeby się państwu przyjemnie mieszkało. Tuż pod nami – dodała i znikła.

– W szoku jestem – zdążyłam tylko powiedzieć po jej wyjściu.

To była pierwsza rzecz, która mnie u Uli zadziwiła. Znaczy, że jeszcze nie tak źle z naszym społeczeństwem. Okazuje się, że nie wszyscy zamykają się na cztery spusty w swoich dziuplach.

– Kocham cię, kobieto – powiedziałam bez zastanowienia.

– A mierzyłaś ty temperaturę? – Popatrzyła na mnie sceptycznie. – Skąd nagle taka wylewność? Hę?

– Aj, tak po prostu. Wychodzę za mąż, Uleńko...

– Nareszcie oprzytomniał ten człowiek! – Klasnęła w ręce. – Kiedy?

– Jeszcze nie wiem...

– Nie daj się już, Miruś, wodzić dłużej za nos, już wystarczy. – Upiła kawy. – Teraz mamy zimę, na wiosnę za wcześnie trochę, ale późne lato to pora akurat na zamążpójście. Ooo...

– Ale widzisz, ja nie wiem... Może jesienią lepiej? Tak sobie myślę, że na dobrą sprawę to ja sama nie wiem, czego chcę i kiedy tego chcę.

– Uspokój się, wyzdrowiej i zacznij myśleć racjonalnie. Będę brutalna, ale coraz młodsza nie będziesz. Tu masz miód z cytryną. Wypij sobie jeszcze ze trzy takie kubasy. Dwie cytryny w lodówce, a miód na szafce w kuchni. Lecę.

Zgarnęła Stasia sprzed telewizora i polecieli.

 

Jakie one, cholera, mądre wszystkie. Wszystkie dwie. Wychodź za mąż, nie zastanawiaj się, pierwszej młodości już nie jesteś. Powlokłam się do łazienki. Znad czerwonego nochala łypnęły oczka. Jakieś takie opuchnięte i maluczkie dzisiaj. Zazwyczaj są większe i nawet niebrzydkie. Stara, zaraz stara. Kurze łapki podobno twarzy przydają tylko charakteru, a nie świadczą w żadnym wypadku o podeszłym wieku. Poza tym trzydziestka to jeszcze nie taki podeszły wiek. Skąd one tyle mądrości niby w sobie mają, co? Sowy jedne. Hu, hu, wyjdź za mąż, hu, hu, hu, zanim będzie za późno. Bo staropanieństwo bezlitośnie czai się już u bram twego mizernego żywota. Tak jakby chodziło o, dajmy na to, zakup pudru. Przy czym prawdę powiedziawszy, to też nie jest takie proste. A tutaj przecież chodzi o moje życie! Skąd mam wiedzieć, czy będziemy ze sobą szczęśliwi? To, że jesteśmy razem, świadczy o... No właśnie, czy czasami nie o przyzwyczajeniu? Tylko i wyłącznie? Li i jedynie? Do tej pory przecież nie jestem pewna swoich uczuć. Niech będzie, rozczula mnie, gdy śpi, taki łagodny, delikatny, spokojny. Ha, ale przecież nie śpi cały czas. Wystarczy tego rozczulenia na cały boży dzień? Kiedy to oczu nie będzie miał zamkniętych, ust pewnikiem też nie? Oczywiście, wyobraźnia pracuje. Żeby się naładować pozytywnymi emocjami, przesiaduję całe noce, wpatrując się w swojego wybranka. Bardzo śmieszne. Ciężko, bo teraz oboje mamy świadomość, że gdyby coś nie wyszło – droga wolna. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spakować manele oraz odejść bez zbędnych ceregieli i papierkowej roboty.

W głowie jakiś czort rozłożył mi się z perkusją i zawzięcie dawał po garach. Miodek jest, cytryna też. A tak, żeby więcej witaminy C, to połówkę walniemy. Zanim wycisnęłam, zdążyła się już zagotować woda. Podobno miodu nie wolno na wrzątek, tylko co najwyżej na ciepłą wodę. Wystawiłam więc kubek na zaśnieżony parapet, modląc się w duchu, żeby żaden dachowiec z niego nie skorzystał. Teraz miód. Łyżka wystarczy. Ale płynny. Skąd Ula wytrzasnęła taki dziwny miód? Wysterowałam z powrotem w kierunku barłogu. Trudno, nie dam rady niczego ugotować. Na czorta w głowie zapodałam sobie dwa ibuprofeny i popiłam miodem z cytryną. I się zaczęło. Obie tabletki i rzekomo leczniczy napój wylądowały dziwnym zrządzeniem losu na dywanie obok łóżka. A z mojego nadwyrężonego gardła posypała się wiązanka, której nie powstydziłby się doświadczony czeladnik szewski.

Z całym szacunkiem dla tego fachu.

– Mira!!! Co ty wyprawiasz?! Co tu się dzieje?

– Nic takiego – bąknęłam już z łazienki, do której szczęśliwie udało mi się dobiec.

– Mów! Czegoś ty się najadła?

– Napiła. Napiła, Łukaszku. – Szkoda, że lustro w łazience wyłożone jest naokoło zielonymi płytkami, bo twarzy nie widzę. – Oleju z cytryną. Nie wiesz czasami, co w naszej kuchni robił olej w słoiczku?

Wiedział oczywiście. Z racji głęboko zakorzenionej manii chomikowania wszystkiego, olej po frytkach wylądował w małym słoiku po miodzie. Jego manii, nie mojej.

Ciekawe, czy pomoże na moje dolegliwości.

– Rozumiem, że zakupów nie zrobiłaś? Jest w ogóle coś do jedzenia?

– Przeziębiłam się wczoraj…

– Trzeba było do mnie zadzwonić, zajechałbym do sklepu. To ty w ogóle nie wychodziłaś z domu? A zakupy świąteczne to kiedy? Tylko mi nie mów, że sam mam jechać. Jak zwykle wszystko na mojej głowie.

Człowiek głodny to człowiek zły. Trzeba było zostawić mu trochę rosołu. Z drugiej strony, odrobina współczucia dla zbolałej narzeczonej wcale by nie zaszkodziła. Pojawił się wreszcie w pokoju z miską i zupką chińską, po czym, zerkając co chwila w moim kierunku – czy aby na pewno widzę, jak on, człowiek pracy, musi się odżywiać – ostentacyjnie niszczył posklejane wściekle makarony.

Zupa chińska bądź pizza – wyjście awaryjne, bo Łukasz był, trzeba nazwać rzecz po imieniu, upośledzony kulinarnie. Ja technicznie, on kulinarnie. Jedyne, z czym jako tako sobie radził, to ugotowanie jajek, przy czym zawsze wychodziły na twardo. Przy swoim ścisłym umyśle zadziwiająco łatwo zapominał o wielu rzeczach. I tak, jajka w garnuszku, poza zasięgiem wzroku i słuchu, wyparowywały mu z głowy chwilę po przekroczeniu drzwi do dużego pokoju. Tak więc do kuchni go nie dopuszczam, bo to za duże obciążenie dla budżetu domowego. Za każdym razem, gdy gotuje się jajka, trzeba wyrzucać garnek i minimum dwa dni wietrzyć mieszkanie. O zgrozo, jak spalone jajka śmierdzą.

Tak to jest właśnie z Łukaszem.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej