A historia toczy się dalej - Witold Morawski - ebook + książka

A historia toczy się dalej ebook

Witold Morawski

0,0

Opis

W książce przedstawiam przemiany zachodzące w Polsce od 1956 roku, to jest od czasu, gdy przybyłem jesienią na studia w Uniwersytecie Warszawskim. Czerwiec 1956, a potem jesień 1956 to był kolejny „nowy początek” w historii naszego kraju. Najwięcej uwagi poświęcam jednak okresowi 1989–2019.

Pokazuję Polskę jako aktywnego członka rodziny europejskiej. Dopiero od 1989 roku realia zewnętrzne umożliwiły pełnienie tej funkcji w pełniejszym wymiarze. Odległy kiedyś świat zewnętrzny jest de facto naszym światem wewnętrznym.

O czymkolwiek piszę, staram się widzieć temat we wzajemnych oddziaływaniach trzech ramion trójkąta: społeczeństwo–gospodarka–polityka. Uwzględniam też doświadczenia Zachodu, którego jesteśmy integralną częścią.

Identyfikuję pewne napięcia i konflikty, z jakimi Polakom przychodzi sobie radzić. Najczęściej są to zjawiska normalne, wręcz funkcjonalnie pożądane dla rozwoju społecznego. Bez nich zamarłoby życie społeczne. Ale spotykamy także konflikty, wobec których jesteśmy bezradni jako jednostki i wspólnoty. Potęgują to populizmy wszelkiej maści, wzniecające zjawiska paniki moralnej.

I wreszcie odwołuję się do metafor rytmu, fal. Podobnie postępują ekonomiści z ich cyklami koniunktury, inni szukają punktów zwrotnych. Wszystko to odbywa się w pędzie do przodu, do czego pobudzają niezliczone rankingi. Staram się tym metaforom nadawać sens głębszy, gdyż wspólnym mianownikiem we wszystkich tekstach jest zmiana społeczna.

Witold Morawski

***

Witold Morawski – profesor zwyczajny socjologii. W latach 1965–2007 pracował w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, a od 2007 roku jest na stałe zatrudniony w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Wykładał i prowadził badania jako visiting professor i visiting scholar na uniwersytetach w Berkeley, Bloomington, Indianapolis, Oxfordzie, Bielefeld, Kolonii, Moskwie, Sapporo oraz Toronto. Obszarami jego zainteresowań badawczych są: socjologia ekonomiczna, socjologia amerykańska, demokracja przemysłowa, globalizacja, teorie zmiany społecznej, a najogólniej mówiąc instytucjonalne aspekty funkcjonowania trójkąta: społeczeństwo (kultura) –gospodarka (rynek) – polityka (państwo). Autor i redaktor licznych publikacji, w tym wielu zagranicznych. Ważniejsze z nich to: Z badań nad społecznym uczestnictwem w organizacji przemysłowej, wspólnie z M. Hirszowicz (1967), Konflikt przemysłowy w Ameryce (1970), Nowe społeczeństwo przemysłowe (1975), Zmiana instytucjonalna (1998), Socjologia ekonomiczna (2001), Konfiguracje globalne (2010). W 2018 roku opublikował obszerną pracę zbiorową pt. Socjologia ekonomiczna. Przewodnik.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 222

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność



Podobne


Redakcja

Anna Goryńska

Projekt okładki

Amadeusz Targoński, targonski.pl

Skład i łamanie

JOLAKS – Jolanta Szaniawska

Opracowanie e-wydania:

Copyright © 2020 by Akademia Leona Koźmińskiego

All rights reserved

Warszawa 2020

Wydanie I

Wydanie publikacji zostało dofinansowane przez Akademię Leona Koźmińskiego

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Poltext Sp. z o.o.

www.poltext.pl

handlowy@poltext.pl

ISBN 978-83-8175-085-1 (format epub) 

ISBN 978-83-8175-086-8 (format mobi) 

Moje intencje

Fragmenty wykładów, jakie przedstawiam, nie odpowiadają treściom jakiegokolwiek konkretnego sylabusa, ale były wykorzystane w realizacji różnych sylabusów. Niemniej są elementy łączące całość.

Po pierwsze, przedstawiam przemiany zachodzące w Polsce od 1956 roku, to jest od czasu, gdy przybyłem jesienią na studia w Uniwersytecie Warszawskim. Czerwiec 1956, a potem jesień 1956 to był kolejny „nowy początek” w historii naszego kraju. Najwięcej uwagi poświęcam jednak okresowi 1989–2019. Odwołuję się też do czasów wcześniejszych, bo my – socjologowie – jako badacze głównie współczesności wiemy, że dzięki historii łatwiej nam wyjaśniać genezę wielu zjawisk społecznych. Dałem temu wyraz, umieszczając słowo „historia” w tytule książki, co jest może małym nadużyciem. Alternatywny tytuł to: „A życie społeczne toczy się dalej”.

Po drugie, pokazuję Polskę jako aktywnego członka rodziny europejskiej. Dopiero od 1989 roku realia zewnętrzne umożliwiły pełnienie tej funkcji w pełniejszym wymiarze. 2004 rok był kolejnym przełomem: Polska została przyjęta do Unii Europejskiej. Instytucjonalne powiązania z Europą są coraz ściślejsze ku powszechnemu zadowoleniu społeczeństwa. Odległy kiedyś świat zewnętrzny jest de facto naszym światem wewnętrznym.

Po trzecie, o czymkolwiek piszę, staram się widzieć temat we wzajemnych oddziaływaniach trzech ramion trójkąta: społeczeństwo–gospodarka–polityka. Uwzględniam też doświadczenia Zachodu, którego jesteśmy integralną częścią. Europa ma trzy części, nasza Środkowo-Wschodnia Europa – to „druga Europa”. Jest jeszcze „trzecia Europa” na wschód od nas, co stwarza dla nas szansę na odgrywanie roli pomostu na poziomej linii Wschód–Zachód. Trudne zadanie.

Po czwarte, identyfikuję pewne napięcia i konflikty, z jakimi Polakom przychodzi sobie radzić. Najczęściej są to zjawiska normalne, wręcz funkcjonalnie pożądane dla rozwoju społecznego. Bez nich zamarłoby życie społeczne. Ale spotykamy także konflikty, wobec których jesteśmy bezradni jako jednostki i wspólnoty. Potęgują to populizmy wszelkiej maści, wzniecające zjawiska paniki moralnej. Iskry są zmienne, np. imigranci czy osoby biorące udział w Marszu Równości w obronie ludzi LGBT. Na horyzoncie pojawia się wtedy groźba wojny kulturowej. Podobne zjawiska spotykamy w całej Europie.

Po piąte, odwołuję się do metafor rytmu, fal. Podobnie postępują ekonomiści z ich cyklami koniunktury, inni szukają punktów zwrotnych. Wszystko to odbywa się w pędzie do przodu, do czego pobudzają niezliczone rankingi. Staram się tym metaforom nadawać sens głębszy, gdyż wspólnym mianownikiem we wszystkich tekstach jest zmiana społeczna. Rola obserwatora, nawet ze statusem naukowca, jest ograniczona w zakresie tego, co zrobić można i jak, bo ostatecznie to społeczeństwo i jego elity decyzyjne nadają zmianie społecznej kształty praktyczne. Warunkiem jest inteligencja i wyobraźnia w budowie instytucji, bo jeśli nie uda się ich właściwie zbudować, ulegną szybko gniciu.

[1] Rytmy życia i historii a polskie transformacje po 1956 roku

Żyjemy w czasie – trzyma nas w ryzach i kształtuje – nigdy jednak nie odniosłem wrażenia, że pojmuję go zbyt dobrze […] wystarczy drobna przyjemność czy nieznaczny ból, by uświadomić nam plastyczność czasu. Niektóre emocje przyśpieszają jego bieg, inne sprawiają, że zwalnia; niekiedy zdaje się znikać – aż do tego końcowego punktu, kiedy naprawdę znika, by nigdy więcej nie powrócić – Julian Barnes (2018, s. 9, 10)

Co trzyma nas w ryzach czasu?

Żyjemy wśród nieustających zmian społecznych. Przytłaczają nas często, ale znajdujemy w końcu sposoby dawania sobie z nimi rady. Pomocnych jest w tym wiele rutyn, zawsze pojawia się jednak pytanie: od czego zacząć? Moja propozycja jest tradycyjna, mało raczej dyskusyjna. Odwołać się do „czynności według utartych szablonów” (Uniwersalny Słownik Języka Polskiego, 2003, s. 1097), które nabyte przez długą praktykę układają się w rytmy, powtarzalne ciągi wydarzeń najpierw w czasie, a często także w przestrzeni.

Rytmy związane z czasem są bardzo różne. Najczęś­ciej spotykane dotyczą biologii, a tuż za nimi są chyba rytmy z astronomii. Zacznijmy od biologii, np. od rytmów serca. Gdy bije ono trochę szybciej na widok ukochanej, uważamy, że to normalne, ale gdy pojawia się to, co nazywa się arytmią, udajemy się do kardiologa. Może też chodzić o cykle życiowe: dzieciństwo, młodość, wiek dojrzały, starość. Z astronomii najważniejsze są cykle dni i nocy, czy pory roku, które przybliżył tak wspaniale muzycznie Antonio Vivaldi w Czterech porach roku.

Pojęcie rytmu można odnosić właściwie do wszystkich sfer życia. W życiu człowieka religijnego taką funkcję pełnią dźwięki dzwonów kościelnych, które słychać o określonych porach dnia. W ekonomii dotyczą cyklu koniunkturalnego, w polityce – organizacji wyborów parlamentarnych. Poecie kojarzy się to pojęcie z językiem. Czesław Miłosz pisał: „Język jest moją matką […] Czułem się w moim języku pewnie, i myślę, że dlatego w nim tylko pisałem, wiersze i prozę – z ambicji – skoro jego tylko rytmy brzmiały w moim uchu, i bez nich nie miałbym nadziei, że to, co robię, jest dobre” (Miłosz, 2001, s. 245).

Pierwszą cechą rytmów jest powtarzalność, ale okazuje się, że nie zawsze. Spotykamy też rytmy swobodne, asymetryczne, czyli „niedające się ująć w takty” – jak czytamy w słowniku (Uniwersalny Słownik Języka Polskiego, 2003, s. 1106). Jak napisałem, wystarczy wiedzieć coś o arytmii serca, by zgodzić się na taką poszerzoną definicję rytmów, ale powtarzalność pozostaje nadal w tle, tyle że bywa chora.

Ograniczam się dalej do uwag o rytmach z perspektyw bliskich socjologii, ale wspomaganej przez historię. Uzasadnienie jest proste: socjologowie skupiają się głównie na współczesności, a historia zapewnić nam może fundamenty i zasugerować zmienne konteksty, bez których analizy współczesności mogłyby zawisnąć w próżni czasu czy przestrzeni. Problem z historią jest trochę podobny do tego, jaki mamy z własnym życiem, pokolenia, narodu. Słyszy się, że historia się powtarza, ale równie często, że przynosi zawsze coś nowego. Idea rytmów podsuwa rozwiązanie kompromisowe: historia się nie powtarza, powtarzają się natomiast jej rytmy, które „trzymają nas w ryzach”.

Co konkretnie nas trzyma? Jakie emocje nam towarzyszą? Ciepłe, jak te związane z emocjami matki czuwającej dzień i noc nad chorym dzieckiem? Czy zimne, kiedy polityk przedstawia wyborcom wszystkie możliwe opcje, a robi to czasem tak żarliwie, że wyborca dostrzega, iż tenże polityk dokonuje właśnie kolejnej wolty politycznej: jego nowe opcje to nic więcej jak tylko „prawda kolejnego etapu”, czyli taka, która jest mu pomocna w promocji siebie, w karierze. Nikogo to nie zaskakuje, ale co się za tym kryje?

Nie ma na to pytanie łatwej odpowiedzi. Socjologia – jak napisałem – ma uwzględniać doświadczenia z historii, ale z jak odległej historii? Otóż jakieś 5–6 wieków temu czas zaczął być postrzegany inaczej niż przez tysiące lat wcześniej. Zaczęto używać słowa „modo”, które oznaczało „teraz”, czy „ostatnio”. Znaczyło to tyle, że czas teraźniejszy zaczyna pomniejszać znaczenie czasu przeszłego i wszystkiego tego, co jest z nim związane: tradycji, religii, przeszłości. Podnosił rangę dnia, tego, co określa się hic et nunc. Ów zwrot „modo” dał początek pojęciu „modernizacji”, mającej wtedy na imię Renesans, nawiązującemu – paradoksalnie – do Starożytności po „ciemnych” rzekomo wiekach Średniowiecza. Nie tak już ciemnych, jak oceniają obecnie historycy, bo po upadku imperium rzymskiego w 476 roku i usunięciu scentralizowanej kontroli otworzyły się możliwości na fragmentaryzowaną kreatywność, która prowadziła z czasem do rozwoju kulturowego (uniwersytety, zakony itd.) poszczególnych prowincji Europy i pojawienia się samej Europy (por. Scheidel). Nowoczesność nie odrzucała przeszłości, ale zalecała jej krytyczne przewartościowanie, radykalne lub umiarkowane.

Co zatem buduje rytmy czasu, zdaniem socjologa? Proponuję przyjąć za wielkim poetą – modernistą Thomasem S. Eliotem, ale w ślad także za wielu socjologami, że decydujące są znaczenia, jakie ludzie przywiązują do spraw, które są dla nich bardzo ważne, ważne, mało ważne, nieważne. Wartości i interesy z nimi powiązane są decydujące. Ów poeta tak oto pisał o robotniczym rytmie życia:

Rzeka płynie, pora roku się zmienia

Wróbel i szpak nie mają czasu do stracenia.

Gdy człowiek budować przestanie

Jak będzie żyć?

Kiedy pole nie ugór

A pszenica to chleb

Nie dane mu będzie skonanie

W za ciasnym łóżku pod kołdrą za krótką. To droga

Bez początku i kresu, ani wprost, ani wspak,

Tylko zgiełk zamiast słów, jedzenie nie w smak.

Bez pośpiechu, bez zwłoki

Niestrudzenie tej drogi i kres

Budujemy znaczenie:

Kościół dla wszystkich

Dla każdego zajęcie

Każdy do pracy

(Eliot, 2007)

Socjologów interesują znaczenia, jakie przykładamy do pewnych spraw, bo to one trzymają nas w ryzach czasu, choć odbywa się to różnie w ramach różnych cyklów życia, czy historii. Zmiany dotyczą hierarchii spraw, czyli postaw ludzi wobec wyzwań, jakie przynosi życie. Hierarchie zwykły je pozostawać takimi, jakimi miały się od dawna, tradycyjnie, ale w nowoczesności zmian jest więcej, bo pojawia się silne dążenie do równości (egalitaryzmu) i wolności, czyli stare hierarchie ulegać w niej zaczęły spłaszczeniu. Najlepiej opisał to arystokrata Alexis de Tocqueville, w tytule swojej książki umieszczając słowo „demokracja”. Z nowoczesnym sensem demokracji, a także często z jej bezsensem, mamy do czynienia przez ostatnie dwa wieki. Egalitaryzm i indywidualizm uzupełniły dawne hierarchie, które nie znikły, ale nie są tak ważne, jak były kiedyś.

Rytmy zmian przyśpieszają w każdej sferze życia rodzinnego, religii, sąsiedztwa, w życiu wspólnot lokalnych, w partycypacji obywatelskiej, w funkcjonowaniu państwa. Źródeł zmian szukać trzeba w ludziach, którzy pewne zachowania powtarzają w takich czy innych rutynach, ale coraz częściej starają się mieć wpływ na bieg rzeczy. Nazywa się to sprawczością (agency), której źródeł szukać należy między innymi w coraz większych współzależnościach, jakich ludzie współcześnie doświadczają: w miejscu zamieszkania, w państwie czy regionie państw, np. w UE, w skali całego globu. Sprzyjają temu technologie informacyjne, rynki ekonomiczne, potrzeby społeczne, wymiana kulturowa.

Trzy ujęcia czasu

XIX-wieczne rozumienie czasu w historii można okreś­lić jako teleologiczne (Sewell, 2005, s. 81–123). W narracjach na temat praw rozwoju społecznego (Comte’a, Marksa, Tönniesa i wielu innych) znajdujemy opisy takich czy innych sił napędowych wiodących świat ku jakiemuś przeznaczeniu. Niemal zawsze mamy do czynienia z jakościowym skokiem w lepszą przyszłość. W polskiej transformacji po 1989 roku treść przeznaczenia była też znana: na miejsce komunizmu miała pojawić się kapitalistyczna gospodarka prywatno-rynkowa, liberalna demokracja i dojrzałe społeczeństwo obywatelskie (zob. np. Francis Fukuyama). Nasza zmiana systemowa miała imitować to, co było dotąd realizowane przez Zachód. To był wzorzec normalności. Nowy początek nie tyle miał być powrotem do Polski sprzed 1939 roku, ile raczej przybliżać do praktyk Zachodu.

Jakiś rodzaj starego rytmu został przywrócony. Komunizm upadł, czyli arytmia w funkcjonowaniu społeczeństwa została usunięta w Polsce po 44 latach, a w ZSRR/Rosji po 74 latach. Taki zwrot wydarzeń przewidziało bardzo niewielu ludzi. Ja do tego grona nie należałem. Polskie społeczeństwo witało nowy początek euforycznie między innymi dlatego, że było zmęczone dodatkowo wieloletnim kryzysem ekonomiczno-społecznym, trwającym od połowy lat 70. XX wieku. Euforii sprzyjała powszechna zgoda narodowa nie tylko na kierunek zmiany: przyłączenie się do Zachodu, ale także ze względu na sposób, w jaki do niej dochodziło. Bezkrwawo! Pierwszymi owocami zmiany były częściowo wolne wybory w dniu 4 czerwca 1989 roku, a następnie powołanie rządu na czele z niekomunistycznym premierem. Polskie rozwiązania były na ustach całego świata, uznawane jako nowatorskie i kto wie, czy nie jest to największym powodem do naszej dumy narodowej w XX wieku?

Szybko pojawiły się zakłócenia rytmu. Sygnalizowały one nie tyle załamanie kierunku zmian ku rynkowi i demokracji, ile rozbieżności w określeniu sposobów dochodzenia do tych celów. Stawało się jasne, że nasza transformacja nie będzie odbywać się w ramach rytmów znanych z Zachodu, że przynajmniej niektóre z rytmów muszą być naszego własnego chowu. Wejście do NATO, a potem przystąpienie do UE, nie zmieniały tej konstatacji. Codzienne doświadczenia Polaków potwierdzały, że w kraju dzieje się nie zawsze dobrze, choć sukcesy ekonomiczne odnotowywano bez przerwy. Potrzeby materialne ludności mimo to pozostawały nie w pełni zaspokojone. Pokłady biedy pozostawały ciągle wysokie, ale z drugiej strony emigracja milionów ludzi z kraju dowodziła, że przybywały nowe sposoby radzenia sobie z wyzwaniami życia osobistego i publicznego.

Zakłócenia obrazu świata jako całości pojawiły się na początku lat 90. XX wieku na Bałkanach – miejscu styku trzech religii, gdzie rozpadała się Jugosławia. Huntington nazwał te wojny „zderzeniami cywilizacyjnymi” (Huntington, 1997). Rozpad Jugosławii ujawnił wielkie moce konfliktu kulturowego, wyrastającego na tle religii, języka, tradycji kulturowej. Jego zdaniem nowe konflikty kulturowe miały zastąpić stare podziały polityczne z czasów zimnej wojny. Uwidoczniać się zaczęły różne strukturalne kwestie, nie tylko ekonomiczne, które, wbrew oczekiwaniom, pogłębiała neoliberalna globalizacja. Przyniosła ona wielki kryzys 2007/2008, jakiego Zachód nie pamiętał od lat 30. XX wieku. Nie spodziewał się go wcale.

Doszły do głosu podziały i napięcia polityczne. Trwa poszukiwanie alternatywnych rozwiązań. Świadczą o tym posunięcia administracji Trumpa, brexit, rywalizacja USA–Chiny, kryzysy w Unii Europejskiej. Polska i kraje Europy Środkowo-Wschodniej, stwierdziwszy, że UE nie jest panaceum na wszystkie kłopoty, próbują same być bardziej innowacyjnie, ale jak dotąd, nie znajdują rozwiązań w pełni satysfakcjonujących. Chaos jest wszędzie coraz większy. Historyk z Berkeley Daniel J. Sargent, przemawiając w Amerykańskim Stowarzyszeniu Historycznym, scharakteryzował nowego ducha świata jako taki, w którym jest mniej miejsca dla USA. Grzebanie Pax Americana przez Donalda Trumpa odbywa się obecnie na polu golfowym, a nie „na koniu”, jak to odnotował filozof G.W. Hegel w 1806 roku w Jenie (Tooze, 2019). Zapomniał o Twitterze, którego Trump używa namiętnie.

Świat jest na kolejnym etapie powtarzalnego rytmu 3x30, jakiego doświadcza Zachód od II wojny światowej. Najpierw przeżywał „cudowne 30 lat” dobrobytu opartego na interwencjonizmie à la Keynes, następnie 30 lat nadziei opartej na neoliberalnie funkcjonujących globalnych rynkach, a obecnie zapewne wszedł w kolejne 30 lat. Kilka silnych państw stara się dzielić świat bez zgody większości innych państw, które z kolei uznały, że nadszedł czas na powiększanie ich autonomii, władzy.

Wiara w powtarzalność rytmów staje się mniejsza, jednak nie znika. Imperatywem jest znajdowanie jakichś reguł zaradczych, które raz wprowadzone przez jakiś czas zdają się działać, potem przestają i wraca rytm naprawy. Nowe rytmy odbiegają od znanych wcześniej, a zwłaszcza od tych, które miały w sobie silne ładunki abstrakcji proweniencji heglowskiej czy marksistowskiej. Za dużo w nich było abstrakcji i kryjącej się za nią wizji mechanizmów. Rozum miał przesądzać, że relacja przyczyny–skutki daje się łatwo projektować i wcielać praktycznie. To wielka przesada tak twierdzić, to często błąd. Takie teorie i wizje nie dość, że bywały utopijne, to czasem prowadziły do zbrodni.

Szuka się więc także innych wyjaśnień historii. Amerykańska eseistka zgrabnie o tym napisała: „Myślenie w kategoriach przyczyn i skutków zakłada, że historia posuwa się naprzód, ale historia to nie armia. To krab kroczący na boki, kropla wody drążąca skałę, trzęsienie ziemi przerywające wielowiekowe napięcia. Niekiedy jedna osoba wystarczy, by tchnąć ducha w ogromny ruch, a czasem same jej słowa wysłuchane kilka dekad później, niekiedy parę gorąco zaangażowanych osób inicjuje masowy ruch a zmiana nadchodzi niczym zmiana pogody” (Solnik, 2019, s. 12). Dlatego wracam do typologii cytowanego wcześniej autora, do jego dwóch innych teoretyczno-analitycznych ujęć czasu: eksperymentalno-porównawczego i wydarzeniowego (Sewell, 2005, s. 81–123).

Ujęcie wydarzeniowe jest skrajnym przeciwieństwem teleologicznych wizji-teorii, nakazuje skupiać się na bieżących zdarzeniach, w których sami uczestniczymy. To jest „świat płynności”, by odwołać się do tytułów książek Zygmunta Baumana, jednego z teoretyków postmodernizmu. Bohaterowie takich ujęć mają czas wypełniony czynnościami dnia codziennego: konsumpcją, podróżami itd. Te spojrzenia dobrze wychwytują pewne cechy naszych czasów, ale z drugiej strony – mogą być uświęcaniem tejże rzeczywistości, gdyż jest to świat bez żadnych kotwic, bez hierarchii, bez ryz. Pojawia się mnóstwo małych prawd, bo jeśli nawet owe wydarzenia są pokazywane w jakichś kontekstach, to brak ukazania twardszych fundamentów przekreśla nadzieje na znalezienie tego, co nazywa się prawdą. Prawd jest tak wiele, że wszystkie są równie ważne. Lub nieważne, a to jest pełzający relatywizm, będący cechą naszej cywilizacji, na który dojrzali ludzie nie chcieliby się zgodzić. Problem jest poważny, bo kultura popularna widziana jest jako kultura dominująca. Tak jest najczęściej doświadczana (Marek Krajewski, 2005).

W podejściu pośrednim, zwanym eksperymentalno-porównawczym, na mapach czasu i przestrzeni pojawiają się pojemniejsze jednostki analityczne: działania skokowe vs gradualne, współzależności o charakterze geopolitycznym vs współzależności technologiczne, państwa duże vs małe (np. imperia, hegemoni). Czas po II wojnie światowej kształtują kolejne fale globalizacji, umacniając współzależności rozmaitego typu w rezultacie wpływów rewolucji technologiczno-informacyjnej, poszerzania rynków ekonomicznych, dążeń do zapewniania bezpieczeństwa, zaspokajania potrzeb społecznych, uszanowania różnorodności kulturowej. Ten świat jest zarazem jednością i różnorodnością, jest w pewnych okresach bardziej stabilny i harmonijny, czyli bardziej powtarzalny, ale w innych jego rytmy są bardziej swobodne. Nassim Taleb czasy powtarzalności ekonomicznej opisywał jako „białe łabędzie”, a czas po kryzysie 2007/2009 roku określił jako czas rzadko spotykanego „czarnego łabędzia”. Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak porzucić zarówno tradycyjne ujęcia wzięte ze Wschodu, wskazujące na powtarzalność, cykliczność (nawet po kole), ale też odrzucić nazbyt „postępowe” pojęcia linearne, które dyktował Zachodowi rozum od czasów Oświecenia. Potrzebne są rozmaite ujęcia czasu, bo ich użyteczność testujemy dla różnych potrzeb.

Rytmy dwóch transformacji: wewnątrzsystemowej i systemowej

Przechodzę do rozważań o dwóch transformacjach, jakie obserwowałem osobiście. Pierwsza z nich miała charakter wewnątrzsystemowy i składała się z trzech prób transformacji w okresie 1956–1989: kolejno pod rządami Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Reformowano w nich socjalizm państwowy, ale kiedy wszystkie reformy zakończyły się klęską, pojawiło się w 1989 roku określenie „komunizm”, choć wcześniej w Polsce używano go rzadko. Używano takich określeń jak Polska Rzeczpospolita Ludowa czy Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Nie jest błędem określać nasz system komunizmem, ale z pewnością różnił się on znacznie od radzieckiego, chińskiego i wielu innych. Podobnie jak w tamtych, silnie tliła się nadzieja, że system da się udos­konalić, a kiedy zdano sobie sprawę, że nie da się systemu naprawić, elita komunistyczna weszła w negocjacje z opozycją demokratyczną.

Po raz kolejny świat zobaczył Polskę jako odbiegającą nieco od tego, co kojarzono i nazywano „obozem komunistycznym”. System implodował, ale pomogła w tym przegrywana konkurencja z efektywniejszym Zachodem. We wszystkich dziedzinach. Przyczyną upadku były fałszywe definicje natury człowieka i ogólniej – wzajemnych relacji między społeczeństwem, gospodarką i polityką. Zachodnie definicje były trafniejsze, dlatego gdy tylko system upadł, pojawiło się hasło „powrotu do normalności”, w domyśle – zachodniej. W Polsce klęskę systemu przyspieszył masowy ruch społeczny Wielkiej Solidarności, który, podobnie jak kiedyś legiony Piłsudskiego czy powstania wielkopolskie i śląskie, wykorzystał geopolityczną przegraną komunizmu z kapitalizmem.

Polska rodziła się po raz kolejny, a nowe początki polegały na transakcji umiarkowanych elit władzy dotychczasowej z umiarkowaną demokratyczną opozycją w ramach Okrągłego Stołu wiosną 1989 roku. Ze względu na wspomnianą geopolitykę symbolem upadku komunizmu nie stała się brama Stoczni Gdańskiej im. Lenina, ale Brama Brandenburska w Berlinie. Rytmy historii globalnej pozbawiły nas tytułu pierwszeństwa. Wbrew utopii, obwieszczonej w Manifeście partii komunistycznej przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa w 1848 roku, nie socjalizm i komunizm stały się kolejnymi rytmami w sekwencji zmian historyczno-ustrojowych, ale kapitalizm, zły – ich zdaniem – z natury. Ich naukowe prognozy okazały się ideologiami, które uzasadniały krwawe rozprawy klasowe, pochłaniające miliony ofiar ludzkich.

Druga transformacja, to jest ta, dla której najczęściej rezerwuje się pojęcie transformacji. Zaczęła się w 1989 roku i polegała na zmianie systemu socjalizmu państwowego/komunizmu na system nazywany gospodarką rynkowo-prywatną, liberalną demokracją czy, jakby wstydliwie – kapitalizmem. Zapowiadano pojawienie się sekwencji rytmów powtarzalnych, bo oczekiwano, jak pisałem – przywrócenia „normalności” typu zachodniego. Operacyjną formułę wybrano z tego samego worka, co utopię marksistowską. Nawiązując do filozofii heglowskiej, Francis Fukuyama obwieścił „koniec historii”, czyli nieco podobnie, jak wspomniany już Hegel, który zobaczył Napoleona jak „rozum na koniu” w liberalnej demokracji i kapitalistycznym wolnym rynku. Napoleon i jego armie faktycznie niszczyły stare porządki w całej Europie, posługując się hasłami Oświecenia i Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Nasz kochany wieszcz Adam Mickiewicz pisał o Napoleonie z zachwytem: „Od czasów Jezusa nikt nie zrealizował na Ziemi więcej niż on”. Nieprzypadkowo Bonaparte znalazł się w słowach naszego hymnu narodowego.

Nasze oceny transformacji systemowej po 1989 roku rozciągają się od pełnych zachwytu nad „szokami neoliberalizmu” do jego potępienia jako dzieła niemal Szatana od 2007/2008. Zachód długo wmawiał sobie i innym, że mimo zmian był/jest spójny, czyli powtarzalny. Takim nie był nigdy i nie jest dziś. Polska, dołączywszy do Zachodu, dzieli z nim jego cykle ekonomiczne, polityczne i inne. Skazani jesteśmy na zmiany, bo jesteśmy bliżej innowacyjnego świata. Różnimy się między sobą i z Zachodem w wielu sprawach. Inaczej być nie może. Grecy dawno temu też różnili się między sobą. Na dobre i na złe. Ateńczycy byli zawsze gotowi szukać nowego i to nowe często znajdowali. W odróżnieniu od mieszkańców Sparty. Na przykład uznali demokrację za coś cennego, choć znali jej ciemne strony. Byli twórczo zmienni, powiedzielibyśmy – innowacyjni. Natomiast mieszkańcy Sparty i system, który sobie zbudowali, wyżej stawiał hierarchię, hołubił tradycje i porządek wojskowy; reprezentowali cnoty, jak się zdaje, bliższe konserwatystom.

Przestrzeń to pierwszy element w określaniu rytmów czasu

Przestrzeń ma wymiar zarówno intymny, osobisty, jak i społeczny czy globalny. Charles Baudelaire tak definiował w XIX wieku człowieka nowoczesnego: „być z dala od domu, ale czuć się jak w domu”. Człowiek nowoczesny jest otwarty na to, co „nowe i efemeryczne, ulotne i przemijające”. Stwierdzenie to jest ogólne, gdyż warunki tej definicji spełniają tak bohaterowie starego Homera, jak bliższego nam w czasie Szekspira czy postaci Molly i Leopolda Bloomów z Ulissesa Joyce’a, utworu – wzorca nowoczesności (Lechte, 1999, s. 367). Starożytni czy nowocześni ludzie doświadczają przygód – to banał, ale one same nie są wystarczającym kryterium nazwania kogoś nowoczesnym. Odpowiedzi należałoby szukać głębiej, głównie w tym, jak bohaterowie traktują swoje przygody, jaki jest ich autorski udział w ich kreowaniu, jakimi kierują się wartościami. To daje wyobrażenie o skali trudności w badaniu czasu i przestrzeni w nowoczesności.

W kształtującej się od VII–VIII wieku naszej ery Europie tych zmienności było wiele, a wśród nich na czoło wybija się to, że Europa wytwarzała i umacniała swoją tożsamość w walkach z kolejnymi najeźdźcami, głównie z zewnątrz. Niejedno brała od takich czy innych „barbarzyńców” (Modzelewski, 2004). Była niejednorodna, rozproszona, co uważane jest często za czynnik sprzyjający przyszłym sukcesom (Jones, 1987). Centrum Europy stale wędrowało. Przed rozkwitem kultur przestrzennie związanych wprost z Europą ulokowane one były na Bliskim Wschodzie, czyli w Azji, dlatego padają oskarżenia o kradzież historii przez Europę/Zachód. Dotyczy to także czasu, religii, języka, alfabetu itd. (Goody, 2009). Następnie, po wielkich czasach kultur rejonu Morza Śródziemnego, Grecji i Rzymu, przyszedł czas na rozkwit gospodarki i kultury w północnej Europie (Anglia, Niderlandy). Wtedy to następuje Wielkie Rozwidlenie między Europą i Azją, a tym samym dla okresów wcześniejszych bardziej stosowne jest pojęcie kontinuum; samo pojęcie Eurazji to sugeruje. Ostatnio centrum Zachodu jako przestrzeni mieści się po obu stronach Atlantyku. Obecnie Zachód ma konkurencję. Od II wojny światowej świat modernizuje się „wielorako” – jak wielokrotnie pisał Shmuel Eisenstadt. Dlatego inaczej patrzy się na przestrzeń na Zachodzie, inaczej na Wschodzie, inaczej na Południu.

Postrzegano przestrzeń różnie w różnych czasach. W XVI wieku modernizacja oznaczała rozpowszechnienie tego, co sobą reprezentował Zachód, a służyły temu wyprawy Kolumba, Magellana i innych. Nowa przestrzeń musiała się kojarzyć z podbojem, nowymi imperiami, czyli nie tylko z rozwiązaniami korzystnymi dla wszystkich. Adam Smith opiewał opłynięcie Przylądka Dobrej Nadziei, bo sprzyjać to miało handlowi i umacniać dobrodziejstwa „niewidzialnej ręki rynku”. Korzystanie z geografii odbywa się wedle zmiennych zasad. Może być ona źródłem zarówno pożądanej zmiany, jak i zagrożeń. Potęgę geografii pokazuje w swoich książkach Jared Diamond, ale zarazem dowodzi, że geografia zmusza do budowy określonych strategii, m.in. o charakterze geopolitycznym, co analizuje na przykładach z sześciu krajów (Finlandii, Japonii, Chile, Indonezji, Niemiec i Australii) w książce Upheaval: How Nations Cope with Crisis and Change. Kiedy zagrożenie nadchodzi z zewnątrz, państwa i społeczeństwa odrzucają ortodoksyjne ujęcia, dlatego zdaniem Johna Graya zarzut determinizmu geograficznego wobec Diamonda jest nietrafny (Gray, 2019, s. 12). Na przykład, wspom­niani Finowie w okresie 1939–1944 stracili 100 000 ludzi, czyli 5% całej populacji mężczyzn (to jest porównywalne do 9 milionów Amerykanów). Potrafili stawić bohaterski opór Rosji.

Znamy dyktowane przestrzenią/geografią bohaterskie i tragiczne karty z życia innych narodów. Przebiegające w odmiennych rytmach czasu i historii. Nie tylko w rytmach podboju imperialnego. Obecnie znaczenie przestrzeni i związanej z nią odległości wyznacza połączenie rewolucji technologicznych i inżynierii ekonomicznej towarzyszącej budowie rynków regionalnych i globalnych. Jeszcze niedawno orzeczono, że „świat jest płaski” (Friedman, 2005), a inni napisali, że odległość jest martwa, a tymczasem jest to niebywałe uproszczenie. Dystans ma nadal znaczenie, a efekty negatywne odległości były większe w okresie między rokiem 1950 a 2000 niż w okresie 1870–1913–1939. Badania 1467 ocen wziętych ze 103 artykułów naukowych dowodzą, że „Przeciętnie każde 10 procent wzrostu odległości obniża handel dwustronny o 9 procent” (Wolf, 2019, s. 9). Handluje się najłatwiej z tymi, co są najbliżej, np. z sąsiadami. Może wyjaśnia to niektóre kłopoty z brexitem?

Nasza przeszłość w dużym stopniu określa dziś, ale fatalizm, jaki towarzyszy myślom po niej w ciągu ostatnich kilku wieków, znika, choć powoli. Linie przestrzeni są po upadku komunizmu inne, a „mapy poruszone”, jak pokazuje to P. Czapliński (2016). Dominujące wcześ­niej powiązania Wschód–Zachód zmieniły swoją naturę, choć są nadal ważne. Coraz silniejsze powiązania pojawiają się na liniach Północy z Południem. Wprowadza to poszukiwania dla Europy Środkowo-Wschodniej, zwanej czasem „drugą Europą” (Rosja byłaby ewentualnie – trzecią, chyba że nazwie się sama EurAzją?) na drogę powiązań ze światami zewnętrznymi: Europą Zachodnią, USA, Chinami, Indiami itd. Nie istnieje jeden świat, ale „wiele światów”. Wybieramy to, co nam odpowiada, a umożliwia to transformacja, ale nie dowolnie i nie zawsze na trwale.

Co potrafimy i jak?

Globalizacja sprawia, że możliwe jest coraz lepsze korzystanie ze współzależności regionalnych i globalnych, ale historia globalizacji pokazuje, że po fali przypływu pojawić się może fala odpływu, jak się to stało w okresie 1914–1945, czy, jak niektórzy widzą to ponownie, po kryzysie ekonomicznym 2007/2008. Pola wyborów podlegają wtedy zwężeniu czy nawet zamykaniu się, choć to raczej wyjątkowe. Historia się nie skończyła, ale widzimy, że sama przynależność do Zachodu ma swoje ograniczenia. Przynosi nowe wyzwania, nakazuje szukać lepszych sposobów walki o miejsce w świecie. Wymaga to m.in. odpowiedniego przywództwa politycznego. Jak pisze Andrzej K. Koźmiński, wymaga to „wykuwania stopni w lodowcu” (Koźmiński, 2013, s. 236–253), umiejętności inteligentnego „rozpychania się”, bo wszystkie społeczeństwa/narody chcą się przesuwać do przodu w rytmach przyśpieszonych.

Polska dobrze wykorzystała pierwsze 30 lat po 1989 roku, ale stała się „domem podzielonym” (określenie Abrahama Lincolna dla USA), gdyż jedni zdają się chcieć „Polskę zamykać”, a inni „Polskę otwierać”. Może to szkodzić kształtowaniu lepszej przyszłości. Jest to fałszywe uproszczenie, ale narzuca je takie, a nie inne sąsiedztwo, Wspólnota Atlantycka, wymogi przyrody, własne zaślepienia, braki instytucjonalne. Trudno o dobre działania proaktywne. Za dużo jest ciągle działań reaktywnych. W centrum uwagi pozostają powiązania zewnętrzne, co wszystkie strony sporów zdają się rozumieć.

Nie możemy nie uwzględnić rytmów funkcjonowania systemów zewnętrznych, których jesteśmy elementem: UE, NATO, itd. Zewnętrzne staje się wewnętrzne: prawo unijne to także prawo polskie. Wiele się zmieniło w toku transformacji, kiedy to Polska ostentacyjnie głosiła potrzebę imitacji wzorów z gospodarki zachodniej, które wywodziły się z neoliberalizmu. Miało to zapewnić naszej gospodarce reguły normalności. Tymczasem reguły te są prawie wszędzie kwestionowane. Weszliśmy w rytmy o szerszym charakterze. O ile wejś­cie w komunizm nie zaskakiwało, bo mieliśmy w pamięci czas rozbiorów, o tyle upadek komunizmu dawał nadzieje na udział w zdrowszych rytmach globalnych. Są one zdrowsze, ale wymagają umiejętności dostosowania się do nich.

Jeśli jesteśmy częścią Zachodu, to także jego cyklu 3x30 lat. Pierwszym było keynesowskie 30 lat po II wojnie światowej, w nim udziału nie braliśmy. Drugi zaczyna się w okresie 1979–1981 (Thatcher – premierem, a Reagan – prezydentem), do którego doszlusowaliśmy 10 lat później. To był okres wspomnianej dominacji neoliberalnej gospodarki rynkowej. Trzeci zaczyna się od kryzysu gospodarczego 2007–2008, który trwa, a my w nim. Charakteryzuje się szukaniem protekcjonizmu gospodarczego (nawet w nacjonalizmie gospodarczym), rozwiązań bilateralnych, podkreś­laniem znaczenia państwa narodowego, odrzuceniem wiary w samoczynne globalne rynki, przywracaniem znaczenia państw narodowych.

Ułomności rozwiązań są widoczne w każdym cyklu, niemniej te cykle/fale są faktem, są ramami/rytmami, które wyciskają swoje piętno na wszystkich. Każdy czas, jak informuje cytat z początku tych rozważań, trzyma wszystkich w jakichś ryzach, ale zawsze inaczej niż wcześ­niejszy. Nie wiemy, jak długo potrwa czas, w którym aktualnie jesteśmy, ale zapewne nie mniej niż 30 lat. Rytmy te są coraz bardziej swobodne, zmienne, asymetryczne. Kryzys 2007/2008 pojawił się dopiero 70–80 lat po kryzysie z lat 30. XX wieku, kiedy ludzie zdążyli zapomnieć, że istnieje coś takiego, jak „czarny łabędź” (N. Taleb). Czy nadejdą rytmy dłuższe, nikt pewności mieć nie może.

Bibliografia

Barnes, J. (2018). Poczucie kresu. Warszawa: Świat Książki.

Czapliński, P. (2016). Poruszona mapa. Wyobraźnia geograficzno-kulturowa polskiej literatury przełomu XX i XXI wieku. Kraków: Wydawnictwo Literackie.

Eliot, T.S. (2007). Chóry z „Opoki”. W: W moim początku jest mój kres. Warszawa: Świat Książki.

Friedman, T. (2005). Świat jest płaski. Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.

Goody, J. (2009). Kradzież historii. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.

Gray, J. (2019). Learning to Deal. Literary Review, May.

Huntington, S.P. (1997). Zderzenie cywilizacji. Warszawa: Muza.

Jones, E.L. (1987). The European Miracle. Cambridge University Press.

Koźmiński, A.K. (2013). Ograniczone przywództwo. Studium empiryczne. Warszawa: Poltext.

Krajewski, M. (2005). Kultury kultury popularnej. Poznań: UAM.

Lechte, J. (1999). James Joyce. W: Panorama współczesnej myśli humanistycznej. Warszawa: KiW.

Miłosz, Cz. (2001). Abecadło. Kraków: Wydawnictwo Literackie.

Modzelewski, K. (2004). Barbarzyńska Europa. Warszawa: Iskry.

Scheidel, W. (2019). Escape from Rome. Princeton University Press.

Sewell, W.H. (2005). Logics of History. Social Theory and Social Transformation.University of Chicago Press.

Solnik, R. (2019). Żyj jakbyś już zwyciężył. Gazeta Wyborcza, 19–20 października.

Tooze, A. (2019). Is this the end of American century? LondonReview of Books, 4 April 2019.

Uniwersalny Słownik Języka Polskiego (2003). Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.

Wolf, M. (2019). Global Britain is an illusion because distance has not died. Financial Times, 17 May.

[2] „My” kontra „oni”: zmienne znaczenia fundamentów „nowego początku”

Definicja demokracji i jej polskie zastosowania

Abraham Lincoln w adresie gettysburskim w 1863 roku mówił o odrodzeniu idei wolności, określając demokrację jako: „rządy ludu, przez lud, dla ludu”. Każdy z tych trzech elementów definiowany był w historii na wiele sposobów. Ich realizacja, poczynając od greckiej agory aż do współczesnych systemów politycznych, dokonywała się stopniowo. Podobnie było w Polsce, choć zajmę się zwłaszcza kształtowaniem się konceptu My–Lud od 1956 roku.

Pozytywna odpowiedź na pierwsze z trzech pytań: kto jest „ludem”, zaczyna być udzielana 4 czerwca 1989 roku, kiedy to odbyły się częściowo wolne wybory do sejmu, a w pełni wolne do senatu. Ostatecznie wymóg został spełniony 27 października 1991 roku, kiedy odbyły się pierwsze po II wojnie światowej w pełni wolne wybory do sejmu. Więcej niewiadomych dotyczyło dwóch pozostałych elementów. Określić sens zwrotu „przez lud” to tyle, co ustalić zasady funkcjonowania ustroju państwa. To jest zadaniem konstytucji, a ta została przyjęta dopiero w 1997 roku, w Polsce później niż w większości krajów naszego regionu. Określenie zaś „dla ludu”, czyli dotyczące reguł realizacji wartości i interesów w codziennym życiu obywateli, firm, jednostek samorządu lokalnego itd., nabierało praktycznie sensu już od 1 stycznia 1990 roku, kiedy wszedł w życie tzw. plan Balcerowicza. Nie była to odpowiedź w pełni zadowalająca społeczeństwo, skoro obok wielu sukcesów, jakie plan ten przyniósł, doprowadził do wysokiego niezadowolenia w społeczeństwie, czego pokłosiem był powrót rządów postkomunistycznych w 1993 roku. Nikt chyba nie spodziewał się takiego obrotu sprawy?

Wprowadzanie w życie trzech wymogów definicji odbywa się wszędzie na świecie w procesach trwających setki lat. W Polsce było podobnie, choć tutaj interesują nas te procesy, które przypadły na transformację ustrojową. Jej kształt był rezultatem tzw. Okrągłego Stołu, czyli kompromisu reformatorskich elit upadającego systemu i umiarkowanych elit wyłonionych przez Solidarność. Obie strony podeszły do zmiany systemowej jako transakcji „coś za coś”, co znajdowało uznanie nie tylko w społeczeństwie polskim, ale także w opinii światowej. Pierwszym punktem zrealizowanej umowy były wybory 4 czerwca 1989 roku. Kontrowersje, jakie się wówczas zarysowały, nie znikały, odwrotnie – pogłębiały się w miarę upływu czasu. Źródeł coraz to nowych podziałów społeczno-politycznych przybywało, stale przybywa. Powodem jest kształt transformacji ustrojowej.

Transformację ustrojową widziano na dwa sposoby. Albo w duchu oczekiwań wyrażonych spektakularnie przez Francisa Fukuyamę, który napisał, że wraz z upadkiem komunizmu „historia się skończyła”, czyli krajom postkomunistycznym wystarczy imitacja zachodniej „normalności”: liberalnej demokracji i wolnorynkowej gospodarki kapitalistycznej (Fukuyama, 1992). Elity lokalne, także polskie, myślały podobnie. Oczekiwano szybkiego „przejścia” (transition) od gospodarki centralnie planowanej i zarządzania nakazowo-rozdzielczego do gospodarki prywatno-rynkowej w ramach neoliberalnej terapii szokowej, zgodnie z tzw. konsensusem waszyngtońskim. Realizacja tej wizji została częściowo zmodyfikowana od 1993 roku, a jest jeszcze mocniej rewidowana od 2015 roku. Albo też w duchu – to jest drugi sposób patrzenia na transformację – zaleceń mówiących o konieczności ograniczenia tempa zmian, co równałoby się z gradualnym trybem zmian. Znaczyło to wówczas tyle samo, co przyjęcie opcji socjaldemokratycznej. Ale ta perspektywa znajdowała w Polsce rozwinięcia bardzo rzadkie, jeśli nie wyjątkowe, a najpełniej w publikacjach Tadeusza Kowalika (2010). Poza granicami zaś myśl taka była analizowana np. w publikacjach Clausa Offe, który przedstawił całą panoramę opcji i ograniczeń w budowie strategii zmiany systemowej, odrzucając utopijne opcje zerowe (Offe, 1996).

Początkowo dominowała wyraźnie pierwsza perspektywa, ale kolejne lata transformacji przynosiły tak wiele kłopotów, że umacniało się przekonanie o konieczności zakwestionowania lub nawet odrzucenia paradygmatu imitacyjnego. W jej odrzuceniu pomocny okazał się kryzys ekonomiczny, rozpoczęty na Zachodzie w okresie 2007–2008. UE nie potrafiła sobie długo z tym kryzysem poradzić. Polska wyszła z niego obronną ręką (tzw. zielona wyspa), ale mimo to wiele aspiracji społecznych nie zostało zaspokojonych. To wyjaśnia, dlaczego powiódł się program PiS z 2015 roku. Zakładał on, z jednej strony, konieczność podnoszenia stopy życiowej ludności, zwłaszcza warstw mniej zasobnych, a z drugiej, podtrzymania tradycyjno-religijnego modelu życia. Odpowiadało to wielokrotnej diagnozie o miejscu Polski na mapach współczesnych wzorów wartości w świecie, jakiej dostarczały empiryczne badania Ronalda Ingleharta (m.in. Inglehart i Welzel, 2005). Na tych mapach Polska nie jest nigdy ulokowana wśród społeczeństw, które mają poza sobą problemy materialne (survival), ani też nie znajduje się wśród tych społeczeństw, gdzie dominują wartości samowyrażania siebie (liberalne, świeckie, racjonalne).

Proponowany tutaj schemat analizy transformacji zachęca do odrzucenia zarówno zbyt optymistycznych strategii imitacji, jak i pesymistycznych przepowiedni ugrzęźnięcia w anarchii ze względu na działanie „zależności od szlaku”, np. pojawienia się anarcho-kapitalizmu, jaki zapanował w Rosji za rządów Jelcyna (np. Anders, 1999). Identyfikuję wstępne warunki, jakie trzeba pokonać, aby iść naprzód. Umieszczam na kolejnych kondygnacjach analizy następujące kwestie: na fundamencie – związane z pytaniem: kto i kiedy staje się ludem; na pierwszym piętrze – kwestie angażujące racjonalność i rozum w związku z pytaniem dotyczącym tego, jak lud ma rządzić, czyli jakie urządzenia ustrojowe są optymalne; na drugim piętrze – kwestie wartości i interesów, które obejmują odpowiedź na pytanie: co to znaczy realnie rządzić „dla ludu”.

Emocjonalne fundamenty relacji „my” kontra „oni”?

Formalnie na sprawę patrząc, dwa lata trwało w Polsce spełnienie wymogu, aby „lud” został w pełni uznany za „lud”: między 4 czerwca 1989 roku a 27 października 1991 roku. Faktycznie był to tylko ostatni etap długich zmagań społeczeństwa o to uznanie. Ich początek przypada na okres od 1944/1945 roku, ale wkraczają one w fazę wyraźnego przyśpieszenia dopiero od 1956 roku. Dopełnienie pierwszego wymogu: uznania ludu za „lud”, odbywa się poprzez znajdowanie odpowiedzi na pytanie: Jaki realny sens ma zwrot »przez lud«, a także zwrot »dla ludu«? W odpowiedzi na drugi wymóg mamy zasadniczo dwie możliwości. Albo lud zostaje dopuszczony do decyzji zgodnie z wymogami demokracji przedstawicielskiej, czyli oddaje się de facto władzę elitom, dla siebie – ludu, pozostawiając tylko możliwość wymiany jednej elity na drugą w wolnych wyborach, albo samemu ludowi pozostawia się możliwość decydowania, czyli zgodnie z wymogami demokracji bezpośredniej: przez referenda, współzarządzanie zakładem pracy itd.

Jak doszło do odpowiedzi na te dwa pytania, wymaga charakterystyki długiego procesu formowania się wspólnoty politycznej, która w Polsce była często metaforycznie określana jako „my”. Budowana była w kontrze do władzy określanej jako „oni” (np. Torańska, 1994). Był to proces wieloetapowy. Pierwszy etap rozpoczyna się w latach 1944–1945, kiedy idąca na Berlin armia radziecka ustanawia podległą sobie władzę w Polsce określanej jako PRL. Nie była to władza wyłoniona demokratycznie, bo w toku jej umacniania podeptano to, co określa się jako suwerenność czy tożsamość narodową. To był początek formowania się „my” w opozycji do „oni”, ale dodać trzeba, że nie było to nic specjalnie nowego dla społeczeństwa polskiego, jeśli uwzględni się historię 123 lat niewoli rozbiorowej. Odbudowa kraju, a następnie intensywna industrializacja PRL, sprzyjała masowemu uchodźctwu ludzi ze wsi do miasta i do przemysłu, co miało swoją uwodzicielską moc, jak charakteryzował jaśniejszą stronę totalitaryzmu historyk gospodarczy Alexander Gerschenkron: „byłoby naiw­nością sądzić, że narzędzia fizycznej represji są wystarczające […] uprzemysłowienie można uzasadnić obietnicą szczęścia i dostatku przyszłych pokoleń […] wtedy władza dyktatorska nie napotka znaczącego oporu” (Gerschenkron, 1962).

Opór w Polsce władza napotkała, ale bardziej zorganizowany opór pojawia się dopiero od czerwca do października 1956 roku. Wtedy zaczyna się przyśpieszone formowanie wspólnoty zwanej „my”. Bunt powtórzył się w grudniu 1970 roku, a następnie w 1980 roku. Można mówić o cyklach politycznego dojrzewania naszego społeczeństwa. Najbardziej aktywnymi uczestnikami buntu byli robotnicy z wielkich zakładów pracy, czyli ludzie niedawno przybyli ze wsi.

Oprócz cykliczności wybuchów społecznego wrzenia należy wskazać, że w okresie 1980–1981 następuje jakościowe przyspieszenie kształtowania się „my”: bo pojawił się 10-milionowy ruch społeczny „Solidarność”. Ten ruch zasługuje na określenie „Wielka Solidarność”. W wizjach tego ruchu silne były postulaty demokracji bezpośredniej. Robotnicy uważali, że wielkie zakłady pracy, dotąd państwowe, powinny być uspołecznione przez mniej lub bardziej radykalne formuły współzarządzania. Robotnicy mieli poparcie dla swojej wizji w encyklice Jana Pawła II Laborem exercens, ogłoszonej jesienią 1981 roku, o której nota bene nikt dziś nie chce pamiętać, a przecież doskonale oddawała ona nastroje tamtego czasu.

Stan wojenny ten ruch osłabił, ale nie załamał go. Kiedy geostrategiczna przegrana komunizmu z Zachodem stała się widoczna w drugiej połowie lat 80. XX wieku, to w mniej ortodoksyjnych siłach w obozie władzy pojawiła się myśl o potrzebie operacyjnego kompromisu z tymi ludźmi w ruchu Solidarność, którzy widzieli sens w przygotowaniu radykalnej reformy/zmiany systemu. Pierwsza runda zmian nastąpiła w ramach obrad tzw. Okrągłego Stołu między umiarkowanymi elitami Solidarności (bez radykałów) a umiarkowanymi elitami wyłonionymi przez władzę (reformatorzy partyjni, ale nie beton). Operacja ta doczekała się wielu analiz, w tym także nieprzychylnych, a wspólnym mianownikiem krytyk były zachowania kalkulacyjne czy transakcyjne obu elit. Chodzi o działania w myśl zasady „coś za coś”.

Rozwiązanie było nieznane wcześniej w obozie komunistycznym. Ciemniejsza strona medalu tej zmowy elit stała się bardziej widoczna później. Ci „spóźnieni rewolucjoniści” wcześniej czasem też popierali Okrągły Stół, ale zaczęli narzekać, że oddanie władzy w ręce liberalno-lewicowych środowisk było błędem. Głoszono, że Zachód jest wzorem ideowym jak i praktycznym, a przecież Zachód ma swoje liczne ułomności, a my – Polacy mamy swoje zalety, które naśladownictwo Zachodu pomniejszało. Związane z tym było, choć eksponowane słabo lub nieszczerze, przeświadczenie, że wejście na drogę demokracji przedstawicielskiej oznaczać musi porzucenie marzeń o demokracji bezpośredniej, która robotnikom wydawała się możliwa kilka lat wcześniej. Jest prawdą, że nie była to realistyczna propozycja, bo sprzeczna z minimalistyczną teorią demokracji Josepha Schumpetera, była wszak szeroko obecna przez kilka pierwszych lat transformacji w postaci choćby spółek pracowniczych (Jarosz, 1996). Od 2015 roku dochodzą kolejne argumenty i to również wobec demokracji przedstawicielskiej. Mianowicie: upartyjnienie decyzji, etatyzm, autorytarny styl rządzenia, łamanie rządów prawa, a wszystko w ramach zachowania tzw. demokracji wyborczej, czyli jednak demokracji, choć ułomnej.

Polskie rozwiązanie problemu różniło się początkowo od rozwiązań w innych krajach obozu postkomunistycznego. O ile w Polsce odbywało się to w kompromisie z władzą, o tyle w Czechosłowacji czy NRD tego kompromisu nie było: tam betonowi partyjnemu nie dano szans na zaistnienie. Jeszcze inne były przypadki Jugosławii czy ZSRR, w których wejście na drogę demokracji odbywało się w ramach rozpadu państwa (z udziałem starych sił). Do określenia „my” w tych państwach dochodziło w warunkach wyłaniania się nowych państw, które wcześniej nie istniały jako suwerenne państwa narodowe. Przypominało to sytuację z końca I wojny światowej.

Podłoże zmian w ramach państw determinowała najczęściej geopolityka. To jest teza banalna, ale warto ją stale przypominać, bo siły społeczne w każdym państwie mają skłonność do podkreślania swojego decydującego wkładu w bieg wydarzeń. Potrafią przecenić siebie. Spójrzmy na Polskę. Nie mając własnego państwa przez 123 lata i ponownie po II wojnie światowej, Polacy doświadczyli wielokrotnie znaczenia geopolityki. Wszystkie organizowane powstania przeciw zaborcom skazane były na niepowodzenie właśnie z jej powodu. Czy ze względu na zmowę trzech zaborców z 1795 roku, czy później, ze względu na działanie „koncertu wiedeńskiego” z 1815 roku. Walec geopolityczny działał dalej, ale w 1918 roku i w latach 1989–1991 zadziałał dla nas wielce korzystnie. Ponownie niekorzystnie od 1944–1945.

Blisko 200 lat ostatnich lat naszej historii nauczyło nas myśleć coraz bardziej innowacyjnie o naszym otoczeniu. Kalejdoskop rozwiązań, jakie proponowano, jest imponujący, ale w jednym był stały: nie da się zlekceważyć bliskiego otoczenia na linii Wschód–Zachód. Koncepcje były często rozbieżne, ale budowane z myślą o podobnym celu, głównie niepodległości. Pozytywiści kontra romantycy czy socjaliści kontra endecy. Rozbieżności nie znikają po latach 1944–1945, kiedy nowy walec geopolityki dociera do Polski. Na scenę wkracza nowy podmiot. Zniszczony tuż po II wojnie światowej ruch ludowy, który skupiał najwięcej ludzi zaangażowanych politycznie (na wsi mieszkało najwięcej ludzi!), ma swoje twórcze przedłużenie: ludzie wsi przenieśli się w wyniku uprzemysłowienia i innych procesów do fabryk i miast, i to oni jako wielkoprzemysłowi robotnicy stali się głównymi grabarzami starego systemu.

Ten paradoksalny rezultat dokonał się wbrew intencjom władzy w procesach, których efekt okazał się tak imponujący. Powstała szeroka wspólnota polityczna, którą określamy jako „my”. Nadzieja na jej powstanie nie była widoczna przez pierwsze około 10–12 lat od 1944 roku. Była jakby ukryta w ludziach masowo opuszczających wieś, aby budować nowe zakłady przemysłowe i nowe miasta. Chodzi o miliony ludzi pochodzenia chłopskiego, którzy tworzyli nieznany wcześniej typ nadziei. Uczestniczyli w przewrotnym procesie uprzemysłowienia, bo z jednej strony proces ten służył legitymizacji władzy komunistycznej, ale z drugiej, kształtował przyszłych bohaterów Stoczni Gdańskiej, Ursusa, Nowej Huty, Pafawagu i setek innych zakładów przemys­ło­wych. Okażą się oni demiurgami zmiany społecznej jako wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. Skuteczniejsi niż szlachetni szlacheccy powstańcy XIX wieku.

Wkraczają aktywnie na scenę polityczną po raz pierwszy w 1956 roku w postaci czerwcowego powstania robotników i społeczeństwa Poznania, a następnie wychodząc z inicjatywą tworzenia rad robotniczych powstających jesienią w FSO w Warszawie pod kierunkiem Lechosława Goździka. Dopełniają to wydarzenia na szczytach władzy jesienią 1956 roku, kiedy zmiany w kierownictwie PZPR stają się zapowiedzią „socjalizmu z ludzką twarzą”. Określano to jako „polski październik”, ale podkreślę, że ma on dwa odmienne nurty zmian: jeden – oddolny, ludowy, głównie robotniczy, drugi – odgórny, dokonujący się w ramach PZPR, który został szybko wygaszony. Oba te procesy wskazują na pojawienie się znaczącej odrębności Polski na tle obozu, m.in. uznania prywatnej własności chłopskiej jako czegoś akceptowalnego pod pewnymi warunkami, czy nieco większych swobód, np. dla środowisk akademickich.

Odtąd rytmiczne wybuchy gniewu robotniczego, a z czasem ogólniej – pracowniczego: 1956, 1970, 1980–1981, wyznaczają rytmy historii społecznej, politycznej i ekonomicznej całego kraju. Rytmy te miały charakter dwutaktu: „tak”–„my” kontra „nie”–„oni”, czyli władza. Ten dwutakt nie był początkowo tak wyraźny. Przypomnę, że przywódca robotników na Żeraniu był członkiem PZPR. W okresie 1980–1981 członkowie partii wstępowali do Solidarności, ale rzadko pełnili w niej funkcje kierownicze. Dwutakt „my–oni” ukształtował się ostatecznie po wprowadzeniu stanu wojennego. Wcześniej, czyli od 1956 do 1980–1981 roku, majaczyła w głowach ludzi, a wśród nich takich jak ja, nadzieja na reformę wewnątrzsystemową. Określano ją „trzecią drogą”, „socjalizmem z ludzką twarzą”, „decentralizacją”, „samorządnością pracowniczą”, „reformą rynkową”, „koegzystencją systemów” po konferencji w Helsinkach. Oczekiwania te były nierealne, ale rozpowszechnione. Opisywał je Leszek Kołakowski jako nadzieje na „upieczenie śnieżek”. Stan wojenny te nadzieje ostatecznie odesłał do krainy utopii.