A kto mi, kuźwa, zabroni, czyli 49 przykładów na to, że można... - Sławomir Franc - ebook

A kto mi, kuźwa, zabroni, czyli 49 przykładów na to, że można... ebook

Sławomir Franc

3,6

Opis

W jaki sposób nastawienie psychiczne wpływa na kondycję fizyczną? Dlaczego warto umieć słuchać, a nie tylko mówić? Po co nam asertywność? Czym jest negatywna motywacja i jak ją spożytkować? Dlaczego wygląd zewnętrzny jest tak samo ważny jak osobowość?

Na te i wiele innych pytań szuka odpowiedzi autor książki „A kto mi, kuźwa, zabroni”. W 49 zabawnych, błyskotliwych i frapujących rozdziałach wnikliwy czytelnik odnajdzie zapis walki z przeciwnościami losu, rozmaitymi dylematami i błędami życiowymi, a także garść przemyśleń na temat wszystkich najważniejszych spraw i bolączek, wokół których kręci się życie współczesnego człowieka. Ten nietuzinkowy motywator dla wszystkich, którym choć raz zdarzyło się zwątpić w obraną przez siebie drogę, dobitnie przekonuje, że życie w gruncie rzeczy polega na „przechodzeniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu”.

Życie można porównać do lasu. Z definicji jest tym samym dla wszystkich, ale jeżeli każdy objaśni je indywidualnie, powstanie tyle znaczeń, ilu będzie opisujących. Jestem jednak przekonany, że każde z tych określeń będzie miało część wspólną – to, czego od życia oczekujemy. No i można stwierdzić: jesteśmy w domu. Wiemy, czego chcemy, więc pora zacząć po prostu iść we właściwym kierunku. Jest tylko jeden warunek – musimy iść.

Sławomir Franc - rocznik 1970. Doktor nauk społecznych. Emerytowany policjant i weteran Misji Pokojowej w Kosowie. Pracownik naukowy Wydziału Politologii UMCS w Lublinie. Autor i współautor ponad trzydziestu artykułów naukowych i popularnonaukowych z dziedziny prawa historii i nauk społecznych, a także twórca kilku samodzielnych wydawnictw książkowych. Właściciel kancelarii szkoleniowej, specjalizującej się m.in. w komunikacji interpersonalnej. Miłośnik aktywnego trybu życia, zapalony rowerzysta, motocyklista, paralotniarz, pasjonat zimowych kąpieli oraz aktor amator, dla którego uśmiech i pozytywne myślenie są najważniejsze w życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (15 ocen)
5
4
2
3
1

Popularność




ZAMIAST WSTĘPU

Jeśli myślisz,

że nic nie możesz zmienić –

zmień myślenie.

Autor poszukiwany

 

Zastanawiasz się zapewne, Drogi Czytelniku, skąd wziął się u mnie pomysł napisania książki, którą na własne potrzeby określam mianem lekkiej dywagacji psychologiczno-socjologiczno-filozoficznej o podłożu moralizatorsko-motywacyjnym. No właśnie. Przecież w żadnej z wymienionych dyscyplin naukowych nie odebrałem stosownego wykształcenia. Jakby tego było mało, książkę tę zatytułowałem, powiedzmy sobie szczerze, dość prowokacyjnie. Nie wiem, na ile mi się to uda, ale w tym króciutkim wstępie chcę napisać o moich intymnych powodach, które stały się przyczynkiem do tego, aby usiąść i przelać na papier wszystko, co od dawna siedziało w moim wnętrzu.

Rzeczywiście, nie jestem ani filozofem, ani socjologiem, ani tym bardziej psychologiem, niemniej odnoszę wrażenie, że mam pewne cechy, dzięki którym da się określić mnie mianem bacznego obserwatora potrafiącego wyciągać właściwe wnioski. Gdyby podeprzeć to sporym bagażem doświadczeń, zarówno osobistych, jak i zawodowych, to myślę, że można mi wybaczyć moralizowanie i motywowanie, którymi na kartach tej lektury bezceremonialnie popisuję się co jakiś czas – tym bardziej że działam w dobrej wierze, a w każdym z zamieszczonych tu felietonów staram się przemycić coś pozytywnego, coś, co zmotywuje Cię do działania. Co do tytułu, muszę przyznać, że długo myślałem, czy użyte w nim słowo „kuźwa” nie jest zbyt wulgarne, ale po konsultacjach z wieloma osobami postanowiłem je zostawić. Po pierwsze, jest to poniekąd chwyt marketingowy, a po drugie (i o wiele ważniejsze), KTO MI, KUŹWA, ZABRONI? Tym bardziej że nawet w mediach dzisiaj już się go nie cenzuruje. Jest jeszcze liczba 49. W tym też nie ma nic niezwykłego – to liczba lat, które przyszło mi przeżyć na tym łez padole.

Pragnę wytłumaczyć się jeszcze z kilku rzeczy, które na kartach tej książki mogą zastanawiać, a chwilami wręcz szokować. Przede wszystkim mam na myśli język, jakim się posługuję. Zdaję sobie sprawę, że dalece odbiega on od poprawnego, akademickiego sposobu komunikowania się, niemniej jeżeli mam być w swoim przekazie autentyczny, muszę opierać się na faktach. Oczywiście nie sprawia mi problemu pisanie w sposób naukowy czy literacki (w końcu mam na swoim koncie doktorat i całkiem spory dorobek publikacji określanych mianem tych poważno-akademickich), jednak taki styl zupełnie nie pasowałby do przekazywanych przeze mnie treści. Celowo też zrezygnowałem z przypisów, bibliografii i tym podobnych elementów. Nie jest to publikacja naukowa, a wszystkie zaczerpnięte z innych źródeł cytaty, przysłowia, fragmenty tekstów et cetera dla lepszego odróżnienia zamykam w cudzysłów. Chcę też zaznaczyć, że każdy z 49 rozdziałów jest oddzielnym felietonem, dlatego książkę tę możesz, Drogi Czytelniku, zaczynać od dowolnego rozdziału, w zależności od potrzeby i zainteresowania się tytułem.

Na zakończenie tego króciutkiego wstępu chciałbym serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do powstania niniejszej publikacji. Mam nadzieję, Szanowny Czytelniku, że przypadnie Ci ona do gustu i będziesz po nią sięgał jeszcze wielokrotnie, a jeżeli przynajmniej w małej części zmotywuje Cię do działania albo pomoże Ci w rozwiązaniu jakiegoś problemu, będę przeszczęśliwy i spełniony, wiedząc, że mój trud nie poszedł na marne.

Życzę przyjemnej lektury oraz wszystkiego, co dla Ciebie najlepsze!

 

Z poważaniem

Sławomir Franc

1A MOŻE NAPISAĆ KSIĄŻKĘ?

A właściwie dlaczego by tego nie zrobić? Podejrzewam, że większość osób, które przeczytały przynajmniej jedną książkę w swoim życiu, zastanowiła się, kim są autorzy i co skłania ich do pisania. Myślę, że i Ty, Drogi Czytelniku, chociaż raz zadałeś sobie podobne pytanie.

Jeśli chodzi o mnie, to już we wczesnym dzieciństwie targały mną dylematy, na które bezskutecznie szukałem odpowiedzi, bo nie znałem nikogo, kto zajmowałby się tego typu procederem i mógłby mnie w tej materii oświecić. Dziecięca ciekawość jedynie rozbudzała moją wyobraźnię i o autorach książek, baśni i bajeczek myślałem jak o jakichś wspaniałych czarnoksiężnikach posiadających niezwykłą moc tworzenia. Tworzenia czegoś, co przynajmniej dla mnie stanowiło od zawsze coś w rodzaju najcenniejszego skarbu, który wydawał się o tyle niesamowity, że był dostępny praktycznie dla każdego, kto tylko posiadł sztukę czytania. Jako mały chłopiec nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że można tak po prostu usiąść do biurka, chwycić za pióro i przelać na papier te wszystkie niesamowite historie, które z zapartym tchem i rozpalonymi policzkami pochłaniałem, rozbudzając przy tym swoją fantazję. Każdy, kto jest nawet niezbyt wielkim pasjonatem czytania, przyzna mi pewnie rację.

Inną kwestią, która z jednej strony zawsze mnie zastanawiała, z drugiej zaś w jakiś dziwny sposób irytowała, było nieśmiertelne pytanie polonistów pojawiające się przy omawianiu niemal każdej lektury. Jakie to pytanie? Wiadomo. Chodzi o znane chyba wszystkim „co autor miał na myśli?”. Nie ukrywam, że przy różnych okazjach mocno się nad tym zastanawiałem, ale nigdy nie udało mi się znaleźć sensownej odpowiedzi. Odpowiedź połowiczną i interesującą otrzymałem nie tak dawno, kiedy pewna osoba wypowiadała się na temat tego, czego ja byłem autorem, tłumacząc kilku innym osobom właśnie, co autor miał na myśli. Sytuacja była komiczna i pouczająca zarazem, ale opowiem o niej za chwileczkę.

Wróćmy jednak do tematu pisania. Jak już wspomniałem, podejrzewam, że wielu świadomych czytelników zastanawiało się nad przelaniem na papier tego, co czują. Przyznaj się, Drogi Czytelniku, nie myślałeś nigdy o napisaniu chociażby cieniutkiej książeczki, na której okładce widniałoby Twoje imię i nazwisko? Oj, coś mi się wydaje, że kilka razy oddałeś się tego typu marzeniom… Ja miałem tak wielokrotnie. Przy czym, jak widać, na marzeniach nie poprzestałem i z dumą mogę powiedzieć, że książka, którą trzymasz właśnie w dłoniach, jest już moją czwartą z kolei samodzielną publikacją, a nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Pewnie pomyślałeś sobie, że mnie akurat jest łatwo, bo to moja kolejna pozycja, do tego rozprawa doktorska licząca prawie czterysta stron plus kilkadziesiąt artykułów zamieszczanych w różnych wydawnictwach zbiorowych. Z jednej strony przyznaję Ci rację, z drugiej weź pod uwagę, że ja kiedyś również zaczynałem. Tak, tak. Jak każdy, kto zrobił cokolwiek w życiu, również i ja musiałem postawić ten pierwszy, najtrudniejszy i bardzo niepewny krok. Niepewność moja była tym większa, że nigdy nie wykazywałem szczególnych zdolności i w porównaniu z wieloma moimi szkolnymi koleżankami i kolegami byłem raczej miernotą literacką, z trudem radzącą sobie z nieskomplikowanymi wypracowaniami i rozprawkami na lekcjach języka polskiego. Nigdy też nie wyobrażałem sobie, że w dorosłym życiu zajmę się właśnie pisaniem, które nie tylko (prawdopodobnie) będzie całkiem składnie mi wychodziło, ale jeszcze sprawi mi ogromną przyjemność. Mało tego – stanie się czymś, co śmiało mogę określić mianem jednej z największych pasji.

Dzisiaj, mimo że usiłuję przypomnieć sobie moment, kiedy postanowiłem stać się autorem, nie jestem w stanie odtworzyć tej chwili. Po prostu nie pamiętam jej. Myślę, że był to proces, którego początku nie da się odnaleźć, a okres jego dojrzewania trwał niezwykle długo i w pierwszej fazie wręcz niepostrzeżenie nawet dla mnie samego. Może również fakt, że przez całe swoje zawodowe życie związany byłem z wypełnianiem protokołów i formularzy policyjnych, nie pozostaje tu bez znaczenia, bo – jak by nie patrzeć – to kształtowało mój pierwotny warsztat pisarski. Owszem, były to notatki służbowe, protokoły przesłuchania świadków, oględzin i szereg innych specjalistycznych dokumentów, tworzonych przede wszystkim oschłym językiem z pogranicza prawa. Teraz, jak sobie o tym myślę, to chyba coś z autora już wtedy we mnie się obudziło, gdyż, po pierwsze, ważna była dla mnie wizualna strona tekstu, a po drugie, niejednokrotnie zbierałem cięgi od przełożonych za zbyt dużą krasomówczość w tekstach, które powinny być, najogólniej mówiąc, suchym stwierdzeniem zaistniałych faktów.

Wtedy coś we mnie kiełkowało, a wyrosło dopiero, kiedy policyjny mundur odwiesiłem na kołek. Wówczas, mając zdecydowanie więcej czasu, nieśmiało zabrałem się do czegoś, co naprawdę grało mi w duszy, a na dodatek wynikało po trosze z potrzeby serca.

Tak to właśnie zabrałem się do pisania pierwszej mojej książki, którą poświęciłem pewnemu nieżyjącemu kapłanowi – proboszczowi mojej rodzinnej parafii. Trochę przez przypadek, ale był to strzał w dziesiątkę, bo człowiek, który trafił na mój pisarski warsztat, to ktoś, kto swoim życiem pokazał, że nieważne, jaki zawód się uprawia (chociaż w tym wypadku chodzi o kapłaństwo), najważniejsze, żeby pozostać człowiekiem. Prawdę powiedziawszy, nie mogłem sobie wybrać lepszego tematu. Cała moja praca przebiegała wręcz bezproblemowo, a wszyscy, których poprosiłem o pomoc, ochoczo mi jej udzielali. Począwszy od zwykłych ludzi, przez parlamentarzystów, na wysoko postawionych hierarchach Kościoła katolickiego skończywszy. Tak zaczęła się moja prawdziwa przygoda z pisaniem. W tamtym czasie wydawało mi się, że to moje pierwsze, a zarazem ostatnie takie doświadczenie, ale pięciokrotny dodruk i pochlebne recenzje zachęciły mnie do dalszej pracy i szukania kolejnych źródeł inspiracji. No i tak jakoś poszło, gdyż – jak wspomniałem – jest to już moja czwarta samodzielna publikacja.

Aha, miałem jeszcze powiedzieć o tej zabawnej historii z pytaniem „co autor miał na myśli?” w tle. Otóż drugą moją publikacją był wydany w formie książkowej scenariusz sztuki, którą wspólnie z zespołem teatru amatorskiego przygotowaliśmy do wystawienia na deskach lokalnego ośrodka kultury. Ja, mimo iż byłem autorem scenariusza i jednym z głównych aktorów, absolutnie nie mieszałem się w sprawy reżyserii, oddając to profesjonaliście od lat współpracującemu z naszym teatrem. Na kolejnej próbie, podczas interpretacji jednego z fragmentów przygotowywanego przedstawienia, reżyser z dużym zaangażowaniem zaczął tłumaczyć nam, jak mamy daną kwestię zagrać i co autor miał na myśli, gdy tworzył omawiany fragment. Mówił to z tak dużym zaangażowaniem, że nie zauważył, jak wszyscy z zaskoczeniem patrzą to na niego, to na mnie. Zakończyło się to wybuchem gromkiego śmiechu całego zespołu, jeszcze większym, kiedy skromnie wytłumaczyłem, że mój autorski zamysł był diametralnie różny od interpretacji reżyserskiej. To tytułem tego odwiecznego pytania polonistów.

A co do pisania książek… No cóż. Jak sam widzisz, Drogi Czytelniku, „nie święci garnki lepią”. Pewnie zastanawiasz się, po co w ogóle o tym wspominam. Przecież akurat Ty wcale nie musisz być zainteresowany pisaniem. Faktycznie, może i masz rację, ale spójrz na to nieco inaczej. Zastanów się właśnie nad tym, co autor miał na myśli (w tym konkretnym przypadku akurat ja). Postaram się ułatwić Ci to zadanie. W ten nieco pokrętny sposób chcę pokazać, jak ważną rzeczą są, po pierwsze, marzenia, a po drugie, podjęcie próby realizacji tych marzeń. Często jest tak, że coś, co na początku wydaje się zupełnie nieosiągalne, po przejściu kilku kroków okazuje się całkiem możliwe do realizacji. Ba! Później, jak już szczęśliwie dotrzemy do mety i spojrzymy na to z pewnej perspektywy, niejednokrotnie dostrzegamy, że było to wręcz dziecinnie łatwe.

Jaki z tego wniosek? Dla mnie prosty i konkretny. Zakasaj rękawy, bierz się do roboty i spełniaj swoje marzenia. Gwarantuję Ci, że dasz radę, bo jak nie Ty, to kto?

PS Co do książek: ja osobiście postawiłem sobie za cel zawiesić wysoko jeszcze jedną poprzeczkę. Mianowicie postanowiłem nie dokładać do swojego pisania. Większość moich koleżanek i kolegów po piórze twierdzi, że to niemożliwe i w dzisiejszych czasach nie da się funkcjonować w sposób, jaki ja sobie wymyśliłem. Różnica pomiędzy mną a nimi jest taka, że oni kurczowo trzymają się swojej tezy, wykładając środki finansowe przy każdej publikacji, ja z kolei idę własną drogą, przy okazji zarabiając całkiem niezłe pieniądze właśnie z pisania i publikowania. To tak na marginesie.

2UCZ SIĘ, UCZ, BO NAUKA TO…

„Wiedzę możemy zdobywać od innych, ale mądrości musimy nauczyć się sami”. Czy wiesz, kto jest autorem tej mądrej sentencji? Te ponadczasowe słowa przypisywane są naszemu narodowemu wieszczowi, Adamowi Mickiewiczowi. Wypowiedziane zatem zostały już bardzo dawno temu, ale czy cokolwiek straciły na aktualności? Śmiem twierdzić, że nic a nic i w dalszym ciągu są tak samo świeże i autentyczne jak wtedy, kiedy zostały wypowiedziane.

Czym właściwie jest dla nas nauka? Czy jest ona celem samym w sobie, czy może jednak ma jakieś większe znaczenie? Pytanie jest retoryczne, gdyż odpowiedź bez wątpienia nasuwa się sama. Czy jednak nie od zawsze wpajano nam, że uczyć się po prostu trzeba, bez tłumaczenia, w jakim celu należy to robić? Moim zdaniem samo bezmyślne wkuwanie definicji, wzorów i formułek naukowych bez praktycznego ich rozumienia nie ma sensu. Nie wiem jak Ty, Drogi Czytelniku, ale ja jestem wręcz przekonany, że właśnie takiego podejścia w procesie kształcenia młodego człowieka od zawsze było zdecydowanie za dużo. Oczywiście nie mam tu na myśli przedmiotów o charakterze praktycznym, które w szkolnictwie zawodowym realizowane są na niezłym poziomie. Chodzi mi przede wszystkim o przedmioty ogólne, i to na wszystkich szczeblach drabiny edukacyjnej. Ale może zacznijmy od początku.

Od pierwszej klasy szkoły podstawowej odnosiłem wrażenie, że do mojej głowy wtłaczane są informacje, których znaczenia bardzo często najzwyczajniej w świecie nie rozumiałem. Część z nich przyswajałem łatwo, inne natomiast z wielkim trudem zapadały mi w pamięć – w której zresztą zbyt długo nie zagrzewały miejsca. Jako mały chłopiec nie zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje, tym bardziej że dokoła słyszałem powiedzonka typu: „Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz” czy „Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu”. Nie, nie. Absolutnie nie kwestionuję mądrości zawartych w tych sentencjach – ich przesłanie nie podlega dyskusji. Kłopot w tym, że dziecku trudno pojąć głębsze ich znaczenie. Ot, po prostu. Każą się uczyć i pracować, więc albo się to robi, albo nie. W czasach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości świat dorosłych również zbytnio nie pomagał mojemu pokoleniu w szerszym i pełniejszym zrozumieniu, że nauka to nie tylko bezmyślne wkuwanie. Odnoszę zresztą wrażenie, że i obecnie nie za wiele w tej kwestii ruszyło do przodu mimo szumnych zapowiedzi kolejnych ministrów edukacji. Może się mylę, ale patrząc na własne dzieci oraz na sposób, w jaki są motywowane do nauki przez szeroko rozumiany system, śmiem twierdzić, że czasy się zmieniają, a problem pozostaje nadal nierozwiązany.

Jakiś czas temu zrobiłem sobie rachunek sumienia i oprócz siebie pod lupę wziąłem też koleżanki i kolegów, z którymi na różnych etapach procesu edukacyjnego przyszło mi rywalizować w gonitwie o świadectwa i dyplomy. Analizując wszystkie te lata spędzone w ławkach szkolnych i nieco poważniejszych ławach akademickich, doszedłem do smutnych wniosków. Okazało się, że w żadnej ze szkół, do których uczęszczałem, nie udało mi się nawet odrobinę wybić ponad przeciętność. W temacie osiąganych wyników nauczania byłem takim sobie średniakiem, któremu nigdy nie udało się zdobyć chociażby świadectwa z czerwonym paskiem. Tak było w podstawówce i w szkole średniej. Podobnie było na studiach – roku nigdy nie powtarzałem, ale tak zwane kampanie wrześniowe (sesje poprawkowe) były dla mnie chlebem powszednim. Z drugiej zaś strony w moim otoczeniu od najmłodszych lat było wielu rówieśników, dla których średnia poniżej cztery pięć stanowiła niemal tragedię i szczyt nieuctwa. Często zazdrościłem im, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego jedni mają tak dużą łatwość przyswajania wiedzy, a inni – ze mną na czele – już nie. Gwoli uczciwości muszę przyznać, że pracowity w tej materii jakoś szczególnie niestety nigdy nie byłem.

No właśnie. Jakiś czas temu nad tym dywagowałem i analizowałem związki przyczynowo-skutkowe. Wnioski, do jakich doszedłem, zaskoczyły mnie, i to bardzo. Uświadomiłem sobie, że te wszystkie „cudowne dzieci” z mojego otoczenia, mimo że były tak zdolne i miały dużo lepsze niż ja wyniki w nauce, później nie osiągnęły niczego znaczącego. Wręcz przeciwnie. W życiu dorosłym są raczej przeciętniakami. Z kolei sporo takich jak ja pospolitych osobników zdecydowanie lepiej i bardziej przebojowo kroczy po drogach karier życiowych i zawodowych. Czemu tak się stało? Przecież na pierwszy rzut oka to wbrew logice. Przecież to ci piątkowi byli predestynowani do brania z życia pełnymi garściami i zajmowania pierwszych lokat we wszystkich zawodach świata. Trochę dzięki przypadkowi doszedłem do ciekawych przemyśleń, o których za chwilę powiem. Wcześniej jednak przytoczę ten przypadek, który był przyczynkiem moich refleksji w przedmiotowej sprawie.

Pewnego razu podczas jazdy samochodem usłyszałem, jak w jednej ze stacji radiowych redaktor opowiada o pewnym mężczyźnie z pamięcią absolutną. Facet ten po jednym sczytaniu na przykład encyklopedii potrafił bez zająknięcia wyrecytować opis każdego hasła. Ot, geniusz – pomyślałem, zazdroszcząc mu jednocześnie tak wspaniałej umiejętności. Niestety, ten cudowny umysł miał zasadniczą ułomność. Owszem, potrafił zapamiętać wszystko, ale na tym jego zdolność się kończyła. Poza wyrecytowaniem przeczytanych treści nie był w stanie z zapamiętanymi informacjami zrobić niczego więcej. Żadnej analizy. Żadnej kompilacji. Żadnego praktycznego wyselekcjonowania właściwej informacji. Kolejna myśl, jaka mi wtedy przyszła do głowy, była już mniej korzystna dla bohatera tej audycji. Pomyślałem sobie: po co mieć taką wiedzę, skoro nie można z niej zrobić użytku? Przecież ten człowiek nadaje się najwyżej do tego, żeby pokazywać go jako ciekawostkę w programach rozrywkowych. Ot, taka – za przeproszeniem – kobieta z brodą dwudziestego pierwszego wieku.

Po audycji doznałem olśnienia. Zrozumiałem, że tak naprawdę nie jest najważniejsze to, co wiemy. Liczy się przede wszystkim to, co potrafimy z posiadaną wiedzą zrobić. Uświadomiłem sobie również, dlaczego te tak zwane średniaki zdecydowanie lepiej radzą sobie w życiu dorosłym. Wniosek jest o wiele prostszy, niż mogłoby się wydawać. Ci ludzie od najmłodszych lat wiedzieli instynktownie, że oprócz tego, iż coś tam wiedzą, muszą przede wszystkim we właściwy sposób kombinować, jak te strzępy wiedzy wykorzystać i połączyć w logiczną całość. Do tego zrobić to tak, żeby ta całość zagwarantowała jaki taki sukces (na przykład zdany egzamin, otrzymanie intratnej posady, powodzenie w biznesie itepe, itede).

Zdaję sobie sprawę, że nieco spłycam i upraszczam omawiane zagadnienie. Mam też świadomość, że Twój stosunek do tego, o czym piszę, może być mocno ambiwalentny. Wybacz i uwierz, że nie jest moim zamiarem zawracanie Wisły drągiem. Ja jedynie (albo przede wszystkim) chciałbym zwrócić Twoją uwagę na to, jak ważne jest, co z wiedzą stricte teoretyczną zrobimy w praktyce. Czy będziemy potrafili uczynić z niej pożytek? Czy wreszcie przełamiemy te dziwne stereotypy tworzące niewidzialne bariery, których nijak nie można obejść? Mam nadzieję, że tak.

Jeżeli jednak z jakichś względów sami jesteśmy już na – mówiąc kolokwialnie – marginesie świata nauki i procesu edukacyjnego, to przynajmniej bądźmy właściwymi drogowskazami dla kolejnych pokoleń. Nie skupiajmy się na tym, aby nasze dzieci czy wnuki przynosiły świadectwa z czerwonymi paskami, którymi będziemy mogli się chwalić i licytować przed znajomymi. Połóżmy nacisk przede wszystkim na to, żeby stały się one istotami zaradnymi, umiejącymi właściwie korzystać z tego, co daje nauka w pełnym tego słowa znaczeniu – a gwarantuję Ci, Drogi Czytelniku, że jest ona w stanie dostarczyć nieprzebranych wręcz pokładów mądrości. Sprawmy, żeby zobowiązujący nas do stania na najwyższym szczeblu drabiny ewolucyjnej termin Homo sapiens sapiens nie był tylko wytartym frazesem. Postarajmy się również, żeby przytoczone na wstępie słowa Adama Mickiewicza: „Wiedzę możemy zdobywać od innych, ale mądrości musimy nauczyć się sami”, były czymś więcej niż powtarzaną z pokolenia na pokolenie sentencją niemającą zastosowania w życiu.

Bo w końcu: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – jak słusznie zauważył kanclerz Jan Zamoyski.

3W ZDROWYM DUCHU ZDROWE CIAŁO

Pewnie zastanawiasz się, Drogi Czytelniku, komu przypisać winę za błąd, który wdarł się w tytuł niniejszego rozdziału. Zapewniam Cię, że robisz to zupełnie bez potrzeby. Zamiana tych słów nie jest przypadkiem ani prowokacją. To działanie celowe i do tego głęboko przemyślane. Powiem więcej: spróbuję zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby udowodnić, że postawiona przeze mnie teza nie jest pozbawiona sensu i ma racjonalne wytłumaczenie. No to co? W takim razie nie pozostaje mi nic innego, niż tylko tylko zabrać się do próby zmierzenia się z zagadnieniem.

Od zawsze (przynajmniej odkąd sięgam pamięcią) wpajano nam stwierdzenie „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Chyba większość z nas przyjmowała to prawie jak dogmat i bez zastanowienia. I świetnie. Ja również nie zamierzam niczego obalać. Słowa te są bardzo mądre i nie tylko mają sens, ale też – przy konsekwentnym stosowaniu się do nich – przynoszą same korzyści.

Zdaję sobie sprawę, że w tym momencie po raz drugi wprowadziłem Cię w konsternację i zastanawiasz się, czy aby na pewno z moją głową wszystko w porządku. Zapewniam Cię, że jakichś szczególnych zmian nie zauważyłem, a tematu, który chcę teraz poruszyć, nie traktuję w sposób rewolucyjny, a raczej ewolucyjny. Nie mam zamiaru niczego obalać, przewracać do góry nogami czy dementować. Chciałbym Ci pokazać, Drogi Czytelniku, że odwrócenie roli ciała i ducha może jedynie wyjść na dobre. Mam też cichą nadzieję wzbić się na wyższy poziom, z którego perspektywy będzie widać o wiele więcej i o wiele lepiej, bo jak mówi stare ludowe porzekadło: stojąc w lesie, widzi się tylko drzewa wokoło, a patrząc z góry, widzi się cały drzewostan. Przepraszam, jeżeli nie przytoczyłem tego powiedzenia dosłownie, nie pamiętam go toczka w toczkę, mam jednak nadzieję, że udało mi się uchwycić jego sens. Nie bez kozery przywołałem tu te słowa. Chcę użyć ich jako metafory, za pomocą której łatwiej będzie mi spojrzeć na temat z góry. No więc do rzeczy.

Jak wspomniałem wcześniej w nieco pokrętny sposób, wszyscy (tak przynajmniej zakładam) doskonale zdajemy sobie sprawę, że sprawność i tężyzna fizyczna są bezdyskusyjnie ważne. Szeroko pojęta kultura fizyczna wpływa na nasz komfort życia, jest gwarantem zdrowia i nieocenioną skarbnicą endorfin, które z kolei genialnie wpływają na naszą psychikę. To tylko niewielki wycinek tego, co otrzymujemy w zamian za wysiłek fizyczny, mający na celu poprawę kondycji. Myślę, że trudno byłoby znaleźć osobę, która zakwestionowałaby te „prawdziwe prawdy”. Oczywiście ja również nie zamierzam w tej materii niczego podawać w wątpliwość. Sądzę też, że nie muszę rozwijać tego tematu, bo nie jestem w stanie tu wymyślić niczego nowego. Spróbuję udowodnić coś zgoła innego, a mianowicie że wszystko tak naprawdę zaczyna się w naszej głowie i gdyby nie odpowiednie podejście, niewiele udałoby się nam zrobić z naszą fizycznością. Czy rozumiesz, o co mi chodzi? Mam nadzieję, że tak. Spójrzmy na to zagadnienie w sposób nieco bardziej nowoczesny, ale przy użyciu pewnej analizy historycznej.

Człowiek od zarania dziejów odczuwał potrzebę rywalizacji. Często objawiało się to niestety na polach bitewnych we wszystkich zakątkach globu. Bywało też nieco lepiej – rywalizacja odbywała się w bardziej cywilizowanym duchu, gdy przenoszono ją na areny i stadiony sportowe. Przez wiele stuleci zarówno na płaszczyźnie działań wojennych, jak i w warunkach pokojowych człowiek stawiał przede wszystkim na swoją siłę przy znacznie mniejszym zaangażowaniu aspektów psychologicznych. Oczywiście, w cenie zawsze były: spryt, poniekąd kombinatorstwo i strategia działania, niemniej główny nacisk położony był na element siłowy. Zdaję sobie sprawę, że stosuję w tym miejscu uproszczenia i generalizację, ale robię to celowo, dla bardziej klarownego przekazu, na którym bezwzględnie mi zależy.

O ile od strony technicznej możemy konstruować coraz to lepsze machiny i urządzenia, o tyle organizm ma fizjologiczne ograniczenia. Ludzie zajmujący się mniej lub bardziej wyczynowo sportem wiedzą, że bez odpowiedniego psychicznego podejścia – a w sporcie zawodowym bez wsparcia specjalistów – nie ma mowy o osiąganiu liczących się wyników. W dzisiejszym świecie sportu zawodowego (ale i coraz częściej amatorskiego) nie znajdziemy profesjonalnej drużyny czy pojedynczego sportowca, nad którymi nie pracowałby sztab ludzi specjalizujących się w różnych działach psychologii. Przypadek? Oczywiście, że nie. Wszyscy wiedzą, jak ważna jest strona psychiczna i jak wiele od niej zależy.

Czy z nami, zwykłymi zjadaczami chleba, jest inaczej? Czy nie potrzebujemy płynących z naszej głowy bodźców, które pobudzą nas do działania? Czy w chwili zwątpienia, apatii albo zwykłego lenistwa damy radę wyjść pobiegać, pójść na rower czy na siłownię? Śmiem twierdzić, że bez odpowiedniego nastawienia trudno będzie nam ruszyć swoje cztery litery, by podjąć dobrowolnie jakikolwiek wysiłek fizyczny. Nie chciałbym tu wchodzić w teoretyzowanie i naukowe udowadnianie czegokolwiek. Nie o to chodzi i nie taki jest mój zamiar. Chciałbym jedynie zwrócić Twoją uwagę na istotę zagadnienia. Nie wiem, czy na tyle jasno się wyrażam, żeby zostać zrozumianym, dlatego na poparcie swojej tezy chciałbym posłużyć się przykładem, który jest mi bardzo dobrze znany. Ten przykład to ja sam – człowiek, który dzięki umiejętności przemodelowania pewnych stereotypów i poukładaniu na nowo wszystkiego w głowie może o sobie powiedzieć, że jest szczęśliwy. Szczęśliwy pomimo wszystko i ponad wszystko.

Nie tak dawno temu uświadomiłem sobie, że właśnie w tym roku obchodzę okrągłą, dwudziestą rocznicę świadomej walki z nadwagą. Teraz często żartobliwie mówię, że starości się nie boję, gdyż – Bogu dzięki – ten etap życia mam już za sobą.

Dwadzieścia lat temu, sam nie wiem kiedy, doprowadziłem się do takiego stanu, że gdy stawałem na wadze, widziałem wynik pozostawiający przysłowiową stówkę daleko w tyle. Nie miałem wtedy trzydziestki, a na czwarte piętro, na którym mieszkałem, nie dawałem rady wejść bez przynajmniej jednego przystanku w połowie drogi. Coraz więcej jadłem, byłem coraz cięższy, coraz mniej się ruszałem, popadałem w depresję, którą z kolei zajadałem, i tak wkręcałem się w jakąś dziwną spiralę, z której nie mogłem się wydostać. Zresztą po pewnym czasie przestałem nawet próbować. Czułem się jak starzec, a i powoli zaczynałem tak wyglądać, bo dbać o siebie jakby też przestałem. Ponad stukilogramowy, obleśny, zarośnięty, przygarbiony chłop – tak bym się zdefiniował, gdybym w tej chwili miał to zrobić. Nie powiem, jakieś próby wyjścia z tego stanu były, ale kończyły się niepowodzeniem i tylko pogłębiały mojego doła. Wtedy zdałem sobie sprawę, że w zasadzie już nic ciekawego w życiu mnie nie spotka.

Pewnie zastanawiasz się, Drogi Czytelniku, co takiego stało się, że tak bardzo się zmieniłem? Jak zwykle przypadek albo – jak kto woli – cud.

Jako absolwent wyższej uczelni dostałem powołanie do odbycia specjalistycznego przeszkolenia wojskowego. To była tragedia, kiedy już na miejscu, na zajęciach z WF-u, nie umiałem wykonać najprostszych ćwiczeń. Kompanijna ofiara losu to byłem ja. Widok rówieśników, wyglądających i zachowujących się, jakby byli co najmniej moimi synami, skłonił mnie do refleksji. Podjąłem męską decyzję: koniec z grubym i starym Sławkiem! Słowa z pełną determinacją zacząłem wprowadzać w czyn, a te dość szybko zaczęły przynosić wymierne efekty. (Opisu całego mojego procesu odchudzania szukaj w rozdziale „A może się odtłuścić?”. Warto go przeczytać i zastanowić się, czy nie zastosować jeżeli nie takiej, to podobnej metody pozbywania się cielesnego balastu).

W tym miejscu chcę jedynie (albo aż) powiedzieć, że w ciągu niespełna pół roku pozbyłem się prawie trzydziestu kilogramów! Jak to się stało? Przede wszystkim dzięki przeprogramowaniu własnej psychiki. Uwierzyłem, że mogę, i zrobiłem to. Udało mi się odzyskać radość życia. Stałem się jakby nowym człowiekiem, który – śmiem twierdzić – dostał drugie, lepsze życie. Nie ukrywam, że nie wszystko przez kolejne dwadzieścia lat szło i nadal idzie jak po maśle. Z nadwagą borykam się do dziś, przy czym nawet gdy kilkakrotnie dobijałem do setki, nigdy nie dochodziło do takiej sytuacji, żebym był niesprawny fizycznie. Kilkadziesiąt kilometrów rowerem to dla mnie pryszcz, kilka kilometrów truchtem też, brzuszki, podciąganie czy przysiady ogarniam na spokojnie. A starość? Tej, jak już wspomniałem, się nie obawiam, gdyż mam ją daleko za sobą. W wieku trzydziestu lat byłem starcem i nie zamierzam wracać do tego nieciekawego stanu.

Jak myślisz: czy to moje stwierdzenie „w zdrowym duchu zdrowe ciało” jest pozbawione sensu? Powiem wprost: myśl sobie, co chcesz, ja wiem swoje. Powiem więcej. Jest to według mnie spojrzenie na zagadnienie z dużo wyższego poziomu. Poziomu dodatkowo posiadającego masę pozytywnego ładunku, którego oddziaływanie przynosi same korzyści.

Cóż mogę powiedzieć na koniec? Hmmm… Mam do Ciebie ogromną prośbę: odłóż na chwilę tę książkę i zastanów się przynajmniej przez chwilę nad tym zagadnieniem. Może kiedyś będzie nam dane spotkać się w cztery oczy i przedyskutować to osobiście…

4Z LUDŹMI NALEŻY ROZMAWIAĆ

Tytuł tego rozdziału to jednocześnie jedno z ważniejszych mott mojego życia. Uważam, że wymiana myśli z drugim człowiekiem, którą dodatkowo za pomocą mowy można artykułować, to jedna z najcenniejszych możliwości ofiarowanych rodzajowi ludzkiemu. No, może nie do końca ofiarowana, w końcu długie lata ewolucji doprowadziły do wykształcenia się tej umiejętności, wyróżniającej nas z tysięcy innych gatunków i stawiającej na najwyższym szczeblu drabiny ewolucyjnej. Umiejętność to jedno, ale istotniejszym elementem tej całej układanki jest sposób, w jaki korzystamy z tego niezwykle cennego daru. No właśnie…

Czasami odnoszę wrażenie, że skuteczna komunikacja to duży problem, z którym w dodatku boryka się większość ludzi. Z jednej strony wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego niż dialog z drugim człowiekiem, porozumiewającym się w tym samym języku, co my. Z drugiej zaś, obserwując problemy z dogadywaniem się ludzi, odnoszę wrażenie, że sztuka ta jest trudniejsza, niż mogłoby się wydawać.

Oglądam debaty telewizyjne, uczestniczę w konferencjach naukowych i biorę udział w dyskusjach na różne tematy i coraz częściej się zastanawiam: czy język polski rzeczywiście jest zrozumiały dla wszystkich w takim samym zakresie? Gwoli wyjaśnienia: nie mam na myśli gwar, języków branżowych czy żargonu zrozumiałego jedynie dla wąskich, wyspecjalizowanych grup. Jako przykład podam pewną sytuację, której poniekąd byłem sprawcą.

Kilka lat temu, jadąc ze swoim kolegą samochodem, zobaczyłem, jak na łące jeden z zaprzyjaźnionych paralotniarzy trenuje stawianie skrzydła w warunkach naziemnych. Postanowiłem zatrzymać się i zamienić z nim parę słów. Podjechałem na startowisko i zagadałem do znajomego paralotniarza. Rozmowa prowadzona była na tematy stricte paralotniarskie, z użyciem terminologii fachowej połączonej ze slangiem zrozumiałym jedynie dla ludzi zajmujących się tym ekstremalnym sportem. Nie będę przytaczał słów i zwrotów, jakimi posługiwaliśmy się z kolegą, gdyż, po pierwsze, niczego ciekawego nie wniosłyby do tego tekstu, a po drugie, dla większości czytelników pozostałyby niezrozumiałe. Podobnie było z kolegą, który był naocznym świadkiem tej sytuacji. Po rozmowie, już w aucie, zadał mi bardzo ciekawe pytanie, na które zresztą po chwili sam sobie odpowiedział: „W jakim języku wy się porozumiewaliście? Niby to było po polsku, ale ja ni w ząb nic nie zrozumiałem”.

Ot, sytuacja, jakich wiele, w podobnych pewnie i Ty, Drogi Czytelniku, nieraz miałeś okazję uczestniczyć. Pewne różnice, na które zwróciłem uwagę, najzwyczajniej w świecie nie pozwalają nam swobodnie porozumieć się ze sobą.

No dobrze. Dlaczego jednak napotykamy na takie zgrzyty komunikacyjne, kiedy nie ma barier, na przykład branżowych, a my jesteśmy mniej więcej na takim samym poziomie intelektualnym i w dodatku posługujemy się dokładnie tym samym językiem? Odpowiedzi nasuwa się co najmniej kilka, ale najważniejsza jest chyba ta, że to nie z mówieniem mamy kłopoty, lecz raczej ze słuchaniem. Przecież jeśli wszyscy nastawieni są na nadawanie komunikatu, to kto ma pełnić funkcję odbiorcy? Jeżeli jednak zaczniemy odbierać z taką samą intensywnością, jak nadawać, a w dodatku wprowadzimy element analityczno-rozpoznawczy treści, problem niejako sam się rozwiąże. Mam rację?

I znów muszę usprawiedliwić się za uogólnienia. Mam świadomość, że ślizgam się jedynie po zagadnieniach, lecz trudno w paru zdaniach zdefiniować tematy, które z założenia nie należą do najprostszych. Cóż, może jednak nie zostanę zlinczowany, a to, że tylko z lekka omawiam poruszane tematy, niech będzie potraktowane jako przyczynek do głębszych przemyśleń. Wróćmy jednak do meritum i zastanówmy się teraz, dlaczego należy rozmawiać.

Fakt, że to