A Vow So Bold and Deadly - Brigid Kemmerer - ebook

A Vow So Bold and Deadly ebook

Brigid Kemmerer

4,2

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Trzeci tom niesamowitej serii fantasy The Cursebreakers
Zbliża się moment starcia dwóch królestw, lojalność zostaje poddana próbom, miłość jest zagrożona, a śmiertelny wróg powraca.
Emberfall się rozpada, rozdarte pomiędzy tych, którzy wierzą, że Rhen jest pełnoprawnym księciem a tych, którzy są skłonni rozpocząć nową erę pod rządami Greya, prawowitego dziedzica. Grey zgodził się zaczekać dwa miesiące, zanim zaatakuje Emberfall, a w tym czasie Rhen odwraca się od wszystkich – nawet od Harper, podczas gdy ona desperacko próbuje pomóc mu odnaleźć ścieżkę wiodącą do utrzymania pokoju.
Jednocześnie Lia Mara zmaga się z trudami rządzenia Syhl Shallow łagodniejszymi metodami niż jej matka. Lecz po latach cieszenia się pokojem, po tym, jak magia została wypędzona z kraju, niektórzy z poddanych są wściekli na młodą królową, że posiada księcia władającego magią oraz scravera u swojego boku. Kiedy zbliża się czas wypełnienia ultimatum Greya, Lia Mara zadaje sobie pytanie, czy potrafi być królową, jakiej potrzebuje jej kraj.
Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (99 ocen)
44
32
20
3
0
Sortuj według:
Papierowka91

Z braku laku…

przeczytałam tylko część, resztę przekartkowałam... przegadana, zachowania bohaterów mało wiarygodne - rozumiem koncept dynamiki postaci, ale niektóre zwroty akcji słabo uzasadnione
10
zaczytany_introwertyk

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniałe zakończenie trylogii! ❤ Autorka najpierw buduje spokojnie fabułę, wprowadzając nas znów w ten świat, by potem od drugiej połowy książki walnąć takimi zwrotami akcji, że niemal już do końca co chwilę płakałam! Rewelacja, jestem zachwycona!
00
zaksonka

Nie oderwiesz się od lektury

Najlepsza część trylogii! Tyle emocji, akcji i plot twistów. Szok. Polecam totalnie!
00
Ckazia3

Dobrze spędzony czas

:)
00
FannyBrawne

Całkiem niezła

Cała seria jest dobra, ale akcja trochę się wlecze, a połowy problemów można by uniknąć, gdyby bohaterowie po prostu porozmawiali.
00

Popularność




Tytuł oryginału

A Vow So Bold and Deadly

Copyright © 2021 by Brigid Kemmerer

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo Nowe Strony

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Agnieszka Chybińska

Korekta:

Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska

Katarzyna Olchowy

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-985-1

ROZDZIAŁ PIERWSZY

GREY

Pogoda zaczęła się zmieniać, wzmógł się zimny wiatr nadciągający z gór i wślizgnął się wprost pod moją kurtkę. W Syhl Shallow jest zimniej niż byłoby w Emberfall, ale minęło już tyle czasu, odkąd odczuwałem stopniowe przejście jesieni w zimę, że rozkoszowałem się tą zmianą.

Inni zgromadzili się wokół centralnego kominka płonącego w głównej sali Kryształowego Pałacu, popijając pierwszą zimową partię wina, ale Iisak nienawidzi ciepła, więc ja stawiam czoła panującym na werandzie zimnu i ciemności, żeby pograć w kości ze scraverem. Jedyny płomień, jaki się tu pali, to ten świecy w szklanym słoju stojącym na stole pomiędzy nami.

Iisak potrząsa srebrnymi kośćmi w dłoniach, a potem wyrzuca je na stół.

– Cholera jasna – mamroczę, kiedy oceniam jego rzut. Jestem dobry w kartach, ale zdaje się, że kości mnie nienawidzą. W grze w karty jest element strategii, wyboru, ale kośćmi rządzi nic więcej jak tylko przypadek. Rzucam monetę na stół, uznając jego wygraną.

Iisak się uśmiecha i podczas gdy ciemność maluje jego czarne oczy i szarą skórę jeszcze ciemniejszymi odcieniami, jego kły lśnią w świetle księżyca.

Chowa monetę do kieszeni, ale pewnie odda ją później Tycho. Rozpieszcza chłopaka jak stara babcia. Albo jak ojciec, który tęskni za kiedyś utraconym synem.

– Gdzie jest twoja młoda królowa? – pyta.

– Lia Mara je kolację w jednym ze swoich domów królewskich.

– Bez ciebie?

– Poprosili o prywatną audiencję, a ona ma obowiązek ich uszczęśliwić.

Rody Królewskie wywierały presję na poprzedniej królowej przed tym, jak ją zabito, ale Karis Luran rządziła twardą ręką i potrafiła utrzymać ich w ryzach. Teraz, kiedy Lia Mara jest u władzy, a Syhl Shallow rozpaczliwie potrzebuje zapasów, presja, aby znaleźć szlaki handlowe przez Emberfall, jeszcze się podwoiła. Zwłaszcza że Lia Mara nie chce kontynuować twardych rządów swojej matki.

Wzruszam ramionami i zbieram kości.

– Nie każdemu tutaj odpowiada magia, Iisak.

– Domyśliłem się tego po reakcji tłumu, Wasza Wysokość. – Rozgląda się po zacienionej werandzie, która jest osłonięta od wzroku strażników stojących przy drzwiach.

– No wiesz – odpowiadam wymijająco. – Zimno dzisiaj. – Ale ma rację, to pewnie przez magię.

Dogaduję się z większością straży i żołnierzy w Syhl Shallow, ale tutaj panuje między nami dystans, którego przyczyn nie mogę dokładnie określić. No i nieufność. Na początku myślałem, że to przez to, że uważali mnie za wiernego Emberfall i dlatego, że stałem po stronie Lii Mary, gdy zabiła swoją matkę, aby objąć tron.

Ale z czasem ta nieufność zaczęła być coraz bardziej widoczna, gęstniała za każdym razem, jak leczyłem jakiś uraz albo odpędzałem przeciwnika na polu treningowym. Była też widoczna, kiedy wchodziłem do zbrojowni, by odłożyć swoją broń, a rozmowy nagle cichły albo małe grupki się rozpraszały.

Silny podmuch wiatru przetacza się przez werandę, gasząc świecę.

Czuję, jak przechodzi mnie dreszcz.

– Jak już mówiłem…

– Powinniśmy skorzystać z okazji, że jesteśmy sami – oznajmia Iisak, a jego głos jest niższy, cichszy i pozostający poza zasięgiem uszu moich strażników.

Unoszę palec nad świecą i zaczynam kręcić nim kółka, pozwalając gwiazdom w swojej krwi tańczyć pod opuszkami palców. To, co kiedyś było wyzwaniem, teraz nie wymaga wysiłku. Płomień znów ożywa.

– Myślałem, że właśnie korzystamy.

– Nie potrzebuję już więcej twoich monet.

Uśmiecham się.

– No cóż, to dobrze, bo nie mam ich za dużo.

Nie uśmiecha się w odpowiedzi, więc i ja przybieram poważniejszy wyraz twarzy. Iisak jest królem na własnych zasadach, chociaż przysiągł mi służyć przez rok. Został uwięziony w pułapce w Emberfall, a Karis Luran trzymała go na łańcuchu. Proponowałem wiele razy, że go uwolnię ale on zawsze odmawiał. Nie wiem, czy zasłużyłem na taką lojalność, zwłaszcza od kiedy wiem, co utracił: najpierw syna, który zaginął, a później tron w Iishellasie. Kiedy zabiega o moją uwagę, staram się, jak mogę, żeby mu ją okazać.

– Czego potrzebujesz? – dociekam.

– Nie tylko mieszkańcy Syhl Shallow boją się magii. – Marszczę brwi. Mówi o Rhenie, moim bracie.

Za każdym razem, jak o tym pomyślę, czuję ucisk w środku.

– Kiedyś powiedziałeś, że nie chcesz być z nim w stanie wojny – mówi Iisak.

Spoglądam na kości do gry w swojej ręce i obracam je pomiędzy palcami.

– Ciągle nie chcę.

– Zacząłeś przygotowywać wojska w imieniu Lii Mary.

Zamykam w dłoni srebrne sześciany.

– Tak.

– Skarbce Syhl Shallow zaczęły się opróżniać. Najprawdopodobniej będziesz miał tylko jedną szansę, aby się mu przeciwstawić. Straty po ostatniej bitwie z Emberfall były wystarczająco duże za sprawą Księcia Rhena-potwora. Drugi najazd nie będzie możliwy. – Przerywa. – A ty dałeś mu sześćdziesiąt dni do następnej bitwy.

– Wiem.

– Nieważne jak bardzo chcesz chronić życie poddanych, te walki nie obędą się bez strat.

– To też wiem.

Następny podmuch wiatru przelatuje przez werandę, ponownie zdmuchując płomień świecy. Tym razem ten wiatr przywołał Iisak. Nauczyłem się wyczuwać jego magię, i to, jak żyje w powietrzu, tak jak moja żyje w mojej krwi.

Spojrzałem na niego i przywołałem płomień z powrotem.

Nadciąga kolejny podmuch, a ja mrużę oczy. Iisak zawsze przegina. Kiedy zacząłem uczyć się kontrolować magię, było to dla mnie na początku frustrujące, ale zacząłem czerpać radość z tego wyzwania. Trzymam palec prosto, a płomień zmaga się z powietrzem, żeby się utrzymać. Gwiazdy pojawiają się w moim polu widzenia, podczas gdy staram się utrzymać magię w miejscu. Wiatr przybrał tak na sile, że aż szczypie mnie w oczy i porywa mój płaszcz. Skrzydła Iisaka rozbłyskują, ale płomień nie gaśnie.

– Pamiętasz, że mówiłem, że mi zimno? – przypominam.

Znów się uśmiecha i pozwala, aby wiatr zawirował i znikł.

Po nagłym zniknięciu jego magii, płomień na chwilę się zwiększa, przez co wosk zaczyna spływać po bokach świecy i w tym momencie ja również odpuszczam.

– Może byłoby dobrze, gdybyśmy pokazali podwładnym Lii Mary, jak użyteczna może być magia – oświadcza.

Myślę o ludziach, którzy zostali uleczeni przez moją moc. Sposób, w jaki byłem w stanie utrzymać wrogów z dala od siebie, a także od każdego walczącego razem ze mną, choć o wiele mniej sprawnie.

– Już to zrobiłem – mówię.

– Nie mam na myśli tego, żebyś tylko wzmocnił swoje siły obronne.

Obserwuję go uważnie.

– Masz na myśli to, żebym użył magii przeciwko Rhenowi. – Robię pauzę. – Dokładnie tego się boi.

– Powiedziałeś mu, że wysyłasz wojsko. Będzie przygotowany na odwet, a także gotowy na walkę z oddali, tak jak to mają w zwyczaju królowie.

Ale pozostanie bezbronny wobec magii.

Jestem tego pewien, bo już kiedyś tak było.

– Rhen cię zna – zauważa Iisak. – Spodziewa się przemocy. Spodziewa się zbrojnej napaści. Spodziewa się skutecznego, brutalnego ataku, zupełnie innego od tego, jaki został wysłany przez Karis Luran. Zgromadziłeś armię i równie dobrze możesz złożyć przysięgę.

– Nie lekceważ go. – Myślę o bliznach po bacie na moich plecach. Na plecach Tycho. – Przyparty do muru, Rhen potrafi być bardzo okrutny.

– Tak, Wasza Wysokość. – Iisak sprawia, że płomień znów migocze, odbijając się w jego czarnych ślepiach. – Ty też potrafisz.

ROZDZIAŁ DRUGI

RHEN

Po raz kolejny jesień zawitała do zamku Ironrose. Pierwszy zimny podmuch wiatru tego sezonu wtargnął przez okno i spowodował, że zadrżałem. Nie potrzebowałem ognia o poranku od miesięcy, ale dziś zaczyna być czuć mróz w powietrzu i mam ochotę rozkazać służącemu, by rozpalił na palenisku.

Ale tego nie robię.

Praktycznie od zawsze byłem przerażony samą myślą o początku sezonu, bo ten oznaczał, że klątwa znów się rozpoczęła. Ponownie będę miał osiemnaście lat i znów zostanę uwięziony w niekończącej się powtórce jesieni. Będę sam z Greyem, moim poprzednim dowódcą straży, próbując znaleźć dziewczynę, która pomogłaby zdjąć ze mnie klątwę dręczącą mnie i całe Emberfall.

Tej jesieni Greya nie ma.

Tej jesieni posiadam u swojego boku dziewczynę.

Tej jesieni myślę, że po raz pierwszy mam dziewiętnaście lat.

Klątwa została złamana.

Nie czuję tego.

Lilith, wiedźma, która wcześniej rzuciła na mnie przekleństwo, teraz więzi mnie w inny sposób.

Harper, dziewczyna, która zdjęła klątwę, „Księżniczka Disi”, która przysięgła pomóc moim poddanym, właśnie wymachuje mieczem na dziedzińcu pod moim oknem razem z Zo, jej najbliższą przyjaciółką. Nie odbiorę Harper najlepszej przyjaciółki, ale nie mogę mieć strażnika, który pokazuje podzieloną lojalność.

Napięcie jest już na wystarczająco wysokim poziomie.

Harper i Zo rozłączają się, dysząc ciężko, lecz Harper niemal natychmiast z powrotem wraca do pozycji.

Wywołuje to we mnie uśmiech. Porażenie mózgowe sprawia, że szermierka jest dla niej wymagającym zadaniem – niektórzy powiedzieliby niemożliwym – ale Harper jest najbardziej zdeterminowaną osobą, jaką znam.

Cichy głos przemawia do mnie z tyłu:

– Och, Wasza Wysokość, to takie urocze, że Harper myśli, że zdoła być w tym najlepsza.

Mój uśmiech gaśnie, ale nie odwracam się od okna.

– Lady Lilith.

– Proszę o wybaczenie, że przerwałam pańskie rozważania – oznajmia. Nie odzywam się. Nie muszę jej niczego wybaczać.

– Zastanawiam się, jak zdoła opłacić powrót do swojego Disi, jeśli przegrasz walkę z najeźdźcami z Syhl Shallow.

Nie poruszam się nawet o milimetr. Często grozi, że zabierze Harper z powrotem do Waszyngtonu DC, gdzie nigdy jej nie znajdę. Gdzie Harper nie będzie miała na kim ani na czym polegać, ani jak wrócić do Emberfall.

Lilith ignoruje moje milczenie.

– Nie powinieneś przygotowywać się do wojny?

Tak, to wysoce prawdopodobne, że powinienem. Grey dał mi sześćdziesiąt dni na oddanie władzy nad Emberfall przed tym, jak pomoże Lii Marze odebrać mi je siłą. Przebywa teraz w Syhl Shallow, przygotowując armię przeciwko mnie. Nie mam wcale pewności, że jego motywacją jest pozyskanie zapasów – wiem, że kraj desperacko potrzebuje dostępu do szlaku handlowego – czy kieruje nim chęć objęcia tronu, którego już kiedyś się wyrzekł.

Tak czy inaczej zaatakuje Emberfall. Zaatakuje mnie.

– Jestem gotowy – oświadczam.

– Nie widzę żadnych gromadzących się wojsk. Żadnych dowódców planujących w twoich salach wojennych. Żadnych…

– Teraz jesteś strategiem wojennym, Lilith?

– Wiem, jak wygląda wojna.

Mam ochotę błagać ją, żeby odeszła, ale to tylko sprawi, że będzie się ociągać. Kiedy Grey był uwięziony tutaj ze mną, pocieszał mnie fakt, że nie cierpię w samotności.

Teraz jestem sam i jest to takie… bolesne.

Harper i Zo znów ćwiczą na dziedzińcu walkę na miecze.

– Nie ścigaj jej ostrza, moja pani – nawołuję.

Rozdzielają się i Harper spogląda w górę zdziwiona. Jej brązowe kręcone włosy są zaplecione w niesforny warkocz przewieszony przez ramię, ubrana jest w skórzane ochraniacze oraz pozłacany napierśnik, jakby była stworzona do trzymania broni i przynależenia do rodziny królewskiej. Wygląda zupełnie inaczej od tej zmęczonej i brudnej dziewczyny, którą Grey przywlókł z Waszyngtonu wiele miesięcy temu. Teraz jest wojowniczą księżniczką, z głęboką blizną na policzku i drugą biegnącą przez jej talię, obie powstały dzięki uprzejmości tej okropnej wiedźmy stojącej za mną.

Kiedy Harper na mnie patrzy, jej wzrok zawsze bada rysy mojej twarzy, jakby podejrzewała, że coś ukrywam. Tak, jakby była na mnie wkurzona, nawet jeśli tego nie wyraża.

Lilith czeka w cieniu za moimi plecami. Raz zdarzyło się, że Harper zaprosiła mnie do swojej komnaty aby ochronić mnie przed tą wiedźmą. Chciałbym, żeby znów tak zrobiła.

Od miesięcy nie przebywałem w jej komnatach. Za dużo jest między nami niedopowiedzeń.

– Nie wiedziałam, że mnie obserwujesz – oświadcza Harper, chowając miecz do pochwy, jakby była niezadowolona z tego powodu.

– Tylko przez chwilę. – Waham się.– Wybacz mi.

Jak tylko wypowiadam te słowa, marzę, aby je cofnąć. To brzmi, jakbym przepraszał za coś innego. Może i tak jest.

Musiała słyszeć ciężar w moim tonie, bo marszczy brwi.

– Obudziłam cię?

Tak jakbym kiedykolwiek mógł spać.

– Nie.

Ona wpatruje się we mnie stojącego na górze, a ja wpatruję się w nią na dole i chciałbym odkryć te wszystkie tajemnice wiszące między nami. Chciałbym jej powiedzieć o Lilith. Chciałbym zdobyć jej wybaczenie i odzyskać zaufanie.

Wolałbym cofnąć tyle rzeczy.

– Nie wiem, co masz na myśli – mówi. – O ściganiu jej ostrza.

– Mogę przyjść i ci pokazać – proponuję.

Jej twarz na chwilę nieruchomieje. Serce zatrzymuje się mojej piersi. Oczekuję, że odmówi, bo już wcześniej tak robiła, ale wtedy ona odpowiada:

– No dobrze, zejdź na dół.

Moje serce podskakuje – do czasu, aż Lilith odzywa się za mną:

– Tak – mówi. – Idź, Wasza Wysokość. Pokaż jej, jaką mocposiada twoja broń.

Obracam się i patrzę na nią gniewnie.

– Zostaw ją w spokoju, Lady Lilith – szepczę wściekle. – Jeśli tak bardzo niepokoją cię moje przygotowania do wojny, to może znajdź sobie jakieś zajęcie, i przydaj się na coś, zamiast dręczyć mnie swoimi dziecinnymi rozgrywkami.

Śmieje się.

– Jak pan sobie życzy, książę Rhenie.

Wyciąga rękę, jakby chciała dotknąć mojego policzka, a ja odskakuję do tyłu, wpadając na ścianę. Jej dotyk może poparzyć jak ogień – albo gorzej.

Uśmiech Lilith rozszerza się jeszcze bardziej. Zaciskam palce w pięści, ale ona znika.

Z dziedzińca na dole słyszę, jak Harper woła:

– Rhen?

Oddycham nerwowo i wracam do okna. Słońce pokazało się już na niebie, malując jej ciemne włosy pasemkami złota i czerwieni.

Powinienem przygotowywać się do wojny, ale czuję, jakbym właśnie brał udział w jednej z nich.

– Pozwól, że się ubiorę – wołam. – Zaraz zejdę na dół.

ROZDZIAŁ TRZECI

HARPER

Jestem zaskoczona, że Rhen schodzi na dół. Szczerze mówiąc, jestem zaskoczona, że w ogóle patrzył. Odkąd Grey dał mu ultimatum, Rhen ukrywał się na spotkaniach z głównymi dowódcami z odległych miast, z doradcami wojskowymi albo ze Strażą Królewską.

Pasuje mi to. Kiedy jestem blisko niego, mała kulka gniewu pali mnie w brzuchu i nic nie może jej ugasić.

Gniew sprawia, że czuję się winna. Wszystko, co robi on – robi dla królestwa. Dla swoich poddanych. Bycie księciem – bycie królem – wymaga poświęceń i podejmowania trudnych decyzji.

Nieważne, ile razy sobie o tym przypominam, wciąż nie mogę zapomnieć, co zrobił Greyowi i Tycho.

Nie mogę zapomnieć, że wróciłam tutaj, zamiast jechać z moim bratem.

Zamiast jechać z Greyem.

Odwracam się do Zo, ale ona już schowała miecz i patrzy na mnie w napięciu.

– Powinnam wrócić do swojej kwatery.

Nie chce przebywać tutaj, koło Rhena.

Waham się, a później marszczę brwi. Zo przybyła do zamku kilka miesięcy temu, kiedy Rhen próbował zmobilizować swoich poddanych do obrony Emberfall przed najazdem z Syhl Shallow.

Była uczennicą Mistrza Pieśni w porcie Silvermoon, ale posiadała umiejętności w łucznictwie i walce mieczem, więc ubiegała się o dostanie się do Straży Królewskiej – i Grey ją przyjął, a następnie przydzielił do mnie jako moją ochronę osobistą.

Od razu zostałyśmy przyjaciółkami – w sumie była moją pierwszą przyjaciółką, odkąd porzuciłam chaotyczne życie w Waszyngtonie. Jest bystra i silna, ma sarkastyczne poczucie humoru. Czasem bywało tak, że nie kładłam się do późna, kiedy ona stacjonowała pod moimi drzwiami. Zastanawiałyśmy się, co stało się z Greyem po tym, jak złamano klątwę, albo szeptałyśmy, powtarzając plotki o zaginionym następcy tronu, albo dumałyśmy, co stanie się z Emberfall, jak Syhl Shallow znów zaatakuje.

Potem znaleziono Greya ukrywającego się w innym mieście. Najprawdopodobniej znał tożsamość zaginionego następcy tronu – ale nie chciał tego zdradzić Rhenowi. Ten torturował go, aby zdobyć tę informację – i udało mu się, ale nie tak, jakby chciał. Grey znał tożsamość następcy, bo to on był starszym bratem Rhena. Był magiem z magią płynącą w jego krwi. Był następcą tronu.

Nigdy wcześniej o tym nie wiedział. Rhen też nie.

Pomogłam Greyowi uciec po tym, jak Rhen go torturował.

Zo pomogła mnie.

Kosztowało ją to stanowisko w Straży Królewskiej. Grey kiedyś mi powiedział, że jego strażnicy wyrzekają się swojej rodziny i związków właśnie z tego powodu. Była zaprzysiężona Rhenowi – ale pracowała dla mnie. Rhen nie traktuje jej ozięble, jest na to zbyt dyplomatyczny, ale jest teraz między nimi zadra. Tak, jak ta kulka gniewu, która nie chce zniknąć i nie jestem pewna, czy kiedykolwiek złagodnieje.

Chcę poprosić Zo, aby została, ponieważ każdy moment, który spędzam z Rhenem, wydaje się być drażliwy. Ale proszenie jej o to byłoby samolubne.

Poproszenie jej, aby pomogła Greyowi też pewnie było samolubne. Jesteśmy z Zo przyjaciółkami ale ona była moją strażniczką. Czy pomogła mi, bo się przyjaźnimy, czy wypełniała swój obowiązek? Nie jestem pewna, czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Pomogła mi a teraz została bez pracy, którą tak kochała.

Rhen nie jest bez serca. Zapłacił jej za rok z góry i napisał list polecający, a dziewczyna teraz trzyma go u siebie w kwaterze – ale nie odeszła, a on jej nie wyrzucił.

Chciała być strażniczką. Porzuciła swoją praktykę. Twierdzi, że nie chce mnie teraz zostawiać samej, gdy wszystko jest takie niepewne, ale część mnie wciąż się zastanawia, czy nie chce wrócić do domu, dźwigając na plecach ciężar dokonanych wyborów. Dokonanych przeze mnie wyborów.

Za długo zwlekałam. Rhen wychodzi przez drzwi na dziedziniec, a za nim podąża dwóch strażników. Jest wysoki i zachwycający z tymi blond włosami i brązowymi oczami. Jego ubrania są zawsze precyzyjnie wykończone, od ozdobnej rękojeści miecza przy jego boku aż do ręcznie robionych srebrnych guzików jego kurtki. Jego ruchy są pewne, pełne sportowej gracji, nie ma w nim zawahania, gdy mocno stawia kroki. Porusza się jak książę. Jak król. Człowiek urodzony, aby rządzić.

Dostrzegam delikatne zmiany. Cienie pod jego oczami stały się ciemniejsze. Krawędzie żuchwy wydają się ostrzejsze, a kości policzkowe bardziej widoczne. W ciągu ostatnich tygodni niepokój zakorzenił się w jego oczach.

Jego straż ustawia się pod ścianą, kiedy on kroczy przez dziedziniec w naszym kierunku. Zo wzdycha.

– Przepraszam – szepczę do niej.

– Głupstwo. – Kłania się Rhenowi, pomimo tego, że ma na sobie spodnie i zbroję.

– Wasza Wysokość.

– Zo – odpowiada chłodno książę, po czym zwraca wzrok na mnie. – Moja pani.

Nabieram powietrza, aby złagodzić to napięcie między nimi, ale Zo się odzywa:

– Jeśli mi wybaczysz, miałam właśnie wrócić do swoich kwater.

– Oczywiście – odpowiada Rhen.

Kiedy odchodzi, ja przygryzam wargę.

– Ucieka przede mną – rzuca mężczyzna, nie wyczuwam w tych słowach pytania.

Natychmiast się najeżam.

– Ona nie ucieka.

– To wyglądało dokładnie na odwrót.

Wow. Ktoś zachowuje się dokładnie jak palant.

– Zo ma prawo być zła, Rhen

– Ja też.

To powstrzymuje mnie przed powiedzeniem tego, co zamierzałam. Nie wiedziałam, że wciąż jest zły na Zo. Zastanawiam się, czy wciąż jest zły na mnie i nie jestem jedyna, której w brzuchu płonie kula gniewu.

Przed tym, jak mogę go o to spytać, on wyciąga swój miecz.

– Pokaż mi, czego się nauczyłaś.

Kładę rękę na rękojeści, ale nie wyciągam miecza. Nie jestem do końca pewna dlaczego – zwłaszcza że sama poprosiłam go, aby mi pokazał te ruchy. Może dlatego, że powiedział to w formie rozkazu. Może dlatego, że mam wrażenie, że jest bojowo nastawiony. Tak czy owak, nie chcę się z nim mierzyć z bronią w ręku.

Spoglądam w bok.

– Nie chcę już tego robić. – Odwracam się w kierunku drzwi, przez które on przeszedł kilka chwil temu. – Powinnam iść się przebrać przed śniadaniem.

Słyszę, jak chowa swój miecz, i po chwili czuję, jak łapie mnie delikatnie za ramię.

– Proszę.

To jest takie łamiące opór słowo. Desperackie słowo, które wierci malutką dziurę w mojej kulce gniewu.

– Proszę – powtarza, a jego głos brzmi tak delikatnie. – Proszę, Harper.

Posiada umiejętność magicznego wypowiadania mojego imienia, jego akcent zmiękcza każde „r”w moim imieniu i zmienia kilka sylab w ciche warczenie, a zarazem pieszczotę dla ucha, ale to nie to przykuwa moją uwagę. To jego proszę. Jest koronowanym księciem. Przyszłym królem. On nie błaga.

– Proszę co? – pytam cicho.

– Proszę, zostań.

Chodzi mu o tę chwilę, ale ja czuję, że to coś więcej, Coś głębszego.

Nagle coś sobie przypominam, sytuację sprzed roku. Moja mama już była chora, rak zajął już płuca, a tata wydał wszystkie nasze oszczędności, próbując pokryć to, czego nie pokryło ubezpieczenie. Podjął złe decyzje, aby zdobyć pieniądze, dokonał wyborów, które naraziły naszą rodzinę na niebezpieczeństwo. Kiedy mama się o wszystkim dowiedziała, kazała mnie i Jake’owi spakować swoje rzeczy. Tata siedział przy stole w kuchni i płakał, błagając ją, aby została. Pamiętam, jak mój straszy brat chował swoje rzeczy do worka marynarskiego, podczas gdy ja siedziałam na jego łóżku i wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami.

– Wszystko będzie dobrze, Harp. – Ciągle powtarzał Jake. – Tylko weź swoje rzeczy.

Nie było dobrze. Nic wtedy nie było dobrze. W tamtej chwili myśl o odejściu mnie przerażała. Pamiętam, że czułam ulgę, kiedy mama dała się ubłagać, żebyśmy zostali. Żeby ona została.

Później, kiedy sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót, pamiętam, że żałowałam jej decyzji.

Wpatruję się w oczy Rhena, zastanawiając, czy podejmuję te same decyzje. Jake odszedł z Greyem. Mój brat będzie po przeciwnej stronie na tej wojnie.

Nabieram powietrza i głośno wzdycham.

– Nie chcę walczyć.

Nie mówię o mieczu i myślę, że on to wie. Rhen potakuje ruchem głowy.

– Przejdziemy się zamiast tego?

Waham się.

– Okej.

Oferuje swoje ramię, a ja je przyjmuję.

ROZDZIAŁ CZWARTY

RHEN

Strażnicy podążają za nami. Harper leciutko trzyma rękę na moim ramieniu, tak jakby w każdej chwili miała ją zabrać. Grey zawsze mawiał, żebym planował dwadzieścia kroków do przodu i miał rację – ale teraz wszystkimi moimi ruchami kieruje ktoś inny. Nie mogę zaplanować moich dwudziestu kroków, ponieważ wiedźma mogłaby zmienić plany po drugim, trzecim czy piętnastym.

Tak bardzo chciałbym opowiedzieć Harper o Lilith – ale to mogłoby pójść nie tak na tyle różnych sposobów.

Utrzymywałem to w sekrecie przez trzysta sezonów, mogę zachować tę tajemnicę jeszcze dłużej.

– Jesteś na mnie zła – mówię cicho.

Harper nie odpowiada, ale tak naprawdę to nie było pytanie. Jest na mnie zła od tygodni. Od miesięcy.

Brukowana ścieżka zaczyna się zwężać, kiedy dochodzimy do drewnianej dróżki prowadzącej do lasu. Sądziłem, że zawróci, jak dotrzemy do linii drzew, ale ona tego nie robi. Wkraczamy w leśny poranny półmrok, pozwalając, aby pochłonęła nas cisza. Drzewa jeszcze nie do końca zmieniły kolory, ale pełno jest na nich czerwonych i złotych liści, które opadają również na ścieżkę przed nami.

– Mojej pierwszej nocy tutaj – opowiada Harper – jechałam właśnie przez te lasy i przeszłam od pocenia się z powodu upału do dreszczy podczas burzy śnieżnej i to był ten pierwszy raz, kiedy naprawdę uwierzyłam w twoje opowieści o klątwie.

Spojrzałem na nią.

– A nie przez instrumenty, która same grały melodię?

– No cóż, to było… coś, ale przejście od wczesnej jesieni do późnej zimy było dosłownie jak uderzenie w twarz. – Zatrzymuje się wpół kroku. – A znalezienie Frei i dzieci… – Kręci głową.

– Ach. Zobaczyłaś, jak nisko upadło moje królestwo. Głęboka prawda o klątwie.

– Nie! Nie to miałam na myśli.

– Wiem, ale taka jest prawda.

Też pamiętam, jak wyjechaliśmy razem z Greyem, po tym, jak Harper próbowała uciec. I kiedy martwiłem się, co może odkryć. Spędziłem tak wiele sezonów, ograniczając swoją aktywność do terenów zamku Ironrose, że nawet nie byłem świadomy, jak trudne stało się życie dla moich poddanych. Domyślałem się, że cierpią z głodu i biedy, ale nie wiedziałem, do jakiego stopnia. Nie pomyślałem, że mógłbym coś dla nich zrobić, dopóki nie złamię klątwy.

Harper pokazała mi, że się myliłem i że klątwa nie przeszkadza w zaspokajaniu potrzeb moich poddanych – a potem i tak złamała klątwę.

Jednak Lilith wciąż tutaj jest. Wciąż zamienia moje życie w piekło, tylko w inny sposób. Kładę dłoń na palcach Harper, które nadal trzyma na moim ramieniu, a ona spogląda na mnie zaskoczona. W pierwszej chwili jestem pewien, że zabierze rękę, ale nie robi tego. To malutkie przyzwolenie mieści w sobie wielkie znaczenie.

Dlatego Lilith ma nade mną taką władzę. Za dużo uczuć kłębi się w moim sercu. Muszę złapać oddech.

– Co się stało? – pyta Harper.

Wszystko. Ale nie mogę tego powiedzieć.

– Zostało nam tylko sześć tygodni do ataku ze strony Syhl Shallow i nieważne, ile razy planuję drogę do zwycięstwa, mam wrażenie, że jestem skazany na klęskę.

Przez chwilę nic nie mówi, tylko spogląda na drogę.

– Myślisz, że Grey wygra?

Ma nadzieję, że nie. Nie mam pojęcia, co zrobi Lilith, jeśli on wygra.

Nie mam pojęcia, co stanie się z Emberfall.

– Lia Mara przyszła raz do mnie z nadzieją na pokój – oznajmiam. – Grey się z nią sprzymierzył. Zaczął już starania, by przypodobać się moim poddanym. Słyszałaś, co się stało w mieście Blind Hollow. – Moi strażnicy próbowali pojmać Greya. I skończyło się na walce z mieszkańcami. Najwidoczniej Grey użył magii aby uzdrowić każdego, kto ucierpiał w boju. – Wiedzą, że Emberfall jest ciągle osłabione. Grey nie dał nam ostrzeżenia, co do swoich planów.

– Słyszę, że zbliża się „ale” – wtrąca.

– Ale… bycie władcą pragnącym pokoju to jedna rzecz, a bycie poddanym żądnym zemsty to już zupełnie inna kwestia. Mogą mieć tutaj sprzymierzeńców, tylko nie jestem pewien, jakie wsparcie mają w Syhl Shallow. Lia Mara to jedna kobieta. Grey to jeden mężczyzna. – Spoglądam na nią. – To zupełnie jak ty i ja, moja pani.

– Myślisz, że będzie im trudno utrzymać władzę?

– Sądzę, że będą musieli zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, niezależnie od tego, czy wygrają, czy przegrają tę wojnę. Myślę, że nie będzie łatwo zmienić sposobu władzy Karis Luran, która rządziła strachem i przemocą na styl kobiety, jaką jest Lia Mara. Nią zdają się kierować współczucie i empatia.

Harper patrzy przed siebie.

– Ja też cenię sobie te wartości.

– Wiem.

Moje słowa zawisły w przestrzeni między nami. Ma nadzieję, że powiem, że też kieruję się tymi wartościami, i tak właśnie jest, lecz nie w taki sposób, w jaki ona myśli. Nie w ten sposób, w jaki byłby dla niej akceptowalny.

Przepaść między nami wydaje się być taka ogromna.

Harper krzywi się, kiedy nic więcej nie dodaję.

– Zgaduję, że współczucie i empatia nie zyskująnam wielu zwolenników.

Waham się.

– Pomimo krzywdy, jaką wyrządziło Syhl Shallow ludziom Emberfall, nie będzie im łatwo zebrać się wokół mnie, kiedy całe moje prawo do tronu opiera się tylko na dziedziczeniu w prostej linii. Przedkładając Greya nade mną. Kiedy jego magia zdaje się być pożyteczna, a nie być zagrożeniem. Gdzie moje obietnice o wsparciu wojskowym wyparowały i dowiodły, że były nieprecyzyjne.

– Przez Disi – uściśla Harper.

– Tak.

– To moja wina.

Słychać w jej głosie równocześnie zgorzknienie i skruchę. Zatrzymuję ją i spoglądam w dół.

– Moja pani. Niemożliwe, żebyś czuła się odpowiedzialna za to, że nie stworzyłaś armii.

Wzdycha i zaczyna iść dalej.

– Ale tak jest.

Spogląda na straż za nami i ścisza głos.

– To było kłamstwo, Rhen. A teraz wszyscy patrzą na mnie, jakbym ich zawiodła albo podejrzewają, że współpracuję z wrogiem.

– Twój brat, „następca tronu Disi”, uciekł z Greyem do Syhl Shallow – mówię. Nie mogę pozbyć się napięcia w głosie. – Jak mogą tak nie myśleć?

Nic nie odpowiada. Jej ręka napina się na moim ramieniu.

– To jest do kitu – w końcu odpowiada.

– Masz rację.

– Co możemy zrobić?

My. Takie malutkie słowo, a czuję przez nie ucisk w klatce, co utrudnia przełykanie. To na pewno więcej, niż zasługuję. Pragnę ją do siebie przygarnąć, przytulić twarz do jej szyi i przypomnieć sobie, że ona żyje, że jest tutaj, że jest bezpieczna.

Ale jest zła na mnie i na wybory, których dokonałem.

Zmuszam się, aby być zadowolonym z tego, że trzyma rękę na moim ramieniu, ze słowa „my”.

Poprosiła mnie, żebym coś zrobił. Kiedy Lilith to zrobiła, sprzeciwiłem się.

Kiedy Harper prosi, mam ochotę podskoczyć z radości.

– Wielu z moich marszałków zamknęło granice – mówię. – Wydają się niechętni, by uznać moje prawo do władzy. Byliśmy w stanie zatrzymać bunt w Silvermoon, ale nie bez strat. Byłbym głupi, gdybym sądził, że moi podwładni są zadowoleni. – Zatrzymuję się. – Może powinniśmy pójść w ślady Greya.

– Chcesz wypowiedzieć wojnę?

– Nie. Chcę poprosić o zjednoczenie.

Wzdrygnęła się.

– Chcesz wrócić do Silvermoon, teraz? Było to wystarczająco straszne, kiedy byliśmy tam ostatnio.

Przez moment nic nie mówi, a ja wiem, że przypomina sobie nasza ostatnią wizytę w porcie Silvermoon, kiedy zostaliśmy wpędzeni w zasadzkę – i zginęlibyśmy, gdyby nie Grey.

– Co jeśli podjedziemy do bram, a oni cię zastrzelą?

– Nie zrobią tego – odpowiadam.

– Skąd to wiesz?

– Bo nie mam zamiaru do nich jechać. – W mojej głowie zaczyna się układać pewien plan. – Zamierzam zaprosić ich tutaj.

ROZDZIAŁ PIĄTY

HARPER

Freya, moja dama dworu, sznuruje gorset mojej sukni. Jest on wykonany z białego jedwabiu z czerwonymi przeszyciami oraz złotymi oczkami wysadzanymi rubinami. Na wierzchu pokryty jest warstwą czerwonego błyszczącego woalu z karmazynową podszewką. Sznurki gorsetu są ze złotego jedwabiu. Niski dekolt jest dosyć odważny i jeśli spróbuję się pochylić, to zaliczę wpadkę odzieżową. Ogólnie częściej ze swojej garderoby wybieram spodnie i swetry – wełniane bluzy, jak nazywa je Freya– mam dziesiątki oszałamiających sukien na specjalne okazje, ale ta jest najpiękniejsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek nosiłam. Nawet moje buty są z czerwonej skóry ze złotą lamówką wokół obcasa.

Rhen tydzień temu wysłał wiadomość do swoich marszałków, a ja bałam się tej „imprezy” od chwili, kiedy o niej wspomniał, ale to miłe poczuć się piękną chociaż przez pięć minut. Mimo że staram się o tym nie myśleć, to blizna na mojej twarzy i mój kulawy chód stale przypominają mi o tym, że nigdy nie będę klasycznie piękna ani elegancka. Jestem pewna swoich mocnych stron, ale to nie znaczy, że nie myślę o swoich słabościach.

Ostatnio mam w głowie to, czy fakt, że wybrałam pozostanie tutaj, nie jest moją słabością.

Ale dokąd bym mogła pójść? Nie mogę wrócić do Waszyngtonu – a nawet jeśli bym mogła, co bym zrobiła? Zniknęliśmy w środku nocy, mierząc się z człowiekiem z bronią. Nasze rodzinne mieszkanie prawdopodobnie zostało opróżnione i wynajęte komuś innemu. Nie posiadam dowodu tożsamości, żadnych dokumentów, niczego.

Bez ostrzeżenia napływają myśli o mojej matce i wspomnienie o jej śmierci prawie mnie dusi. Straciliśmy ją z powodu raka. Wszystko inne straciliśmy z powodu mojego ojca.

Mam wrażenie, jakby metalowa obręcz zaciskała się wokół mojej klatki piersiowej, przez co nie mogę oddychać.

– Proszę, moja pani – mówi Freya. – Proszę spojrzeć.

Odwraca mnie w kierunku lustra.

Wiele świadczy o tej sukni, że potrafi odciągnąć moją uwagę od przygnębiających myśli. Wygląda nawet lepiej w lustrze, niż jak leżała rozłożona na łóżku.

– Freya. – Zaczynam oddychać. – Gdzie ją znalazłaś?

– Zamówiona przez Jego Wysokość. – Jej niebieskie oczy spoglądają na mnie w lustrze, a jej głos się obniża. – W kolorach Emberfall.

– Och. – Uśmiech schodzi mi z twarzy. To nie jest tylko piękna sukienka. To deklaracja polityczna.

– Z tego, co zrozumiałam – dodaje, wygładzając sukienkę – zamówił też suknię dla Zo.

– Naprawdę?

Potakuje.

Freya jest ode mnie dziesięć lat starsza. Od kiedy uratowałam ją i jej dzieci przed atakiem żołnierzy z Syhl Shallow, została moją damą dworu w pałacu. W pewnym sensie była jak moja przybrana matka. Wie wszystko o Zo i o tym, co zrobiliśmy dla Greya. Wie, że to niejednokrotnie doprowadziło do kłótni między mną a Rhenem – i może do mniejszego sporu pomiędzy Zo a mną.

Mogło też doprowadzić do napięcia pomiędzy mną a Freyą, ponieważ wiem, co myśli na temat Syhl Shallow. Ich wojsko zniszczyło jej dom, pozostawiając ją i jej dzieci trzęsących się na mrozie. Pozostawiając ich z niczym, dopóki Rhen nie zaoferował jej posady tutaj na zamku. Lecz tej nocy, kiedy Rhen pobił Greya i Tycho, była tak samo przerażona jak ja. Nie powiedziała złego słowa na Rhena, ale pamiętam jej zaciśniętą szczękę i drżący oddech.

Muszę przestać o tym myśleć. To stało się przed paroma miesiącami. Podjęłam decyzję i zostałam.

To przecież nie jest tak, że Grey nie planuje się zemścić.

– Dlaczego zamówił suknię dla Zo? – pytam. Ona nie planuje przyjść na przyjęcie. Zo nie lubi znajdować się w sytuacji, która przypomina jej o tym, że jest gwardzistką, a już na pewno nie lubi przebywać w tym samym pokoju co Rhen.

Jeśli posłał jej suknię, ciekawe, jak ona ją przyjmie. Gorzej, jestem ciekawa, co to dla niego znaczy. Jeśli chodzi o planowanie strategiczne, Rhen bywa wręcz genialny, ale potrafi też być nieziemskim dupkiem.

Freya układa mi włosy z boku, tak aby opadały na ramię, tu i ówdzie przypinając spinki.

– Myślę, że chciałby, aby Zo ci towarzyszyła. – Przerywa. – Może Jego Wysokość pragnie u twojego boku strażnika, który nie jest „strażnikiem”. Jamison powiedział, że żołnierze są podenerwowani, bo chodzą plotki, że atak ze strony Syhl Shallow może nadejść w każdej chwili.

Spoglądam na Freyę w lustrze.

– Kiedy rozmawiałaś z Jamisonem?

Był on jednym z pierwszych żołnierzy, którzy udzielili wsparcia Rhenowi i Greyowi, kiedy przekonałam ich, aby opuścili Ironrose i pomogli swoim poddanym. Jest też drugą osobą, która nienawidzi Syhl Shallow po tym, jak jeden z żołnierzy wroga zabrał mu broń i zniszczył większość jego oddziału, kiedy sam stacjonował w Willminton. Teraz jest porucznikiem niedaleko stacjonującego pułku, ale bardzo rzadko przebywa w zamku.

– Jak zabrałam dzieci do Evalyn w odwiedziny w zeszłym tygodniu – odpowiedziała. – Spotkaliśmy go w drodze powrotnej. – Zamilkła na chwilę. – Był bardzo uprzejmy. Odprowadził nas do zamku.

– Och. – Nie wiem, co o tym sądzić. Kiedyś spędzałam mnóstwo czasu ze strażnikami i żołnierzami. Trenowałam wraz z nimi. Żartowaliśmy i plotkowaliśmy razem. Po raz pierwszy w życiu nie byłam traktowana jak kula u nogi, jakbym była nieporadna. Czułam, że do nich należę.

Teraz każda relacja, jaką nawiązuję, jest obciążona podejrzeniami. Nie zdawałam sobie sprawy, jak ważne jest to uczucie przynależności, dopóki nie zniknęło.

Teraz jedyną osobą, z którą trenuję, jest Zo.

Muszę odchrząknąć. Szkoda, że nie wiedziałam, że Freya chciała odwiedzić Evalyn, bo zabrałabym się z nią, wykorzystując usprawiedliwienie, że chcę porozmawiać z kimś innym. Może nie byłam mile widziana.

Nie cierpię tego.

Wciągam powietrze, kiedy słyszę pukanie do drzwi. To prawdopodobnie Rhen, więc mówię:

– Proszę.

To nie Rhen tylko Zo. Otwiera drzwi na oścież i wkracza, ubrana w suknię w kolorze szkarłatu. Jej gorset jest tak ciemny, że aż prawie czarny, a szwy są w wiśniowo czerwonym kolorze. Jej umięśnione barki są gołe, a włosy zaplecione w warkocze sięgają talii.

– Wow – wzdycham.

Zo uśmiecha się i kłania.

– Ty również świetnie wyglądasz.

– Nie mówiłaś, że idziesz.

Lekko wzrusza ramionami.

– Ja… nie byłam pewna. – Przeciąga dłońmi po sukience i wzdycha. – Ale to byłoby głupie znów obrazić następcę tronu.

Marszczę brwi.

– Nie patrz tak na mnie – mówi. – Pomyślałam, że może chciałabyś mieć przyjaciółkę obok.

Wbrew mojej woli łzy napływają mi do oczu. Podchodzę, aby ją przytulić.

Jej ręce mocno mnie obejmują, wbrew słowom padającym z jej ust:

– Cała praca Frei pójdzie na marne.

– Jesteś taką dobrą przyjaciółką – oznajmiam. – Nie zasługuję na ciebie.

Odsuwa się, wpatrując się w moje oczy.

– Zasługujesz.

Freya podchodzi i zaczyna wtykać małe, białe kwiatki w moją fryzurę. Trzyma w rękach też czerwone i czekam, aż one również wylądują w moich włosach, ale ona odwraca się do Zo.

– Proszę – oświadcza. – Wykończenie całości.

Zo stoi nieruchomo, trzymając mnie za ręce.

W innym życiu przygotowywałybyśmy się na studniówkę a nie na przyjęcie, które w sumie jest pretekstem do zawarcia przymierza w oczekiwaniu na wojnę.

Oddycham nerwowo.

Oczy Zo są wpatrzone we mnie nieruchomo.

– Poprzednio się z nimi dogadałaś – zauważa cicho.

– Tym razem nie mam wojsk – szepczę. – Nie mam nic do zaoferowania.

Przybliża się, aby pocałować mnie w policzek.

– Wtedy też nie miałaś, Księżniczko.

To prawda. Jakoś o tym zapomniałam. Mój oddech się uspokaja.

Kiedy pierwszy raz tu przybyłam, wiedziałam, co było słuszne. Ryzykowałam życiem za ten kraj. Tak samo jak Grey, tysiące razy w kółko. Nigdy nie pozwoliłabym, aby ktokolwiek sprawił, żebym poczuła się winna, że pomogłam ludziom z Emberfall. Albo tego, że podjęłam złą decyzję, pomagając Greyowi.

Teraz też na to nie pozwolę.

Kiedy odwracamy się do drzwi, napotykam nasze odbicie w lustrze. Suknie są naprawdę przepiękne i jasno pokazują, że popieramy Emberfall.

Rhen kiedyś mnie poprosił, abym została jego sojusznikiem, żeby pokazać jego poddanym zjednoczone siły. Abym stanęła po jego stronie. Tym razem… to coś innego. Nie jestem billboardem.

Złość, całkiem znajoma i nie do końca niechciana, wzbiera we mnie, spychając wszystko na bok.

– Zaczekaj – proszę, zatrzymując Zo.

– Freya? – Odwiązuję wstążkę z mojego gorsetu. – Będziemy obie potrzebowały innych sukienek.

***

Rhen nie oszczędzał na wydatkach i biorąc pod uwagę, że rozpoczął przygotowania do tej „imprezy” tydzień temu, na pewno nie było tanio. Wezwanie do wierności Emberfall widać w każdym czerwonym obrusie, w każdej złotej świecy, w ogromnym herbie zawieszonym nad kominkiem w Wielkiej Sali. W rogu ustawili się muzycy grający pełną życia muzykę, dodającą pewności siebie. Drzwi do zamku stały otworem, wpuszczając do środka nocne powietrze. Strażnicy stoją w lśniących zbrojach i z błyszczącą bronią w równych odstępach, podczas gdy kelnerzy roznoszą jedzenie na tacach do stolików. Wyczuwam zapachy, stojąc u szczytu schodów.

Jest jeszcze wczesna godzina, dlatego tylko kilkanaście osób znajduje się w pokoju. To prawdziwie lojalni wielcy marszałkowie i ich seneszale, którzy już dawno przysięgli wierność Rhenowi. To typ ludzi, którzy chcą zostać zauważeni jako pierwsi, jak gdyby należeli do wewnętrznego kręgu popleczników księcia, chociaż Rhen jeszcze oficjalnie do nich nie dołączył. Sprowadzili też swoją straż, co nie jest niczym niezwykłym, ale rząd uzbrojonych kobiet i mężczyzn stojących pod ścianą nie sprawia, że na przyjęciu panuje przyjazna atmosfera. Paź stojący u szczytu schodów, już chce podejść i ogłosić nasze przybycie, ale odsyłam go kiwnięciem ręki. Serce dudni mi w klatce piersiowej, kiedy wygładzam dłonią suknię w granatowym kolorze. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję, to zapowiedź naszego przybycia bez Rhena. Wściekłby się, a ja prawdopodobnie zepchnełabym go ze schodów.

Nie znoszę czuć się w ten sposób.

Zo wpatruje się we mnie i jak zwykle praktycznie czyta mi w myślach.

– Nie zostałyśmy jeszcze zapowiedziane – mamrocze. – Wciąż możemy wrócić do twojej komnaty i przebrać w suknie, które on wybrał.

– Nie. – Spoglądam na nią i żałuję, że nie czytam w jej myślach. – To znaczy, mogłybyśmy, gdybyś chciała.

Wciąż wpatruje się we mnie uważnie.

– Wcześniej też nie chciałam.

Uśmiecham się i ściskam jej rękę, gdy schodzimy razem na dół.

Bez oficjalnej zapowiedzi nie przyciągamy zbyt wiele uwagi. Jestem pewna, że Rhen zna tutaj każdą osobę z nazwiska, ale ja nie poznaję wszystkich, tym bardziej ludzi z bardziej odległych miast. Zauważam Micah Rennellsa, doradcę handlowego, który spotyka się z Rhenem raz w tygodniu. Jest najmniej szczerym człowiekiem, jakiego znam i przez te jego sztuczne pochlebstwa, którymi obdarza Rhena, chce mi się wymiotować.

Idziemy z Zo w stronę stołu, na którym stoją specjalnie ustawione kieliszki wypełnione czerwonym winem oraz lśniącym złociście szampanem.

Wow.

– Myślisz, że ktoś w ogóle zauważy, że nie mamy na sobie nic czerwonego i złotego? – szepczę do Zo, a ona uśmiecha się w odpowiedzi. Biorę po kieliszku dla każdej i powstrzymuję się, aby nie wypić swojego jednym haustem.

Odwracam się i staję twarzą w twarz z mężczyzną o niskim wzroście, z poszarzałą skórą, siwymi włosami i zatroskanymi niebieskimi oczami. Gdybym spotkała go w Waszyngtonie, pomyślałabym, że jest emerytowanym wojskowym przez jego typ postury: szczupła, sprawna i bardzo wyprostowana. Ubrany jest elegancko, a zarazem prosto: zapięta ciemna marynarka, pod nią czerwona koszula, bryczesy ze skóry cielęcej i wysokie wypolerowane buty ze zużytymi sznurówkami.

– Moja pani – wita się zaskoczony, a jego głos jest surowy i szorstki, ale nie niemiły. Kłania się i przez chwilę patrzy gdzieś poza mnie, by po chwili znów spojrzeć mi w oczy.

– Proszę o wybaczenie. Nie zauważyłem, że dołączyłaś do przyjęcia.

Gdy wyciąga ku mnie dłoń, chwytam ją i dygam.

– Nie jestem tutaj długo.

Przeszukuję pamięć, aby przypomnieć sobie, jak nazywa się ten mężczyzna, ale nic z tego nie wychodzi. Przygryzam wargę i natychmiast upominam się, żeby z tym skończyć.

– Bardzo przepraszam, ale nie przypominam sobie, żebyśmy się spotkali.

Nieznajomy lekko się uśmiecha.

– Spotkaliśmy się, ale to były inne czasy. Nie przybyłem do Ironrose, odkąd Karis Luran została wygnana z Emberfall. Nazywam się Conrad Macon, jestem marszałkiem z Rillisk.

Rillisk. Zastygam w bezruchu. To tam ukrył się Grey po ucieczce ze swojego dziedzictwa, a my przez wiele miesięcy myśleliśmy, że nie żyje.

Twarz Conrada nieruchomieje, a oczy znów nabierają zatroskanego wyrazu.

– Trochę mi ulżyło, kiedy otrzymałem od Jego Wysokości zaproszenie na dzisiejszy wieczór. Słyszeliśmy plotki, że Rillisk wypadło z łask po tym… po tym, jak odkryto, że fałszywy następca tronu ukrywa się w naszym mieście. – Przerywa, a w jego głosie zaczyna być słychać cień desperacji. – Zawsze byliśmy lojalni wobec króla, moja pani. Mogę cię zapewnić…

– Oczywiście – przerywam mu szybko. – Rhen nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

Tak myślę. Mam taką nadzieję.

W jego oczach widać ulgę.

– Och, no cóż. Być może plotki ucichną. Od czasu, gdy następca został… – Zgorszył się swoimi słowami. – Proszę o wybaczenie, od czasu, gdy fałszywy następca został pojmany w Rillisk, mieliśmy problemy w handlu, a nie jesteśmy miastem portowym…

– Silvermoon to miasto portowe – przerwał inny mężczyzna. – I my też zmagamy się z problemami.

Odwracam się i rozpoznaję go. Marszałek Anscom Perry z Silvermoon. Ma grube włosy, grubą bladą skórę i gruby brzuch, który nie mieści mu się pod kurtką. Podobała mi się przyjazna postawa marszałka Perry’ego, kiedy spotkaliśmy go w Silvermoon, ale potem chciał zamknąć swoje bramy przed Rhenem.

Szczerze, dziwię się, że tu jest.

– Marszałku Perry – odpowiadam spokojnie. – Jak miło znów cię spotkać.

– Nie jest miło być tutaj – grzmi. – Zaproszenie sugerowało, że zostanę przyprowadzony siłą, jeśli nie pojawię się dobrowolnie.

Waham się i spoglądam na Zo, ale ona tylko spogląda na mnie i potrząsa głową. Nie jest już częścią straży królewskiej i nie wie, jaką wiadomość wysłał Rhen.

– Jestem pewna, że to nieporozumienie – zaczynam.

– Jesteś pewna? – słyszę damski głos ucinający moje słowa. Marszałek Earla Vail z… ekhm, nie pamiętam. Jest z jakiegoś miasta położonego na północ stąd, niedaleko gór, które prowadzą do Syhl Shallow. Ma około siedemdziesięciu lat, grube siwiejące już włosy i ciemnobrązową skórę. Pomimo swojego wieku posiada miecz zawieszony przy jednym biodrze, a sztylet przy drugim.

– Tak samo, jak byłaś pewna, że twój ojciec wyśle wojsko na pomoc Emberfall?

– Armia mojego ojca nie była potrzebna – odpowiadam dobitnie. Serce bije szybko, jakby chciało się wyrwać z mojej klatki piersiowej. Nie wiedziałam, że tak się będą zachowywać.

– Emberfall zwyciężyło tylko dzięki księżniczce Harper – oświadcza Zo, a w jej głosie słychać żar.

– Nie obyło się bez strat. Być może armia twojego ojca jest gotowa do pomocy Syhl Shallow – mówi inny mężczyzna, a wokół mnie roi się już od tylu ludzi, że nie mogę nawet dostrzec, kto to powiedział.

– Tak – potwierdza Conrad. – Czy sojusznicy z Disi zostali przeniesieni? Następca tronu Disi dołączył do tych potworów po drugiej stronie gór.

– Może tamtejsza księżniczka otrzymała wsparcie – mówi marszałek Vail, wpatrując się we mnie przenikliwie. – Może i Karis Luran nie żyje, ale ci żołnierze z Syhl Shallow zabili tysiące…

Wciągam powietrze.

– Ja nie jestem…

– W co pogrywa Disi? – pyta inna kobieta. – Czy jesteś tutaj, aby odwrócić uwagę księcia, podczas gdy wojsko twojego ojca udziela wsparcia Syhl Shallow?

– Tak się nie dzieje – odpowiada Zo przez zaciśnięte gardło niskim głosem.

– Albo może księżniczka Harper została odsunięta od negocjacji? – docieka marszałek Perry.

– Nie zostałam odsunięta od negocjacji – warczę, ale słyszę, jak ktoś prycha drwiąco a dwóch mężczyzn wymienia spojrzenia. Wszyscy zaczynają na mnie napierać i chciałabym zawołać straże. Ale przez moją pomoc Greyowi straż Rhena dała mi jasno do zrozumienia, że są zaprzysiężeni jemu, a nie mnie.

– Dlaczego książę ci nie towarzyszy? – ciągnie dalej marszałek Perry.

– Ja… więc on… ach!

– Moja pani – mówi spokojnie książę Rhen, stając za moimi plecami, a ja podskakuję.

Ludzie otaczający mnie oddalają się tak szybko, jakby zostali odciągnięci.

– Wasza Wysokość. – Mężczyźni kłaniają się, a kobiety dygają.

Rhen ignoruje ich i patrzy tylko na mnie. Podchodzi bliżej, by chwycić moją rękę i pocałować w kostki, lecz nie umiem wyczytać nic z jego twarzy.

– Wybacz mi – prosi, przyciągając mnie bliżej siebie. Mówi niskim i ciepłym głosem w sposób, jakiego nie słyszałam od… dawna. – Nie zdawałem sobie sprawy, że tak się spóźnię.

Przełykam ślinę.

– Wybaczone.

Odwraca się do zgromadzonych, ciągle trzymając mnie za rękę.

– Noc jeszcze młoda. Może moglibyśmy spędzić chociaż godzinę, ciesząc się swoim towarzystwem przed tym, jak zaczniemy kłócić się o politykę?

Kiwa głową w kierunku służących rozstawiających potrawy na stołach.

– Albo chociaż zaczekajmy do czasu, gdy jedzenie zostanie podane. Byłoby szkoda zmarnować taką wspaniałą ucztę. Anscom, służący tam w rogu nalewa słodkie trunki. Pamiętam, jak lubiłeś wypić kieliszek z moim ojcem.

Marszałek Perry z Silvermoon odchrząkuje.

– Ach… tak. Oczywiście, Wasza Wysokość.

Rhen składa lekki ukłon w stronę gości, a następnie zwraca się do mnie:

– Możemy, moja pani?

Możemy co? Ale uratował mnie i nie zachowuje się jak palant, więc się zgadzam.

– Tak, oczywiście.

Odwraca się i trzymając mnie blisko siebie, zaczyna iść wolnym i dostojnym krokiem.

Spoglądam na niego.

– Dokąd idziemy?

Przyciąga mnie bliżej i lekko pochyla. Jego usta muskają moją skroń i jest to tak niespodziewane, że się czerwienię, czując przeszywające mnie dreszcze. Zapomniałam, że może taki być. Nie powiedział też nic na temat mojej sukni.

– Zatańczyć – odpowiada.

Prawie potykam się o własne nogi.

– Zaczekaj. Rhen…

– Ciiii. – Prowadzi mnie na środek marmurowego parkietu, kładąc dłoń na mojej talii.

Jesteśmy otoczeni przez wiele osób, niektórzy z nich właśnie oskarżyli mnie o zdradę. Nie spodziewałam się tego po nich… i zdecydowanie nie chcę przed nimi tańczyć, jakby to wszystko mnie nie obchodziło. Ale nie chcę też powodować większej sceny niż dotychczas.

– Nienawidzę tańczyć – szepczę.

– Wiem. – Rhen odwraca się do mnie i bierze moje ręce w swoje. – Ja nienawidzę bycia siłą wmanewrowany w zagrywki polityczne bez ostrzeżenia. Jednak, proszę, oto jesteśmy.

Już chcę coś odpowiedzieć, ale muzyka właśnie zwolniła i nie jestem taka beznadziejna w tańcu, jak na początku sądziłam. Daję mu prowadzić.

– Jesteś wściekły.

– Wyglądam na takiego? – pyta grzecznie.

– Yhym.

– Myślałem, że znakomicie to ukrywam. – Przerywa, a jego oczy wpatrują się w moje. – Czy twoim zamiarem jest pozostawanie ze mną w konflikcie, moja pani?

Obserwuję go uważnie przez chwilę, starając się go rozgryźć. Jakaś część mnie cieszy się, że jest zły, że nie jestem jedyna, która walczy z niechęcią. Jest też część mnie, która jest bezgranicznie smutna. Chcę przyłożyć mu w twarz, ale wiem, że później uciekłabym z płaczem – targają mną zupełnie sprzeczne emocje.

– Jeśli tak jest – kontynuuje Rhen – wolałbym, abyś najpierw przyszła z tym do mnie, zamiast pokazywać to wszystkim z Emberfall.

Marszczę brwi i spoglądam w bok. Może on potrafi udawać wesołego, kiedy to wszystko się dzieje, ale ja tak nie umiem. Muzyka wypełnia całą salę, a ja przypominam sobie tamtą pierwszą noc, kiedy uczył mnie tańczyć na skale w Silvermoon. Kiedy powiedziałam mu: „Chcę, żeby to było prawdziwe”.

On też chciał, żeby to było prawdziwe – i przez długi czas czułam, że takie jest.

Ale potem zaczęłam wątpić w siebie. Wątpić w niego.

Kiedy nic nie odpowiadam, głos Rhena zmienia się na ostrożniejszy.

– Czy byłaś niezadowolona z sukni, jaką dla ciebie wybrałem? – Przerywa, po czym zaczyna na nowo, a ton jego głosu zmienia się odrobinę na ostrzejszy. – Czy może to Zo była niezadowolona?

– To byłam ja – odpowiadam. – Jeśli jesteś na mnie wkurzony, to nie wyżywaj się na niej.

Patrzy na mnie z lekkim niedowierzaniem.

– Myślisz, że mógłbym tak zrobić?

– Myślę, że zrobisz wszystko, na co masz ochotę.

Zaciska palce nieco mocniej na moich i obraca mnie trochę ostrzej, niż to koniecznie.

– Byłem więcej niż sprawiedliwy w stosunku do Zo.

To pewnie prawda. Odwracam wzrok.

– W porządku – odpowiadam.

Nic nie mówi, ale wyczuwam w jego ciele napięcie. Nikt nie odważył się dołączyć do nas na parkiecie, więc może inni również to wyczuwają.

– Nie chcę być zwykłym pionkiem – oświadczam ostro. – W tamtej sukni właśnie tak wyglądałam.

– Wątpię w to.

Prawdopodobnie mówi to jako komplement, ale słyszę lekceważenie.

– Sprawiała, że tak się czułam. – Przełykam ślinę przez zaciśnięte gardło. – Dlatego poprosiłam Freyę, aby znalazła mi inną. – Wciąga powietrze, jakby chciał mi przerwać, więc szybko dodaję: – Nie wyżywaj się też na niej.

Nawet nie drgnie pod wpływem mojego spojrzenia.

– Nic nie zrobiłem twoim przyjaciołom, moja pani, i nigdy nie obwiniałbym ich za twoje czyny.

– Czy to groźba? – pytam z naciskiem.

Mruga, zaskoczony.

– Co? Nie. Ja nie…

– Ponieważ Grey spędził całe swoje życie, robiąc wszystko, co mu kazałeś, a przy pierwszym razie, gdy się sprzeciwił, powiesiłeś go na tamtej ścianie.

Odskakuje ode mnie, jakbym go uderzyła. Już nie tańczymy. Natychmiast między nami tworzy się lodowaty dystans. Muzyka gra dalej, ale my stoimy bez ruchu na środku parkietu. Tłum cichnie, czuć napięcie w powietrzu.

Zapiera mi dech w piersiach.

Nie wierzę, że to powiedziałam.

Dopóki te słowa nie wypłynęły z moich ust, nigdy nie przyznałam się przed sobą, że tak właśnie czuję.

Spojrzenie Rhena mogłoby przeciąć stal. Moje też, jestem pewna.

Zo pojawia się u mojego boku.

– Moja pani – mówi spokojnie. – Jesteś potrzebna w pewnej sprawie.

Czuję, jakby moje ciało było z kamienia. Rhen się nie poruszył, a ja nie mogę oddychać. Prawdopodobnie gdybym go uderzyła, to wywołałoby mniejsze zainteresowanie.

Może ma rację – mogłam porozmawiać z nim na osobności. Ale nie cofnę tego, co się stało, ani tego, co zostało powiedziane.

Chwytam suknię i składam przed nim ukłon.

– Wasza Wysokość.

Nie czekając na odpowiedź ani nawet nie oglądając się za siebie, wychodzę z sali.