1632 - Eric Flint - ebook + książka

1632 ebook

Eric Flint

4,1

Opis

Klasyczna powieść z fantastyki alternatywnej, w której współcześni bohaterowie przenoszą się w czasy okrutnej wojny trzydziestoletniej

Rok 1632. Sytuacja w północnych Niemczech jest tragiczna. Głód. Zaraza. Wojna religijna pustosząca miasta. Jedynie arystokracji udało się wyjść z tego niemal bez szwanku; dla chłopów śmierć jest niczym dar od Boga.

Rok 2000. Sytuacja w miasteczku Grantville w Wirginii Zachodniej jest świetna. Na ślub siostry Mike'a Stearnsa przybyło mnóstwo ludzi, w tym członkowie miejscowej sekcji Amerykańskiego Stowarzyszenia Górników. Zabawa trwa w najlepsze...

I NAGLE WSZYSTKO SIĘ ZMIENIA...

Gdy opada kurz, Mike rusza na czele grupy uzbrojonych górników, żeby sprawdzić, co się stało. Okazuje się, że drogę prowadzącą do miasteczka przecięto niczym mieczem. Po drugiej stronie rozgrywa się iście piekielna scena: mężczyzna wisi przybity do drzwi chaty, a banda ludzi w stalowych pancerzach napastuje jego żonę. Mike i jego ludzie wiedzą, co muszą zrobić. Wolność i sprawiedliwość w amerykańskim stylu wkracza w sam środek wojny trzydziestoletniej...

„Przekonująca historycznymi detalami, niezwykle zabawna w zderzeniu współczesnych standardów moralnych z rzeczywistością krwawych europejskich wojen sprzed 400 lat... Trudno nie ulec urokowi wizji Erica Flinta”.

„Starlog

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 693

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Prolog

Tej tajemnicy nigdy nie udało się wyjaśnić. Podobnie jak meteoryt tunguski1 czy krater Valhalla na Callisto2, dołączy ona do katalogu zjawisk niewytłumaczalnych. Gdy po paru miesiącach stało się już jasne, że niemożliwe będzie odnalezienie szybkiej odpowiedzi, oczy całego świata zaczęły się stopniowo kierować w inną stronę. Przez kilka lat ludzie opłakujący swych bliskich naciskali na władze, aby kontynuowały śledztwo, ale niestety, do tego potrzebni byli prawnicy, a tych właśnie zabrakło. Sąd prędko ustalił, że katastrofa w Grantville była wolą bożą, więc z tego tytułu nie należy się żadne odszkodowanie. W ciągu dziesięciu lat katastrofa, wzorem zabójstwa Kennedy’ego, stała się pożywką dla fanatyków i zapaleńców, dzięki czemu nie było jej dane odejść w zapomnienie. Prawdopodobnie jednak żaden szanujący się naukowiec nie żywił nadziei, że zagadkę uda się ostatecznie rozwikłać.

Teorii, rzecz jasna, nie brakowało, choć z przyrządów pomiarowych nie można było niczego konkretnego odczytać. Niewielka czarna dziura przeszła przez atmosferę Ziemi — to była jedna z teorii. Inna (popularna do czasu, gdy w świetle późniejszych odkryć odrzucono obliczenia, na których się opierała) głosiła, że to oderwana superstruna3 wymierzyła planecie lekko chybiony cios.

Jedyną osobą, która była bliska zrozumienia, że oto powstał nowy świat, był pewien biolog Hank Tapper — student trzeciego roku biologii — dołączony praktycznie w ostatniej chwili do jednej z ekip geologów, wysłanych w celu zgłębienia przyczyn katastrofy. Spędzili oni kilka miesięcy na badaniu obszaru, który zastąpił część Wirginii Zachodniej. Jedynym wnioskiem, do jakiego doszli, było to, że ów nowy teren nie stanowił naturalnej części rejonu. Był on jednak bez wątpienia pochodzenia ziemskiego, co całkowicie ostudziło zapał UFO-maniaków.

Obcy teren został zmierzony, i to dość dokładnie. Tworzył idealną półkulę o promieniu pięciu kilometrów. Kiedy ekipa geologów odjechała, Tapper pozostał tam jeszcze przez kilka miesięcy. W końcu doszedł do wniosku, że identyczna flora i fauna występuje w pewnych częściach Europy Środkowej. Ogarnęło go podniecenie. Jego odkrycie pokrywało się z raportem archeologicznym, który — bardzo, ale to bardzo nieśmiało — sugerował, że zrujnowane domostwa odnalezione na nowym obszarze przywodzą na myśl przełom późnego średniowiecza i wczesnego okresu nowożytnego na ziemiach niemieckich. Podobnie było z siedmioma ciałami — dwóch mężczyzn, dwóch kobiet oraz trojga dzieci — znalezionymi w jednym z domów. Ogień w znacznym stopniu uszkodził zwłoki, jednak ślady na kościach wskazywały, że przynajmniej dwie spośród siedmiu osób zamordowano przy użyciu broni siecznej dużych rozmiarów.

Badania zębów wskazywały na to, że ci ludzie albo nie należeli do epoki współczesnej, albo też — z niejasnych przyczyn — ich uzębienie nigdy nie było leczone. Z drugiej jednak strony ekspertyza jednoznacznie stwierdzała, że morderstwa popełniono niedawno. Ponadto w momencie odnalezienia domostw z ich zgliszczy wciąż unosił się dym.

Przez kolejne miesiące Tapper sprawdzał, czy gdzieś w Europie Środkowej nie zniknął jakiś fragment terenu, ale niestety niczego nie znalazł.

Jedynym możliwym wyjaśnieniem było przeniesienie zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Tapper miał przed sobą dobrze zapowiadającą się karierę, która ległaby w gruzach, gdyby ujawnił swe przypuszczenia bez okazania jakichkolwiek dowodów. A jeśli miał rację, to nie mogło być mowy o dowodach. Jeżeli cokolwiek pozostało z zaginionego terenu, przepadło gdzieś w otchłani czasu.

Tak więc Tapper musiał się pogodzić z tym, że jego całoroczny wysiłek poszedł na marne. Opublikował, rzecz jasna, wyniki swoich badań, lecz jedynie w postaci suchych i rzeczowych sprawozdań, i to w mało znaczących periodykach. Niczego nie sugerował, nie starał się nawet wyciągać wniosków — zależało mu na braku jakiegokolwiek zainteresowania ze strony opinii publicznej.

I dobrze się stało. Zrujnowałby sobie bowiem karierę, i to na próżno — nikt by mu nie uwierzył. A gdyby nawet ktoś taki się znalazł, to najbardziej skrupulatne przetrząśnięcie Europy Środkowej nie wykazałoby istnienia tam pasującej półkuli. Ona oczywiście tam była — w rejonie Niemiec zwanym Turyngią — ale prawie czterysta lat wcześniej, i jedynie przez ułamek sekundy. Gdy tylko dokonało się przemieszczenie obydwu półkul, nowy świat oddzielił się od starego.

Poza tym prawda była dużo dziwniejsza niż to, co przychodziło Tapperowi do głowy, choć nawet on przypuszczał, że przyczyną mógł być jakiś galaktyczny kataklizm.

***

W rzeczywistości katastrofa w Grantville była skutkiem tego, co ówcześni ludzie zwykli nazywać „przestępczą nieumyślnością”. Spowodował ją odłamek kosmicznego śmiecia, oderwany fragment czegoś, co (z braku lepszego określenia) mogłoby zostać nazwane dziełem sztuki. Można by rzec: odłamek rzeźby. Assiti dawali upust swym solipsystycznym4 zapędom przy użyciu materii czasoprzestrzennej, nie zdając sobie sprawy z wpływu, jaki ich „sztuka” wywiera na resztę wszechświata.

Osiemdziesiąt pięć milionów lat później Assiti zostali unicestwieni przez Fta Tei. Jak na ironię, Fta Tei byli bocznym odgałęzieniem jednego z wielu gatunków wywodzących się z rasy ludzkiej. Nie powodowała nimi jednak chęć zemsty. Fta Tei nie mieli pojęcia o swych korzeniach sięgających odległej planety zwanej Ziemią, a tym bardziej nie wiedzieli o katastrofie, która miała tam miejsce. Przyczyną eksterminacji było to, że — pomimo wielu wyraźnych ostrzeżeń — Assiti nie przestali oddawać się swej szkodliwej i nieodpowiedzialnej sztuce.

Meteoryt tunguski — meteor, który w 1908 roku eksplodował parę kilometrów nad ziemią w rejonie syberyjskiej rzeki Podkamienna Tunguska; wybuch spustoszył okoliczną tajgę na obszarze ponad 2000 km2, powalając drzewa i wywołując pożary. [wróć]

Callisto — jeden z księżyców Jowisza; Valhalla — nazwa krateru na tymże księżycu. [wróć]

Superstruna — teoria superstrun przedstawia wszelkie znane cząstki elementarne i oddziaływanie sił jako skutek drgań obiektów zwanych superstrunami. [wróć]

Solipsyzm — pogląd filozoficzny, według którego istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający, a cała rzeczywistość jest jedynie efektem jego wrażeń. [wróć]

Część pierwsza

Tygrysie, błysku w gąszczach mroku1

Wszystkie cytaty z dzieł Szekspira przywołane w książce pochodzą z przekładów Stanisława Barańczaka. [wróć]

Rozdział 1

— Przepraszam za moich rodziców, Mike. — Tom spojrzał na wspomnianą parę wzrokiem pełnym żalu. — Miałem nadzieję, że… — Urwał, lekko wzdychając. — Naprawdę mi przykro. Władowałeś w to kupę kasy.

Mike Stearns skierował wzrok tam, gdzie jego kolega. Matka i ojciec Toma Simpsona stali sztywno pod ścianą stołówki, jakieś piętnaście metrów dalej, ze skwaszonymi minami. Swoje bardzo kosztowne ubrania nosili tak, jak gdyby przywdziali pełną zbroję płytową. Filiżanki z ponczem trzymali kciukiem i palcem wskazującym, jakby chcieli w ten sposób odciąć się od odbywającej się uroczystości.

Mike powstrzymał się od uśmiechu. „No tak. Wysłannicy cywilizacji przestrzegający savoir-vivre’u w krainie ludożerców”.

— Nie przejmuj się tym, stary — powiedział łagodnie. Przestał obserwować nadętą dwójkę spod ściany i zajął się lustrowaniem tłumu. Oczy błyszczały mu z zadowolenia.

Stołówka była bardzo duża. Ściany w praktycznym kremowoszarym kolorze pokryto nieprzebraną ilością dekoracji, które brak dobrego smaku nadrabiały pogodą ducha i radosną żywiołowością. Puste krzesła przesunięto pod ściany, długie stoły ustawione nieopodal kuchni zastawiono jedzeniem i piciem.

Nie było kawioru ani szampana. Wiele zgromadzonych w sali osób nie ucieszyłoby się na widok pierwszego dania („rybie jaja, co za paskudztwo!”), drugie zaś było zabronione przez regulamin liceum. Ale Mike się nie przejmował. Znał tych ludzi i wiedział, że docenią skromny poczęstunek i podziękują, nawet jeśli dla bogatych i wyrafinowanych miastowych był on poniżej wszelkiej krytyki. Dotyczyło to głównie dorosłych, w znacznie mniejszym zaś stopniu tabunu dzieci biegających po całym pomieszczeniu.

Mike poklepał młodszego kolegę po ramieniu. Przypominało to nieco poklepywanie zwalistego wołu. Tom był najlepszym blokującym wśród futbolistów reprezentujących barwy Uniwersytetu Wirginii Zachodniej i z całą pewnością wyglądał na kogoś takiego.

— Moja siostra poślubiła ciebie, a nie twoich rodziców.

Tom się skrzywił.

— Co z tego? Mogliby chociaż… Jeśli mieli zamiar tak się zachowywać, to po cholerę w ogóle przyszli?

Mike zerknął na niego. Pomimo ogromnych gabarytów kolegi nie musiał zadzierać głowy. Choć wagowo nie mógł się z nim równać — Tom był cięższy o dobre 45 kilogramów — obydwaj byli mniej więcej tego samego wzrostu; mieli nieco powyżej metra osiemdziesięciu.

Tom niechętnie powrócił do wpatrywania się w rodziców. Podobnie jak w ich przypadku, także jego twarz przybrała postać kamiennej maski. Mike niepostrzeżenie mierzył wzrokiem swego świeżo upieczonego szwagra.

I to bardzo świeżo. Ślub odbył się niespełna dwie godziny wcześniej w małym kościele, odległym od budynku liceum o nieco ponad półtora kilometra. Rodzice Toma już podczas ceremonii kościelnej byli wyniośli i aroganccy. Ich syn powinien był wziąć kameralny ślub w porządnej episkopalnej katedrze, a nie… nie…

Nie dość, że duchowny to wieśniak, to jeszcze ta wsiowa szopa!

Mike wraz z siostrą całe lata temu porzucili rygorystyczną wiarę swych przodków na korzyść spokojnego agnostycyzmu, jednak żadne z dwojga rodzeństwa nawet nie pomyślało o tym, że ślub Rity miałby się odbyć w jakimś innym miejscu. Pastor był przyjacielem rodziny, podobnie jak jego ojciec i ojciec jego ojca. I choć ceremonia utrzymana była w duchu kalwinistycznego fundamentalizmu, w niczym im to nie przeszkadzało. Mike stłumił śmiech. Choćby dla samego widoku rodziców Toma, gotujących się z wściekłości na wzmiankę o siarce i ogniu piekielnym, warto było przyjść na mszę.

Dobry humor szybko go jednak opuścił. Dostrzegł czający się w oczach Toma ból. Zadawniony ból, jak przypuszczał. Tępy, stały ból mężczyzny nieakceptowanego przez własnego ojca już od lat chłopięcych.

Tom urodził się w jednej z najbogatszych rodzin w Pittsburghu. Jego matka wywodziła się z zamożnej rodziny ze wschodu Stanów. Jego ojciec — John Chandler Simpson — był dyrektorem naczelnym sporej korporacji naftowej. Lubił się chełpić opowieściami o tym, jak piął się po szczeblach kariery. Owszem, rzeczywiście spędził pół roku na hali produkcyjnej jako brygadzista, tuż po tym, jak opuścił szeregi korpusu oficerskiego marynarki wojennej, jednak na późniejszy rozwój jego kariery największy wpływ miał fakt, iż jego ojciec był właścicielem korporacji. John Chandler Simpson nie dopuszczał do siebie myśli, że jego własny potomek nie będzie chciał podążać tym dobrze przetartym szlakiem.

Jednak Tom nie spełniał pokładanych w nim nadziei — ani jako dziecko, ani po osiągnięciu pełnoletności. Mike słyszał, że John Chandler wpadł w szał, gdy dowiedział się, że zamiast Uniwersytetu Carnegie-Mellon jego syn wybrał Uniwersytet Wirginii Zachodniej. Gdy poznał przyczynę tej decyzji, jeszcze bardziej go to rozjuszyło. „Futbol? Przecież ty nawet nie jesteś rozgrywającym!” Gdy zaś rodzice ujrzeli wybrankę serca ich syna, obydwoje byli bliscy ataku apopleksji.

Mike przebiegał wzrokiem pomieszczenie, aż w końcu jego spojrzenie padło na dziewczynę w sukni ślubnej, śmiejącą się z czegoś, co właśnie powiedziała młoda kobieta stojąca u jej boku. To jego siostra Rita, dowcipkująca sobie wraz z jedną z druhen.

Różnica pomiędzy tymi dwiema dziewczynami była uderzająca. Druhna, Sharon, była dosyć pulchna, co absolutnie nie przeszkadzało jej być atrakcyjną, i miała niezwykle ciemną cerę, nawet jak na Murzynkę. Siostra Toma również była ładna, lecz tak szczupła, że sprawiała wrażenie wychudzonej. Jej wygląd zdradzał pochodzenie — niezwykle blada skóra, piegi, błękitne oczy i włosy prawie tak czarne jak u brata. Typowy appalachijski1 mieszaniec. Córka górnika i siostra górnika.

„Biała biedota. No cóż, tym właśnie jesteśmy”.

Myśląc tak, Mike nie czuł złości. Odczuwał raczej litość dla Toma i pogardę dla jego rodziców. Ojciec Mike’a, Jack Stearns, skończył liceum i pracował w kopalni, odkąd ukończył osiemnaście lat. Nigdy nie było go stać na nic więcej niż skromny dom. Liczył na to, że pomoże swym dzieciom, gdy te pójdą do college’u. Nie przewidział jednak, że w kopalni zawali się strop i zniweczy wszelkie jego plany. Jack został kaleką i wkrótce potem umarł.

W dniu jego śmierci Mike był jak otępiały. Lata mijały, a w tym miejscu w jego sercu, które niegdyś zajmował ojciec, była teraz bolesna pustka.

— Olej to, stary — powiedział cicho do Toma. — Po prostu to olej. Jeśli ma to dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, pragnę ci powiedzieć, że twój szwagier cię ceni.

Tom wciągnął głęboko powietrze, po czym powoli je wypuścił.

— Jasne, że ma, i to spore.

Nagle potrząsnął głową, jakby chciał oczyścić umysł i zająć go czymś zupełnie innym. Spojrzał Mike’owi prosto w twarz.

— Potrzebuję twojej szczerej opinii. Za kilka miesięcy skończę szkołę i będę musiał podjąć decyzję, co dalej. Czy myślisz, że jestem wystarczająco dobry, żeby przejść na zawodowstwo?

Odpowiedź była natychmiastowa.

— Nie. — Mike pokręcił ze smutkiem głową. — Dobrze ci życzę, stary. Znalazłbyś się dokładnie w tym samym miejscu, w którym ja niegdyś byłem: najgorszym z możliwych. Niemal wystarczająco dobry. Wystarczająco dobry, by się łudzić, ale…

Tom zmarszczył brwi; wciąż miał nadzieję.

— Tobie się na swój sposób udało. Cholera, wycofałeś się niepokonany.

Mike zaśmiał się pod nosem.

— Właśnie. Po ośmiu zawodowych walkach w wadze średniej. — Podniósł dłoń i potarł niewielką bliznę na lewej brwi. — Na zakończenie kariery miałem nawet drugą walkę wieczoru w Grand Olympic Auditorium. To było niesamowite.

Ponownie się zaśmiał, tym razem już otwarcie.

— Zbyt niesamowite! Wygrałem — ledwie — na punkty. Dzieciak zażądał rewanżu. I właśnie wtedy wykazałem na tyle zdrowego rozsądku, żeby się wycofać. Trzeba znać własne możliwości.

Tom w dalszym ciągu był zachmurzony; wciąż się łudził. Mike położył dłoń na jego masywnym ramieniu.

— Tom, spójrz prawdzie w oczy. Nie zajdziesz dalej ode mnie. Zdałem sobie sprawę z tego, że załatwiłem dzieciaka, bo miałem nieco więcej doświadczenia, nieco więcej pomyślunku, nieco więcej szczęścia niż on. — Skrzywił się na wspomnienie młodego meksykańskiego boksera, którego szybkość i siła ciosu były naprawdę przerażające. — Ale wiedziałem, że dzieciak zrobi postępy, i to wkrótce. I wiedziałem też, że nigdy w życiu nie będę tak dobry, jak on już wtedy był. Dlatego się wycofałem, zanim rozwalił mi łeb. Radzę ci zrobić to samo, póki jeszcze masz zdrowe kolana.

Tom znowu wciągnął głęboko powietrze i powoli je wypuścił. Wydawało się, że chce coś powiedzieć, ale jego uwagę przykuła świeżo poślubiona małżonka, która zbliżała się, ciągnąc za sobą jakichś ludzi.

Tom w mgnieniu oka rozpromienił się niczym mały chłopiec. Widząc ten uśmiech, Mike poczuł, że coś go chwyta za serce.

„Taki fajny dzieciak, a tacy koszmarni starzy”.

Rita pojawiła się z właściwą sobie energią, która byłaby w stanie zasilić reaktor termojądrowy. Rozpoczęła od objęcia swego męża w sposób, który w takim miejscu jak szkolna stołówka był wielce nieodpowiedni — wskoczyła na niego, obejmując go nogami („a co tam suknia”). Dodatkiem do tego niemal lubieżnego uścisku był dziki i bez wątpienia mało skromny pocałunek. Gdy już zeskoczyła z Toma, podeszła, aby przytulić się do brata; w ten uścisk (choć oczywiście pozbawiony podtekstów seksualnych) włożyła tyle samo energii, co w poprzedni.

Kiedy wstępna faza powitań dobiegła już końca, Rita odwróciła się i zaprosiła gestem dwie wlokące się za nią osoby. Pomijając szeroki uśmiech, wyglądało to tak, jakby cesarzowa przywoływała swe sługi.

Sharon również była uśmiechnięta od ucha do ucha. Stojąca obok niej postać miała na twarzy nieco bardziej stonowany uśmiech. Był to czarnoskóry mężczyzna około pięćdziesiątki, ubrany w bardzo kosztowny garnitur. Tradycyjne, szyte na miarę ubranie leżało na nim jak ulał, lecz jakoś dziwnie nie współgrało z jego uśmiechem. Mike dostrzegał w nim coś zawadiackiego. A z postawy wnosił, że ciało ukryte pod garniturem jest znacznie bardziej atletycznie zbudowane, niż wskazywałby na to oszczędny krój.

— Mike, chciałabym ci przedstawić ojca Sharon. — Rita odwróciła się i właściwie wypchnęła wspomnianego rodzica przed siebie, a potem zaczęła energicznie wymachiwać ręką. — Mój brat, Mike Stearns. Doktor James Nichols. Zachowuj się kulturalnie, braciszku. To jest chirurg i pewnie gdzieś tu chowa jakiś zestaw skalpeli.

Chwilę później już jej nie było; popędziła w kierunku grupki ludzi rozmawiających w dalekim rogu stołówki, ciągnąc za sobą Toma i Sharon. Mike i doktor Nichols zostali sami.

Mike spojrzał na nieznajomego, nie bardzo wiedząc, jak nawiązać rozmowę. Zdecydował się więc na mało wyszukany żart.

— O ile znam swoją siostrę — rzekł sucho — to mój nowy szwagier ma przed sobą długą noc.

Doktor uśmiechnął się nieco szerzej, potęgując tym samym wrażenie zawadiactwa.

— Na to wygląda — powiedział przeciągle. — Zawsze ma tyle energii?

— Odkąd nauczyła się chodzić.

Po przełamaniu lodów Mike spróbował nieco uważniej przyjrzeć się swemu rozmówcy. Po kilku sekundach doszedł do wniosku, że początkowe wrażenie było słuszne. Ojciec Sharon był typowym przykładem sprzeczności. Skórę miał czarną jak smoła, włosy siwe, mocno kręcone, bardzo krótko przycięte. Rysy toporne, jakby grubo ciosane — takiej twarzy można się spodziewać raczej po robotniku portowym niż po lekarzu. A jednak nosił się z klasą, którą dopełniały dwa proste, lecz gustowne pierścienie. Pierwszy z nich był najzwyklejszą w świecie obrączką ślubną, drugi zaś — dyskretnym sygnetem. Wypowiadał się jak człowiek wykształcony, jednak w jego akcencie dźwięczały nutki języka ulicy.

James Nichols nie był człowiekiem pokaźnych rozmiarów — miał nie więcej niż sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i nie był specjalnie masywny — a mimo to zdawał się emanować siłą. Rzut oka na olbrzymie dłonie doktora pozwolił Mike’owi potwierdzić swe przypuszczenia. Te drobne blizny z całą pewnością nie powstały podczas pracy w szpitalu.

Nichols zrewanżował się Mike’owi podobną inspekcją. Wydawać by się mogło, że w jego oku zamigotała jakaś iskierka. Mike doszedł do wniosku, że mógłby polubić tego faceta, i zdecydował się podjąć taką próbę.

— Tak więc, panie doktorze, czy panu sędzia dał wybór? Znaczy się między lądówką a piechotą morską.

Nichols parsknął. W jego oku rzeczywiście coś zaiskrzyło.

— Bynajmniej! „Idziecie do piechoty, Nichols”.

Mike pokręcił głową.

— No to miał pan pecha. Mnie dał wybór. Na szczęście mi nie odbiło i wybrałem lądówkę. Jakoś nie miałem ochoty na Parris Island2.

Nichols wyszczerzył zęby.

— Cóż, pewnie wylądował pan tam tylko za napaść i pobicie. O jedną bójkę za dużo, co? — Przyjął uśmiech Mike’a za odpowiedź. — Nie mieli żadnych dowodów, bo zachowałem się jak ostatni frajer. No, ale władze miały swoje mroczne przypuszczenia, tak więc sędzia był nieubłagany. „Powiedziałem: piechota, Nichols. Mam was już dosyć. Albo to, albo sześć lat na prowincji”. — Doktor wzruszył ramionami. — Muszę jednak przyznać, że pewnie ocalił mi życie. — Na jego twarzy pojawiło się udawane oburzenie. Teraz dało się mocniej odczuć jego akcent. — Ale wciąż uważam, że gdy głupi dzieciak upuszcza spluwę po drodze do monopolowego, po czym daje się złapać pięć przecznic dalej, to nie jest to napad z bronią w ręku. A może, do cholery, właśnie szukał prawowitego właściciela? Biedny aniołek pewnie nie zdawał sobie sprawy, że broń jest kradziona.

Mike wybuchnął śmiechem. Gdy spojrzenia rozmówców się spotkały, obaj poczuli wzajemną sympatię i aprobatę. Był to przykład na to, że czasem dwoje ludzi jest w stanie niemal natychmiast się polubić.

Mike znowu zerknął na świeżo upieczonych członków swojej rodziny. Nie był specjalnie zdziwiony faktem, że jego wybuch radości przyciągnął ich karcące spojrzenia. Na ich surowy wzrok odpowiedział kulturalnym, ledwie skrywającym szyderstwo uśmiechem.

„Właśnie, bogate, stare pierdziele, patrzycie na dwóch bandziorów. Najprawdziwsi byli skazańcy, bardziej prawdziwi już nie mogą być!”

Głos Nicholsa przerwał Mike’owi tę psychologiczną wojnę z państwem Simpson.

— A więc to pan jest tym słynnym bratem — mruknął doktor.

Mike przestał gapić się na Simpsonów.

— Nie wiedziałem, że jestem taki sławny — odrzekł zaskoczony.

Nichols z uśmiechem wzruszył ramionami.

— Chyba wszystko zależy od kręgów, w których się człowiek obraca. Z tego, co usłyszałem w ciągu ostatnich kilku dni, wiem, że lecą na pana wszystkie szkolne koleżanki pańskiej siostry. Prawdziwy z pana romantyk, wie pan?

Zdumienie nie opuszczało Mike’a i najwyraźniej było to widać.

— No, panie Michaelu, niech pan da spokój! — parsknął Nichols. — Jest pan ledwie po trzydziestce, a wygląda pan znacznie młodziej. Wysoki, przystojny… No, może dosyć przystojny. No i przede wszystkim ta pańska olśniewająca przeszłość.

— Olśniewająca? — wykrztusił Mike. — Zwariował pan?

Nichols uśmiechał się szeroko.

— Oj, mnie pan chce oszukać? — Wykonał dłońmi zamaszysty gest, wskazując na samego siebie. — Proszę mi powiedzieć, co pan widzi. Bardzo zamożnego, czarnoskórego mężczyznę po pięćdziesiątce. Mam rację? — Oczy doktora zdradzały zarówno duże pokłady humoru, jak i bogate doświadczenie życiowe. — I co jeszcze pan widzi?

Mike zmierzył go wzrokiem.

— Pewną, nazwijmy to, przeszłość. Nie zawsze był pan porządnym lekarzem.

— Z całą pewnością nie! I niech pan sobie nie myśli, że w pańskim wieku nie korzystałem z darów losu. — Uśmiech Nicholsa stał się bardzo łagodny. — Jest pan klasycznym przypadkiem, panie Michaelu. Stara jak świat historia, która zawsze chwyta za serce. Lekkomyślny i pełen fantazji młodzieniec, będący czarną owcą w rodzinie, opuszcza miasto, zanim dopadnie go wymiar sprawiedliwości. Żądny przygód młodzieniaszek. Żołnierz, doker, kierowca ciężarówki, zawodowy bokser. Robol o złej reputacji, niezależnie od tego, że jakoś ukończył trzy lata college’u. Następnie… — Uśmiech całkowicie zniknął z twarzy lekarza. — Następnie po tragicznym wypadku ojca powraca, aby zaopiekować się rodziną. I udaje mu się to równie dobrze, jak wcześniej wychodziło mu przyprawianie ich o zawał. Teraz jest poważany. Kilka lat temu został nawet wybrany przewodniczącym związku zawodowego miejscowych górników.

— Widzę, że Rita trochę panu naopowiadała — prychnął Mike. Wściekły na siostrę, zaczął rozglądać się za nią po sali i jego wzrok padł na Simpsonów. Ci wciąż się na niego gapili ze zmarszczonymi brwiami. Mike wbił w nich mordercze spojrzenie. — Widzi pan? — zapytał gorzko. — Moja nowa rodzina nie sprawia wrażenia zachwyconej „krewnym romantykiem”. Ja poważany? Dobre sobie!

Nichols podążył za wzrokiem Mike’a.

— No cóż… Poważany na swój appalachijski sposób. Chyba nie sądzi pan, że ten „błękitnokrwisty” znajduje ukojenie w fakcie, że brat jego synowej jest nie tylko niezłomnym związkowcem, ale i cholernym prostakiem.

Simpsonowie nie spuszczali wzroku. Mike również nie odpuszczał i dodał jeszcze szeroki uśmiech, uśmiech dzikiego zwierzęcia. Bezczelny, nieugięty, wyzywający.

***

Przez następne lata Nichols często wspominał ten uśmiech. Wspominał i czuł za niego wdzięczność. Potem nadszedł Ognisty Krąg i znaleźli się w nowym, zdziczałym świecie.

Appalachy — pasmo górskie we wschodniej części Ameryki Północnej, ciągnące się na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. [wróć]

Parris Island — jeden z obozów szkoleniowych amerykańskiej piechoty morskiej. [wróć]

Rozdział 2

Błysk był oślepiający. Przez krótką chwilę wydawało się, że pomieszczenie zalała fala słonecznego światła. Towarzyszący rozbłyskowi huk wstrząsnął całym budynkiem.

Mike przykucnął. Reakcja Jamesa Nicholsa była o wiele bardziej dramatyczna.

— Kryć się! — krzyknął i rzucił się na ziemię, zakrywając rękami głowę. Sprawiał wrażenie człowieka zupełnie niemyślącego o tym, że jego kosztowny garnitur może się zniszczyć.

Na wpół oszołomiony Mike usiłował coś zobaczyć przez okno, ale wciąż miał przed oczami plamy — zupełnie jakby najpotężniejsza błyskawica świata uderzyła tuż obok liceum. Nie był w stanie dostrzec żadnych szkód, na szybach nie było widać nawet pęknięcia. Nie wyglądało też na to, żeby którykolwiek z zaparkowanych pojazdów został uszkodzony. Ludzie na parkingu przypominali bandę gdaczących kur, lecz także nie sprawiali wrażenia rannych.

Byli to w większości miejscowi górnicy, którzy przybyli z całej okolicy na wesele jego siostry. Amerykańskie Stowarzyszenie Górników nigdy nie przegapiało okazji zamanifestowania swej solidarności („ASG trzyma się razem”). Mike’owi wydawało się, że niemal każdy miejscowy górnik pojawił się na weselu, przyprowadzając swoją rodzinę.

Teraz ci zdezorientowani ludzie przedstawiali tak komiczny widok, że Mike niechybnie by się roześmiał, gdyby nie szok po tym niesamowitym… piorunie? Co to, do cholery, było? Mężczyźni tłoczyli się na przyczepach kilku pikapów, gdzie trzymali przywieziony alkohol, nie dbając nawet o jego ukrycie. W myśl regulaminu szkoły stanowiącego, że żadne napoje alkoholowe nie mają prawa znaleźć się na jej terenie, było to rażące pogwałcenie przepisów.

Kątem oka Mike dostrzegł jakieś poruszenie.

Ed Piazza pędził ku niemu na swych krótkich nóżkach, marszcząc brwi niczym Zeus gromowładny. Przez moment Mike’owi wydawało się, że dyrektor liceum zaraz udzieli mu reprymendy za niedopuszczalne zachowanie górników na parkingu.

„E tam, on po prostu też nie wie, co się stało”. Czekając, aż Ed do niego dotrze, Mike poczuł nagły przypływ sympatii dla tego człowieka. „Szkoda, że za moich czasów nie był dyrektorem. Może nie wpakowałbym się w tyle kłopotów. Fajny koleś z tego Eda”.

— Banda górników na przyjęciu weselnym? Wiem, że będą pili na parkingu, Mike — oznajmił mu Piazza wczorajszego dnia. — Tylko błagam, niech nie wymachują mi butelkami przed nosem. Całe moje sto sześćdziesiąt pięć centymetrów czułoby się doprawdy idiotycznie, gdybym musiał komuś przylać po łapach linijką.

Ed był już obok.

— Co się stało? — Spojrzał na sufit. — Światła też zgasły.

Dopóki Ed o tym nie wspomniał, Mike nawet nie zwrócił na ten fakt uwagi. Był środek dnia, a okna rozmieszczone na całej długości ściany wpuszczały tyle światła, że elektryczne oświetlenie było praktycznie zbędne.

— Nie mam pojęcia, Ed. — Mike odstawił filiżankę z ponczem (niepostrzeżenie, żeby nie afiszować się łamaniem regulaminu) na najbliższy stół. Doktor Nichols zaczął się powoli podnosić, więc pomógł mu wstać.

— Chryste, czuję się jak bałwan — mruknął lekarz, otrzepując garnitur. Szczęśliwie dla jego kreacji podłoga stołówki została uprzednio wypucowana na glanc. — Przez moment miałem wrażenie, że znów jestem w Khe Sanh1. — On również zadał nieuniknione pytanie. — Co to, do diabła, było?

Duże, wypełnione ludźmi pomieszczenie rozbrzmiewało teraz stłumionymi głosami — każdy pytał o to samo. Nikt jednak nie wpadał w panikę. Cokolwiek się stało parę chwil wcześniej, nie widać było żadnych tragicznych konsekwencji.

— Chodźmy na zewnątrz — powiedział Mike, kierując się w stronę wyjścia ze stołówki. — Może przyjdzie nam coś do głowy. — Rozejrzał się po sali, wypatrując siostry. Zauważył ją, jak ściska Toma za rękę. Sprawiała wrażenie zaniepokojonej, ale bez wątpienia była cała i zdrowa.

Do zmierzającego ku drzwiom Mike’a dołączył Frank Jackson, któremu udało się przepchać przez hałaśliwy tłum. Na widok tego masywnego, siwowłosego skarbnika związku, za którym podążało pięciu innych górników, Mike poczuł, jak jego serce wzbiera dumą. „ASG. Jedność na wieki”.

Widząc pytające spojrzenie Franka, Mike wzruszył ramionami i pokręcił głową.

— Ja też nie wiem, co się stało. Wyjdźmy się rozejrzeć.

Kilka chwil później niewielka grupa mężczyzn opuściła budynek liceum, kierując się na parking. Na widok Mike’a dziesiątki związkowców ruszyły w jego stronę. Większość z nich zachowała na tyle rozsądku, żeby zostawić trunki w samochodach.

Mike rozpoczął wstępne oględziny od szkoły. Na żadnej z białobeżowych ścian budynków nie doszukał się śladów zniszczeń.

— Wszystko wydaje się w porządku — mruknął Ed z wyraźną ulgą. Liceum liczące sobie zaledwie dwadzieścia kilka lat zostało wzniesione przy dużym udziale ochotników i było prawdziwą chlubą tej okolicy. A szczególną chlubę przyniosło swemu dyrektorowi.

Mike spojrzał na zachód, w kierunku Grantville. Oddalone o jakieś trzy kilometry miasteczko schowane było za wzgórzami, charakterystycznym elementem krajobrazu Wirginii Zachodniej. Ale tam również nie dostrzegł niczego niepokojącego.

Skierował wzrok na południe. Liceum zbudowano na łagodnym wzniesieniu na północ od Buffalo Creek, małej rzeczki płynącej równolegle do drogi numer 250. Wzgórza rozciągające się po drugiej stronie dolinki były strome i zalesione. Mieszkała tam tylko garstka ludzi w przyczepach kempingowych.

Wciąż nic. Jego wzrok przesuwał się wzdłuż autostrady w stronę Fairmont, dużego miasta oddalonego o jakieś dwadzieścia pięć kilometrów na wschód.

„Zaraz, zaraz… Tam chyba widać dym”.

Wskazał na wzgórza położone na południowy wschód od szkoły.

— Coś się pali. Tam.

Wszyscy spojrzeli w kierunku, który wskazywał palec Mike’a.

— Można się było tego spodziewać — burknął Frank. — Jazda, Ed, dzwonimy po strażaków. — Skarbnik związku i dyrektor liceum ruszyli w kierunku dwuskrzydłowych drzwi do szkoły. Nagle przystanęli, ujrzawszy mężczyznę, który właśnie stamtąd wychodził.

— Ej, Dan! — Frank wskazał unoszące się w oddali smużki dymu. — Spróbuj się połączyć z ochotniczą strażą. Mamy tu problem!

***

Komendant policji Grantville nie tracił czasu i żwawo ruszył w kierunku swojego wozu.

Niestety, z jakiejś przyczyny radio nie działało. Nie słychać było niczego poza trzaskami i szumami. Klnąc pod nosem, Dan podniósł wzrok na Piazzę.

— Musisz skorzystać z telefonu, Ed! — krzyknął. — Radio nie działa.

— Telefony też nie działają! — odpowiedział Piazza. — Wyślę tam kogoś samochodem!

Popędził z powrotem w kierunku szkoły.

— I przy okazji skontaktuj się z doktorem Adamsem! — zawołał komendant do oddalającego się dyrektora. — Możemy potrzebować pomocy medycznej!

W tym czasie Mike, Frank i inni górnicy już zaczęli uruchamiać swoje półciężarówki. Dan Frost nie był w najmniejszym stopniu zdziwiony faktem, że nie zapytali, czy mogą jechać razem z nim. W gruncie rzeczy nie spodziewał się niczego innego.

Dan dostał kiedyś propozycję pracy w policji w dużym mieście, oczywiście za odpowiednio wyższą pensję. Zanim ją odrzucił, namyślał się jedynie przez jakieś trzy sekundy. Dan Frost widział, jak pracuje policja w dużych miastach („dziękuję, postoję”), dlatego wołał pozostać w swojej małej mieścinie, gdzie przynajmniej mógł być gliną, a nie okupantem.

Wdrapał się do swojego cherokee i uruchomił silnik. Omiótł spojrzeniem wnętrze pojazdu — strzelba była w futerale na tylnym siedzeniu, a w schowku na rękawiczki znajdowała się dodatkowa amunicja do pistoletu — i usatysfakcjonowany wychylił głowę przez okno. Zobaczył Mike’a Stearnsa podjeżdżającego do niego swoją ciężarówką. Ze zdziwieniem stwierdził, że na fotelu pasażera siedzi jakiś czarnoskóry mężczyzna.

— Doktor Nichols jest chirurgiem i chce nam towarzyszyć — wyjaśnił Mike. Wskazał kciukiem ponad ramieniem. — Jego córka Sharon pojedzie razem z Frankiem. Okazuje się, że jest wykwalifikowaną sanitariuszką.

Chwilę później cherokee Dana zjeżdżał w dół asfaltową szosą prowadzącą do drogi numer 250. Za nim jechały trzy pikapy i van, a w nich ośmiu górników w towarzystwie Jamesa i Sharon Nicholsów. Patrząc w boczne lusterko, Dan dostrzegł tłum wylewający się z budynku liceum. Było w tym coś zabawnego; wyglądali jak stadko gdaczących kur, które przybyły na wesele w swoich najbardziej odświętnych ubraniach.

Skręcił w lewo i wjechał na drogę numer 250. Była to porządna dwupasmówka; chociaż wiła się między wzgórzami, na wielu odcinkach z powodzeniem można było jechać nawet osiemdziesiątką. Dan prowadził jednak znacznie spokojniej niż zazwyczaj. Wciąż nie bardzo wiedział, co się dzieje. Tamten błysk nie wyglądał normalnie. Przez ułamek sekundy myślał nawet, że to początek wojny nuklearnej.

Jednak jak daleko sięgał wzrokiem, wszystko było w porządku. Mijał właśnie Buffalo Creek. Po drugiej stronie rzeki, u podnóża wzgórz, gdzie tory kolejowe przebiegały równolegle do drogi, mignęły mu między drzewami dwie przyczepy kempingowe. Były rozklekotane i podniszczone, ale poza tym wyglądały zwyczajnie.

Dan wyjechał zza zakrętu i natychmiast wcisnął hamulec. Droga ni stąd, ni zowąd kończyła się wysoką na jakieś dwa metry błyszczącą ścianą. Obok stało małe auto, które wpadło w poślizg i uderzyło w nią bokiem. Maska samochodu pokryta była oderwanymi fragmentami ściany (Dan zdał sobie sprawę, że to ziemia). Przez okno kierowcy widać było wpatrującą się w policjanta przerażoną kobietę.

— Jenny Lynch — mruknął Dan i spojrzał na stojącą w poprzek drogi ścianę. — Co tu się dzieje, do jasnej cholery?!

Wysiadł z auta. Słyszał, że tamci też już dojechali i wysiadają. Podszedł do rozbitego samochodu i zastukał w szybę. Jenny powolutku ją opuściła.

— Wszystko w porządku?

Młoda, pulchna kobieta pokiwała niepewnie głową.

— No… chyba tak, Dan. — Przejechała drżącą dłonią po twarzy. — Czy ja kogoś zabiłam? Nie mam pojęcia, co się stało — mówiła bardzo szybko. — Był jakiś błysk… Chyba coś wybuchło, sama nie wiem… A potem ta ściana. Skąd ona się w ogóle wzięła? Musiałam hamować, zarzuciło mnie… Ja… nie mam pojęcia, co tu się stało… Po prostu nie mam pojęcia.

Dan poklepał ją po ramieniu.

— Uspokój się, Jenny. Nikogo nie skrzywdziłaś, jesteś po prostu w lekkim szoku. — Przypomniał sobie o Nicholsie. — Jest z nami lekarz. Poczekaj chwi…

Właśnie miał się odwrócić, gdy zobaczył, że Nichols już stoi obok. Lekarz delikatnie odsunął Dana i szybko zbadał kobietę.

— Chyba nic poważnego — powiedział. — Wyciągnijmy ją z samochodu. — Otworzył drzwi i wraz z Danem pomogli Jenny wyjść. Poza bladością i ogólnym roztrzęsieniem kobieta nie sprawiała wrażenia rannej.

— Pozwól tu na chwilę, Dan — rzekł Mike. Przewodniczący związku zawodowego górników kucał przy tajemniczej ścianie i dłubał w niej scyzorykiem. Komendant się zbliżył. — To jest po prostu ziemia — stwierdził Mike. — Najzwyczajniejsza w święcie ziemia. — Odłupał ze ściany kolejny fragment. W momencie, gdy spójność ściany została zaburzona, świecąca substancja zmieniła się w garść proszku. — To się świeci tylko dlatego, że… — Mike szukał właściwych słów. — No to jest tak, jakby ktoś tę ziemię przeciął idealnie ostrą brzytwą. — Ponownie zaczął dźgać ścianę. — Widzisz? Jak tylko przebijesz wierzchnią warstwę, zostaje zwykła ziemia. Ale kto to, do cholery, zbudował? I skąd to się mogło wziąć?

Rozejrzał się uważnie. „Ściana” przecinała drogę i ciągnęła się po obydwu jej stronach. Wyglądało to zupełnie tak, jakby ktoś sczepił ze sobą dwa diametralnie odmienne krajobrazy. Po południowej stronie widać było część typowego dla Wirginii Zachodniej wzgórza, tylko że teraz przypominało ono pionowe urwisko. Błyszczało tak samo jak ściana przecinająca drogę, z wyjątkiem miejsc, z których osypała się ziemia.

Dan wzruszył ramionami. Już chciał coś powiedzieć, kiedy nagle usłyszał potworny wrzask. Zaskoczony, poderwał się i spojrzał w górę. Jakieś ciało przeleciało nad ścianą i zwaliło się z łoskotem prosto na niego.

Siła uderzenia sprowadziła go do parteru. Jak przez mgłę zobaczył obszarpaną nastolatkę. Dziewczyna zerwała się i nie przestając wrzeszczeć, rzuciła się rozpaczliwie w dół zbocza.

Oszołomiony Dan zaczął się podnosić. To wszystko działo się za szybko. Ledwie dziewczyna zniknęła, ujrzał dwie nowe postacie wychylające się zza muru.

„Mężczyźni. Uzbrojeni”.

Mike był odwrócony do nich plecami i częściowo zasłaniał mu widok. Dan odepchnął go i sięgnął po pistolet. Jeden z mężczyzn zaczął podnosić karabin. Drugi zaraz poszedł w jego ślady. „Karabin? Co to za dziwaczna broń?”.

Dan wyszarpnął pistolet z kabury.

— Nie ruszać się! — krzyknął. — Rzućcie broń!

Pierwszy karabin wypalił, wydając z siebie dziwny huk. Dan usłyszał, jak pocisk rykoszetuje od nawierzchni jezdni, i zobaczył, że Mike rzuca się na ziemię. Chwycił oburącz broń, wycelował…

Kula z drugiego karabinu rozorała mu lewe ramię. Dan upadł na bok.

Nie bardzo rozumiał, co się dzieje. Tak naprawdę nigdy do nikogo nie strzelał. Był jednak policyjnym instruktorem technik bojowych i godzinami przesiadywał na strzelnicy oraz przy symulatorach, więc chwycił pistolet w prawą dłoń i ponownie wycelował.

Dopiero teraz zauważył, że osobnik ma na sobie jakąś zbroję. I hełm. Dan był doskonałym strzelcem, a odległość była niewielka. Strzelił. Potem jeszcze raz. Pociski kaliber 10,16 milimetra rozerwały szyję mężczyzny.

Następnie skierował broń w lewo. Drugi osobnik wciąż stał na murze i robił coś z bronią. On również miał zbroję, ale nie nosił hełmu. Dan wystrzelił. I jeszcze raz. I znowu. Trzy strzały w mniej niż dwie sekundy. Głowa mężczyzny zmieniła się w krwawą miazgę. Osunął się na kolana, broń wypadła z jego palców. Chwilę później zarówno on, jak i jego karabin runęli w dół.

Dan poczuł, że jego zakrwawione ciało staje się bezwładne. Mike złapał go i położył na ziemię.

Zaczynał tracić przytomność. „To chyba szok. Tracę dużo krwi”. Ujrzał pochyloną nad nim rozmazaną twarz czarnoskórego lekarza. Stopniowo rozróżniał coraz mniej szczegółów.

Musi coś zrobić. I to szybko.

— Mike — wyszeptał — mianuję cię moim zastępcą. Ciebie i twoich kolegów. Sprawdźcie, co tu, do cholery… — Stracił na chwilę przytomność, lecz zaraz się ocknął. — Po prostu zróbcie wszystko, co trzeba…

I zemdlał.

— Co z nim? — zapytał Mike.

Nichols pokręcił głową. Starał się zatamować krwawienie chustką do nosa, jednak materiał już powoli przesiąkał krwią.

— Myślę, że to tylko powierzchowna rana — mruknął. — Ale, Chryste Panie, z czego oni strzelali? Ze strzelb? Przecież o mały włos nie urwało mu ręki. Sharon, chodź tu! Natychmiast!

Odetchnął z ulgą, widząc córkę podbiegającą z zestawem pierwszej pomocy — Frank Jackson musiał go trzymać w ciężarówce — i jakiegoś górnika wyciągającego z samochodu kolejny zestaw. „Dziękujmy Bogu za tych wiejskich chłopaków” — pomyślał z uśmiechem.

Podczas gdy Nichols wraz z córką opatrywali Dana, jeden z górników podniósł upuszczoną przez napastnika broń. Był to Ken Hobbs. Niedawno przekroczył sześćdziesiątkę i podobnie jak wielu mężczyzn w tych stronach miał hopla na punkcie starodawnej broni palnej.

— Możesz na to spojrzeć, Mike? — zapytał, demonstrując znalezisko. — Klnę się na Boga, że to jest pierdolona rusznica!

Hobbs zaczerwienił się, gdyż dopiero teraz zauważył Sharon pomagającą swojemu ojcu.

— Pani wybaczy, tak mi się wymskło.

Ale Sharon nie zwróciła na niego uwagi, zbyt zajęta opatrywaniem rany. Dan nie otwierał oczu, jego twarz była blada jak kreda.

Mike odwrócił się do Hobbsa. Na zwiędłej twarzy mężczyzny, ściągniętej teraz w wyrazie zdumienia, utworzyła się istna pajęczyna zmarszczek.

— Przysięgam, Mike, to jest rusznica. Mam takie na zdjęciach w domu.

Zbliżył się do nich kolejny górnik, Hank Jones.

— Ty lepiej z tym uważaj — mruknął. — No wiesz, muszą być odciski palców.

Hobbs już miał go skląć, ale przypomniał sobie o obecności Sharon, więc zamiast wulgarnych słów wydobył z siebie tylko syk.

— A powiesz mi po co, Hank? Żebyśmy mogli dorwać podejrzanego? — Wskazał na zwłoki leżące u stóp dziwnej ściany. — Jakbyś nie zauważył, to Dan już odstrzelił gościowi łeb.

Kolejny górnik wdrapał się na ścianę i oglądał trupa drugiego z mężczyzn.

— Tutaj to samo! — zaśmiał się ochryple. — Dwie kule na wylot przez szyję.

Darryl McCarthy był niewiele po dwudziestce i absolutnie nie podzielał staromodnych oporów Hobbsa co do przeklinania w obecności kobiet. Tym razem również nie zamierzał robić wyjątku.

— Sukinsynowi prawie odpadł łeb! — wydarł się. — Trzyma się tylko na jakichś trzech paskach mięsa!

Potem spojrzał z niekłamanym podziwem na nieprzytomnego Dana.

— Obydwie kule trafiły kolesia prosto w gardło. Rozjebały mu szyję.

— Kiedy następnym razem będziemy w „Szczęśliwej Drogi” i Dan powie, że za dużo wypiłem, to przypomnijcie mi, żebym mu nie pyskował — wymruczał Frank Jackson. — Wszyscy zawsze mówili, że świetnie strzela.

Mike przypomniał sobie o dziewczynie. Wyprostował się i spojrzał w kierunku rzeki, dokąd uciekła.

— Pewnie jest już ponad pół kilometra stąd — powiedział Hank i wskazał palcem na południowy zachód. — Widziałem, jak się gramoliła na drugi brzeg. Musiało być płytko. Zniknęła gdzieś tam wśród drzew. — Jego twarz zmieniła się w dziką maskę. — Całą sukienkę z tyłu miała rozerwaną, Mike. — Spojrzał ze wściekłością na leżącego na drodze trupa. — Myślę, że próbowali ją zgwałcić.

Mike skierował wzrok na zwłoki, a następnie na ścianę i rozciągającą się za nią niezbadaną przestrzeń. Cienkie smugi dymu wciąż były widoczne.

— Panowie, tu się dzieje coś niedobrego — oznajmił. — Nie wiem co, ale na pewno coś niedobrego. — Pokazał palcem na trupa. — Myślę, że na tym się nie skończy.

Frank zbliżył się do ciała i pochylił nad nim.

— Popatrz na tę dziwaczną zbroję. Co o tym myślisz, Mike? Jacyś popieprzeni miłośnicy szkoły przetrwania?

Mike wzruszył ramionami.

— Nie mam pojęcia, Frank. Ale skoro było dwóch, czemu miałoby ich nie być więcej? — Wskazał Dana. Doktor Nichols chyba wreszcie zatamował upływ krwi. — Słyszeliście, panowie, co szef powiedział. Zastępujemy go i mamy zrobić wszystko, co uważamy za stosowne.

Górnicy przytaknęli skinieniem głowy i podeszli odrobinę bliżej.

— No to łapiemy się za broń, chłopaki. Dobrze wiem, że każdy z was ma tam coś upchane w wozie. Ruszamy na polowanie.

Mężczyźni udali się do swych pojazdów. Po chwili namysłu Mike zmienił decyzję.

— Ty zostajesz, Ken. Musisz zabrać Dana z powrotem do szkoły. Mają tam gabinet lekarski.

Widząc, że stary Hobbs patrzy nań podejrzliwie, dodał krótko:

— Nie kłóć się ze mną! Jesteś na to za stary, do jasnej cholery. I tylko ty masz vana. To chyba lepsze niż wpychanie Dana do pikapa.

Nieco udobruchany Hobbs skinął głową.

— Pójdę po broń. Przyda się wam.

Mike usłyszał, że Nichols coś mówi do córki. Chwilę później medyk się podniósł.

— Sharon zaopiekuje się nim równie dobrze jak ja — powiedział. — To tylko powierzchowna rana. Spora, owszem, ale to nic poważnego. Sharon pojedzie z nim do szkoły.

Mike uniósł ze zdziwienia brew. Nichols uśmiechnął się niewyraźnie.

— Idę z wami. — Kiwnął głową w kierunku ściany. — Sam pan powiedział, że tam się dzieje coś niedobrego. Myślę, że się wam przydam po drodze.

Mike się zawahał. Spojrzał na surową twarz lekarza (jego uśmiech był bardzo niewyraźny) i wreszcie skinął głową.

— Jak dla mnie w porządku, panie doktorze. — Zerknął na Prosta. — Weźmie pan jego broń? Przyda się panu.

Podczas gdy Nichols zajął się odpinaniem kabury, Mike udał się do swojego pikapa. Wydobycie broni ze schowka za siedzeniem zajęło mu zaledwie kilka sekund. Wziął też pudełko z nabojami. Miał rewolwer magnum, kaliber 9 milimetrów. Był to Smith-Wesson, model 28 — „Highway Patrolman” z zamontowanym celownikiem. Całe szczęście, że tego dnia Mike założył pasek zamiast szelek. Przypiął kaburę do paska, a amunicję wepchnął do obszernej kieszeni wypożyczonego smokingu.

Następnie podszedł do jeepa Dana i wyjął stamtąd strzelbę. Znalazł też dwa opakowania z nabojami. Jedno zawierało naboje, kaliber 10,16 milimetra, zaś w drugim był gruby śrut kaliber 8,38 milimetra; właśnie takimi pociskami broń była teraz załadowana. Wyciągnął sześć nabojów do strzelby i upchnął je w kieszeniach spodni. Z całym tym arsenałem czuł się jak człapiąca kaczka.

„Pieprzyć to. Wolę być kaczką uzbrojoną po zęby niż wystawioną na odstrzał”.

Tymczasem Sharon wraz z Hobbsem umieścili Dana na tylnym siedzeniu furgonetki. Jenny Lynch doszła już do siebie na tyle, że mogła im pomóc. Kilkadziesiąt sekund później pojazd był już w drodze powrotnej do liceum.

Związkowcy zgromadzili się wokół Mike’a. Każdy z nich miał w ręku broń. W większości były to pistolety; tylko Frank miał swój ukochany karabin powtarzalny winchester, a Harry Lefferts…

— Na litość boską, Harry — wybuchnął Mike. — Postaraj się, żeby Dan cię z tym nie zobaczył.

Harry wyszczerzył zęby. Był rówieśnikiem Darryla — a także jego najlepszym kumplem — i podobnie jak on miał dosyć beztroskie podejście do życia.

— A co złego jest w obrzynie? — zapytał. Potem wskazał podbródkiem pozostałych kolegów. — A każdy z nich niby jest w porządku? Chyba jeszcze jedna nielegalna spluwa nie robi różnicy, co? W końcu jesteśmy tutaj sami swoi.

Kilka osób zachichotało. Mike się skrzywił.

— No dobra, ale z czymś takim musisz podejść zajebiście blisko. Pamiętaj, że tamci nosili zbroje.

Odwrócił się do doktora i wręczył mu opakowanie z pociskami, kaliber 10,16 milimetra, które znalazł w schowku na rękawiczki. Nie był specjalnie zaskoczony, widząc, z jaką wprawą lekarz przeładowuje broń.

— Nieźle was wyszkolili w tej piechocie — mruknął.

Nichols prychnął.

— Taaa, jasne, w piechocie. Umiałem się z tym obchodzić, zanim skończyłem dwanaście lat. — Zważył automat w dłoni. — To jest szkolenie Blackstone Rangers2. Dorastałem o rzut kamieniem od Sześćdziesiątej Trzeciej i Cottage Grove. — Czarnoskóry doktor rzucił białym szelmowskie spojrzenie. — Panowie — powiedział — piechota morska czuwa nad wami. Nie wspominając o najgorszym getcie w Chicago. Do roboty.

Górnicy uśmiechnęli się szeroko.

— Fajnie, że jest pan z nami, doktorze — rzucił Frank.

Mike odwrócił się i ruszył w kierunku ściany.

— Słyszeliście, panowie. Do roboty.

Khe Sanh — amerykańska placówka w Wietnamie Południowym. [wróć]

Blackstone Rangers — słynny w latach sześćdziesiątych XX wieku gang chicagowski. [wróć]

Rozdział 3

Mike stanął na samochodzie Jenny i zaczął się wspinać. Gdy tylko oparł stopę na ścianie, na pojazd posypały się kolejne grudy ziemi. Złorzecząc pod nosem, zdołał jakoś wgramolić się na górę.

Tam w pierwszej kolejności obejrzał swój smoking. Efekt wyczynu sprzed chwili — a także rzucenia się na ziemię na początku strzelaniny — był taki, że eleganckie niegdyś ubranie nadawało się teraz tylko na szmatę do podłóg.

„W wypożyczalni nie będą zbyt szczęśliwi, ale…”

Podał Frankowi dłoń i pomógł mu się wspiąć.

— Ostrożnie — napomniał go. — Ta ściana jedynie wygląda na solidną przez to, że tak błyszczy, ale to tylko zwykła ziemia.

Przez ten czas, gdy Frank pomagał następnym wgramolić się na górę, Mike rozejrzał się po okolicy.

Po nowej okolicy. To, co ujrzał, potwierdziło jego przypuszczenia.

„W obecnej chwili wypożyczalnia to prawdopodobnie jeden z najmniej ważnych problemów”.

Okazało się, że „ściana” wcale nie jest żadną ścianą. Była to po prostu krawędź ciągnącej się w dal równiny. Ale w północnej części Wirginii Zachodniej nigdzie nie było tak wielkiej połaci płaskiego terenu. Słońce zaś…

— Co się dzieje, Mike? — Frank przerwał jego rozważania. — Nawet to cholerne słońce jest po drugiej stronie. Przecież powinno być tam. — Wskazał na południe.

„A może to nie jest południe? Sądziłbym raczej, że stoimy twarzą na północ, a nie na wschód, tak jak powinno być”.

Szybko odsunął te myśli na bok. Później. Teraz są ważniejsze sprawy na głowie. Znacznie ważniejsze.

Równina była gęsto porośnięta drzewami, jednak nie na tyle gęsto, żeby Mike nie dostrzegł jednej… dwóch… trzech chat stojących wśród pól. Najbliższa z nich była oddalona o niecałe sto metrów.

Wystarczająco blisko, żeby uważnie się przyjrzeć.

— Jezu — syknął Frank.

Dwie dalsze chaty stały w płomieniach. Ta najbliższa była budowlą całkiem sporych rozmiarów. W przeciwieństwie do znanych Mike’owi chat zbudowana była głównie z kamienia. Ręcznie ciosanego, jak zdołał zauważyć. I gdyby nie to, że chata sprawiała wrażenie aktualnie zamieszkanej (ta pełna godności atmosfera panująca w miejscu, w którym ludzie pracują), Mike mógłby przysiąc, że ogląda średniowieczny budynek.

Oględziny domostwa zajęły mu jednak tylko dwie sekundy. W gospodarstwie nadal „pracowano”, ale przy biernym udziale gospodarzy.

Zacisnął zęby. Wyczuł, że stojącego obok Franka również ogarnia wściekłość. Obejrzał się. Wszyscy górnicy stali obok siebie, wytrzeszczając oczy na rozgrywającą się przed ich oczami scenę.

— Dobra, panowie — powiedział łagodnie. — Widzę sześciu skurwieli. Być może w środku jest ich więcej. Trzech napastuje kobietę na podwórku. Pozostali trzej… — Ponownie spojrzał na ten przerażający obraz. — Właściwie nie wiem, co oni robią. Chyba przybili tamtego faceta do drzwi i teraz go torturują.

Powoli i delikatnie Frank umieścił nabój w komorze karabinu. I chociaż kompletnie nie współgrało to z jego strojem, w tym momencie sprawiał wrażenie zawodowego mordercy.

— Jaki mamy plan? — zapytał.

— W gruncie rzeczy nie jestem gliniarzem — wycedził Mike przez zęby — a raczej nie mamy czasu, żeby się bawić w szukanie kajdanków w jeepie Dana. — Spojrzał z furią na tę scenę gwałtu i przemocy. — Nie zamierzam im odczytywać ich praw. Po prostu trzeba ich, kurwa, zabić.

— Jak dla mnie w porządku — warknął Darryl. — Nie mam nic przeciwko karze śmierci. Nigdy nie miałem.

— Ja również — mruknął inny górnik. Był to Tony Adducci, postawny mężczyzna świeżo po czterdziestce. Podobnie jak w przypadku wielu tutejszych górników, w żyłach Tony’ego płynęła włoska krew, co zresztą widać było po cerze i rysach twarzy. — Kompletnie nic.

Tony, tak samo jak Mike, trzymał w ręku pistolet. Lewą dłonią pospiesznie zdjął krawat i ze złością wepchnął go do kieszeni. Pozostali wzięli z niego przykład. Żaden jednak nie zdjął marynarki. Wszyscy byli doświadczonymi myśliwymi i wiedzieli, że ich popielate, brązowe i granatowe marynarki będą stanowiły znacznie lepszy kamuflaż niż białe koszule. Po zdjęciu krawatów (lub w przypadku Mike’a muszki) górnicy rozpięli kołnierzyki koszul. Pierwszy raz w życiu „zapolują” w odświętnym ubraniu, mając na nogach eleganckie buty zamiast trepów.

Mike ruszył pod osłoną kępy drzew w kierunku budynku. „Brzozy — zarejestrował mimochodem. — To też nieco dziwne”. Głównie jednak niepokoił go fakt, że smukłe pnie drzew nie zasłaniały ich tak, jak by sobie tego życzył. Na szczęście bandyci byli zaprzątnięci swymi rozrywkami i zupełnie nie zwracali uwagi na to, co się dzieje wokół.

Górnicy zbliżyli się niezauważeni i przykucnęli, ukryci za drzewami tuż na granicy podwórza. Gwałcona kobieta była nie więcej niż dwanaście metrów od nich. Mike odwrócił wzrok, ale do jego uszu wciąż docierały jej rozdzierające jęki. A także ochrypły śmiech napastników. Jeden z mężczyzn — ten, który przyciskał ramiona kobiety do ziemi — rzucił jakąś szyderczą uwagę do tego, który przygniatał ciało ofiary. Gwałciciel odwarknął coś w odpowiedzi.

Mike nie rozumiał słów, ale wydawało mu się, że mówią po niemiecku. Podczas swego pobytu w wojsku stacjonował przez rok w Niemczech, nie zapamiętał jednak niczego więcej oprócz kluczowego zwrotu: Ein Bier, bitte.

— To są obcokrajowcy — mruknął Darryl. Twarz młodzieńca wykrzywiał gniew. — Za kogo oni się uważają, żeby tak, kurwa, przychodzić do nas i…

Mike nakazał gestem ciszę. Znów zaczął się przyglądać bandytom.

Każdy z nich miał na sobie taką samą przedziwną zbroję. Mieli też jakieś cudaczne hełmy, choć ci, którzy gwałcili kobietę, rzucili swoje na ziemię nieopodal. Mężczyźni znęcający się nad rolnikiem byli w pełnym rynsztunku, ale broń oparli o ścianę domu. Z daleka ich „karabiny” wyglądały dokładnie tak samo jak broń, z której postrzelono komendanta.

Pancerze i hełmy przywodziły Mike’owi na myśl rysunki przedstawiające hiszpańskich konkwistadorów. Hełmy wyglądały jak metalowe garnki z kołnierzami zwężającymi się z przodu i z tyłu w szpic. O ile dobrze pamiętał, takie pancerze ze stalowych płyt osłaniających pierś i plecy, związanych rzemieniami, nazywały się „kirysy”. Poza starodawną bronią palną napastnicy uzbrojeni byli jeszcze w…

Miecze?

Ponownie spojrzał w kierunku trzech mężczyzn znęcających się nad kobietą. Nie mieli przy sobie mieczy; schowane w pochwach ostrza leżały niedbale porzucone tuż obok broni palnej. Chociaż Mike nigdy w życiu się nad tym nie zastanawiał, był w stanie wyobrazić sobie, jak uciążliwe mogą być przypięte miecze w sytuacji gwałtu. Wystarczyło spojrzeć na tych mężczyzn i od razu widać było, że takie praktyki to dla nich żadna nowość.

„Już po was”. Ponura myśl. Ostateczna.

Odwrócił się do Franka.

— Tylko ty masz karabin — szepnął mu na ucho. — Możesz zdjąć tych gości przy drzwiach? Pamiętaj, że mają zbroje. Nie celuj w korpus.

Ciężkie wrota budynku były otwarte na oścież. Wiszący na nich rolnik miał przebite nożami nadgarstki. Mężczyzna stojący na wprost niego wbijał kolejne ostrze w jego udo przy akompaniamencie pokrzykiwań pozostałej dwójki. Mike doszedł do wniosku, że są świadkami jakiegoś przesłuchania. Ale był to daremny trud, gdyż rolnik wrzeszczał z bólu, nieświadom zadawanych mu pytań.

— Trzydzieści pięć metrów? — parsknął Frank. — Spokojna głowa. Jedna taka bomba w dupę załatwi każdego cwaniaka.

Mike kiwnął głową. Odwrócił się i przywołał gestem Harry’ego Leffertsa.

Na widok jego dubeltówki z obciętą lufą skrzywił się.

— Zapomnij o tym badziewiu. Tam są też niewinni ludzie. — Wręczył Harry’emu broń, którą zabrał z cherokee Dana. — Weź to. Jest naładowana grubym śrutem. Amunicja jest w środku, sprawdzałem. Jak już Frank przypieprzy tym gościom przy drzwiach, wtedy ty wkraczasz do akcji. Będzie celował w nogi, tam nie mają osłony. Ty masz ich dobić, gdy już znajdą się w parterze.

Harry skinął głową. Wepchnął obrzyna pod rosnący nieopodal krzak i wziął strzelbę Dana. Mike sięgnął do kieszeni i podał mu dodatkowe naboje do strzelby. Potem przyjrzał się pozostałym kolegom. Podobnie jak on, mieli przy sobie jedynie pistolety i rewolwery.

Doszedł do wniosku, że nie ma sensu silić się na jakąś wielką strategię. Poza tym…

„Nie dam rady dłużej tego słuchać”.

— Frank — szepnął — nie strzelaj, dopóki ja nie zacznę.

Chwilę później Mike kroczył w kierunku gwałcicieli. W prawej dłoni trzymał rewolwer. Szedł szybko, ale nie biegł. Minęły lata, odkąd Mike boksował zawodowo, jednak nabyte wtedy doświadczenie wzięło teraz górę. „Spokojnie, spokojnie, opanuj się, to tylko zwykła walka”. Coś mu mówiło, że wygląda idiotycznie, wkraczając w samo oko cyklonu w smokingu i lakierkach, ale szybko odsunął te myśli na bok.

Pierwszy zauważył go bandzior, który kucał niecały metr od kobiety. Mężczyzna przyglądał się scenie gwałtu z dziką żądzą w oczach. Na widok Mike’a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

Mike przystanął, uklęknął, przyjął pozycję strzelecką i wycelował. Jakąś częścią umysłu zarejestrował błyskawiczną reakcję człowieka, którego zaraz miał zastrzelić, i zrobiło to na nim wrażenie. „Zna się na rzeczy”. Mężczyzna już się podnosił i ostrzegał krzykiem towarzyszy.

„Obydwie dłonie, chwyć mocno, odbezpiecz. Spokojnie, spokojnie. Środek masy. Naciśnij”.

Tak jak zawsze, magnum wystrzeliło z potężnym hukiem i mocno szarpnęło dłonią Mike’a. Kula wbiła się w ramię mężczyzny i rzuciła nim o ziemię. Trwało to ułamek sekundy, nie więcej. Być może mężczyzna jeszcze żył, ale z całą pewnością był unieszkodliwiony.

Do uszu Mike’a dotarły głuchy trzask karabinu Franka i pokrzykiwania Harry’ego. Nie zwracał uwagi na te dźwięki; zignorował je tak, jak niegdyś puszczał mimo uszu ryk tłumu zebranego wokół ringu. Teraz był gotów zabić bandziora, który przytrzymywał kobietę za ramiona. Był dokładnie na wprost niego. Mike widział tylko rozdziawione usta mężczyzny, reszta twarzy była jednolitą plamą. Bandyta puścił kobietę i zaczął się podnosić.

„To tylko zwykła walka. Odbezpiecz, pojedynczy strzał jest bardziej precyzyjny. Środek masy…”

Magnum ryknęło po raz drugi. Mężczyzna dostał kulą w klatkę piersiową i runął na wznak z takim impetem, jakby go potrącił samochód ciężarowy. Mike wiedział, że bandyta jest martwy, zanim jeszcze upadł na ziemię.

Został jeszcze jeden, w opuszczonych spodniach.

Gwałciciel zaczął coś wołać, ale Mike znowu nie był w stanie nic zrozumieć. Wyczuwał tylko jego strach. Mężczyzna zlazł z kobiety i rozpaczliwie próbował się podnieść, ale zamotał się w spodnie i upadł na twarz.

Mike podniósł broń, gotów zabić napastnika, ale wstrzymał się, widząc, że doktor Nichols już jest przy nim. Było coś z chirurgicznej precyzji w sposobie, w jaki medyk z bliska wypalił bandycie w tył głowy. Raz i drugi.

„I to by było na tyle”. Mike zdał sobie teraz sprawę, że słyszał kilka wystrzałów z karabinu Franka. Spojrzał w kierunku chaty.

Jeden z bandytów klęczał, rozpłaszczony o ścianę budynku. Pośladki miał oblepione krwią. Mike nie miał wątpliwości, że to właśnie on był pierwszym celem Franka. Pomimo że lubił się nabijać z jego zamiłowania do tej koszmarnej broni, wiedział, że jest on zarówno fenomenalnym strzelcem, jak i jednym z najbardziej odpowiedzialnych ludzi, jakich w życiu spotkał. Frank mierzył w dolny odcinek kręgosłupa mężczyzny, tuż poniżej kirysu.

„Bez wątpienia sparaliżowany. Pewnie jest martwy albo właśnie umiera”.

Pozostali dwaj wili się na ziemi, trzymając się kurczowo za nogi i wrzeszcząc. Nadbiegał Harry. Młody górnik zatrzymał się gwałtownie kilka metrów od nich, wepchnął nabój do komory, wycelował i strzelił. Chociaż targała nim wściekłość, trafił pierwszego z nich w szyję, która nie była osłonięta ani hełmem, ani pancerzem. Bandyta praktycznie stracił głowę; jego hełm uderzył o ścianę chaty, furkocząc rzemieniami.

Teraz Harry odwrócił się do drugiego bandyty. „Ładuj, wymierz, strzelaj”. Kolejny hełm pofrunął, młócąc powietrze skórzanymi paskami. Dla świętego spokoju — nie ma tu miejsca na litość — Harry załadował kolejny nabój, zrobił krok do przodu i wypalił w klęczącego pod ścianą sparaliżowanego mężczyznę. Odległość wynosiła nie więcej niż metr. Tym razem hełm nie spadł, ale tylko dlatego, że odleciała cała głowa. Z kikuta szyi trysnęła krew, malując kamienną ścianę w szkarłatny deseń.

Nagle Mike dostrzegł jakiś ruch w głębi budynku. Zanurkował.

— Harry, padnij! Na ziemię!

Gdyby nie Mike, Harry najprawdopodobniej już by nie żył. Młody górnik rzucił się w lewo w momencie, gdy z głębi domu padł strzał, dlatego kula trafiła go tylko w bok. Padł na ziemię, skowycząc, ale w jego głosie słychać było bardziej zaskoczenie i wściekłość niż ból. Mike mógłby się założyć, że rana była tylko powierzchowna.

— Osłaniaj mnie, Frank! — zawołał, pędząc do drzwi. Słyszał, że winchester Franka ponownie wypalił. Nie widział, dokąd lecą kule, ale wiedział, że Frank będzie strzelał w drzwi, żeby odpędzić ukrytego tam napastnika. Kątem oka dostrzegł, że James Nichols i Tony Adducci strzelają w małe okna rozmieszczone wzdłuż ściany domu. Słyszał, jak drewniane okiennice rozlatują się w drzazgi.

Mike dotarł do drzwi i przywarł plecami do ściany. Po drugiej stronie drzwi wisiał nieprzytomny, zalany krwią mężczyzna. Jego ciężar — był w średnim wieku i miał wydatny brzuch — sprawiał, że dziury w nadgarstkach niebezpiecznie się powiększały.

„Chryste, wykrwawi się na śmierć”. Mike natychmiast podjął decyzję. Skoczył w kierunku rolnika, narażając się na strzały z wnętrza domu. Nikt jednak nie strzelał. Dwoma szybkimi szarpnięciami usunął noże i ułożył mężczyznę delikatnie na ziemi.

Nic więcej nie mógł w tym momencie zrobić. Wnętrze chaty było tak słabo oświetlone, że niczego nie było widać. Ostrożność w połączeniu z wojskowym przeszkoleniem nakazywała mu zaczekać, aż nadejdą towarzysze. Jednak z drugiej strony…

„Wszystkie te karabiny to jakieś antyki. Jednostrzałowce nabijane od przodu. Założę się, że ten chujek nie miał czasu przeładować”.

Decyzja ponownie była błyskawiczna. Mike rzucił się do środka i przeturlał po ziemi.

Okazało się, że napastnik rzeczywiście nie miał czasu przeładować, ale niestety Mike wpadł prosto na niego.

Poczuł, że ktoś pada mu na plecy. Zaskoczenie oraz impet zderzenia sprawiły, że upuścił broń. Zerwał się jak szalony, próbując zepchnąć z siebie napastnika.

Ale mężczyzna uczepił się Mike’a niczym zapaśnik. Warknął więc i trzasnął przeciwnika łokciem.

„Kurwa!” Zapomniał o kirysie. Lewy łokieć przeszył ból. Ale przynajmniej odepchnął napastnika.

Mike miał instynkt boksera, a nie rewolwerowca, dlatego nawet nie pomyślał o tym, żeby odszukać broń, tylko obrócił się na pięcie i wyprowadził w podbródek bandyty prawy prosty.

Miał na koncie osiem zawodowych walk, z tego pierwszych siedem wygranych przez nokaut, i to najpóźniej w czwartej rundzie. Wycofał się, gdy doszedł do wniosku, że brakuje mu szybkości. Ale nikt nigdy nie mówił, że brakuje mu siły.

Bandzior przeleciał przez całe pomieszczenie i rąbnął w masywny stół. Żuchwa zwisała luźno, złamana, głowa opadła na bok.

Nie pomogła widoczna słabość przeciwnika. Nie pomógł też fakt, że był niższy od Mike’a. Ta walka nie toczyła się według przepisów Queensbury’ego. Mike skoczył do przodu i wymierzył prawą ręką cios w podbrzusze, tuż pod kirysem. A potem jeszcze jeden. Gdyby był tu sędzia, z całą pewnością zdyskwalifikowałby go za każde z tych uderzeń. Następnie był lewy hak, który zgruchotał przeciwnikowi szczękę. Mike był bardzo silnym mężczyzną, a do tego jednym z nielicznych, którzy potrafili się bić. Każdy jego cios był jak uderzenie młotem kowalskim. Już się zamierzał, by ponownie trzasnąć bandytę w twarz, ale w ostatniej chwili się zatrzymał.

„Na miłość boską, Stearns, wystarczy! Już go załatwiłeś”.

Zmusił się do wykonania kilku kroków w tył — zupełnie jakby go odciągał jakiś niewidzialny sędzia. Próbował nieco skupić myśli. Ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że niemal całkowicie owładnęło nim pomieszanie strachu i furii. Czuł się jak ampułka czystej adrenaliny.

Jego przeciwnik zwalił się jak kłoda na ziemię. Mike opuścił ręce i rozprostował obolałe palce. Zapomniał już, jak bardzo się cierpi po walce bez rękawic. Nawet jako zwycięzca.

Zaczęły nim wstrząsać dreszcze; była to opóźniona reakcja na całe zajście. Szczególnie przeżywał strzelaninę. Chociaż w młodości brał udział w wielu burdach, jednak nigdy nikogo nie zabił.

Poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i ujrzał zatroskaną twarz doktora Nicholsa.

— Nic panu nie jest?

Mike pokręcił głową. Zdobył się nawet na słaby uśmiech, po czym podniósł dłonie. Skóra na trzech knykciach była pęknięta i ze skaleczeń sączyła się krew.

— Z tego, co wiem, to chyba nic więcej mi nie dolega.

Nichols wziął jego dłonie w swoje ręce i dokładnie je obejrzał.

— Chyba nic nie jest złamane — mruknął, po czym rzucił okiem na leżącego na klepisku nieprzytomnego mężczyznę. — Ale przy takim ciosie, młody człowieku, następnym razem postaraj się o rękawice. Drań wygląda tak, jakby go ktoś pogłaskał trzonkiem siekiery.

Przez chwilę Mike’owi zakręciło się w głowie. Słyszał, że inni górnicy wtargnęli do budynku w poszukiwaniu kolejnych przeciwników, ale nikogo już nie było. Krew pulsująca mu w skroniach zagłuszyła ich słowa, ale po intonacji wywnioskował, że niebezpieczeństwo minęło.

Wciągnął do płuc tak dużo powietrza, że aż przeszedł go dreszcz, i szybko się otrząsnął, przepędzając zawroty głowy.

— Dziękuję, doktorze — powiedział łagodnie.

Na twarzy Nicholsa nagle wykwitł uśmiech.

— Daj spokój, mów mi James! Chyba zostaliśmy już sobie przedstawieni. A teraz wybacz, ale mam tu ciężko ranne osoby do opatrzenia. Jak na jeden dzień, chyba już zbyt wiele razy złamałem przysięgę Hipokratesa. — I mruknął pod nosem: — Jezu, Nichols, „po pierwsze, nie szkodzić”.

Mike przypomniał sobie o Harrym Leffertsie. I o rolniku oraz kobiecie, która — jak przypuszczał — była jego żoną. Ruszył w ślad za Nicholsem, gotów udzielić wszelkiej pomocy. Nagle jednak przystanął i rozejrzał się w poszukiwaniu Franka.

Jackson stał przy dużym palenisku i oglądał wnętrze budynku. Wyglądało na to, że chata ma tylko jedno pomieszczenie, choć Mike dostrzegł wąziutkie schody — bardziej przypominające drabinę — które prowadziły na wyższe piętro. W budynku panował półmrok; nieliczne okna były tak małe, że wpuszczały do środka jedynie skąpą ilość światła. Mimo tego widział, że wszystko wywrócono tu do góry nogami: bandyci splądrowali dom. Najprawdopodobniej torturowali rolnika po to, żeby wyjawił im miejsce, w którym ukrył jakieś kosztowności.

„Zbyt wiele tu chyba nie mógł mieć”. Pomimo imponującego metrażu i bardzo starannej konstrukcji, Mike nigdy w życiu nie widział równie nędznej chaty. Brakowało oświetlenia, nie było żadnej instalacji kanalizacyjnej. W oknach nie było szyb. Nawet zamiast podłogi była po prostu ubita ziemia.

Napotkał wzrok Franka.

— Zajmę się tym, Mike. Tony już sprawdza na górze. Ty lepiej pomóż doktorowi.

Na zewnątrz Nichols właśnie opatrywał rolnika. Medykowi najwyraźniej skończył się już zapas bandaży z apteczki, bo zdjął marynarkę i zaczął drzeć koszulę na pasy. Mimo że już dawno miał za sobą młodzieńcze lata, na jego dobrze umięśnionym ciele nie widać było prawie żadnych fałdek tłuszczu. Czarne, żylaste ciało, pokryte cienką warstwą potu, lśniło w promieniach słońca.

Mike rozejrzał się wokół. Harry Lefferts również był bez koszuli i z wybałuszonymi oczami gapił się na swój zraniony bok. Jego biodro i udo były zakrwawione, podobnie jak żebra, jednak rana była już obandażowana i Mike przypuszczał, że krwawienie ustało.

— To tylko powierzchowna rana — usłyszał głos Nicholsa. — Harrym zająłem się w pierwszej kolejności. Będzie miał naprawdę imponującą bliznę, żeby szpanować przed wnukami, ale kula tylko zadrasnęła jedno żebro. Nie sądzę, żeby doszło do wewnętrznego krwawienia.

Teraz Nichols spojrzał w stronę kobiety. Leżała w pozycji embrionalnej, z kolanami podciągniętymi do klatki piersiowej i twarzą ukrytą w dłoniach. Nie przestawała łkać. Jej poszarpana sukienka była przykryta dwiema marynarkami. Właściciele marynarek — Don Richards i Larry Masaniello — kucali nieopodal. Na ich twarzach malowało się zakłopotanie i smutek; nie bardzo wiedzieli, jak jeszcze mogliby pomóc kobiecie.

— Wszystko będzie z nią w porządku — mruknął Nichols i twarz mu stężała. — Oczywiście na tyle, na ile wszystko może być w porządku z ofiarą zbiorowego gwałtu. Ale za to nie wiem, czy jej mąż z tego wyjdzie. Wszystkie główne arterie są całe, ale stracił koszmarnie dużo krwi.

Mike przykucnął obok doktora.

— James, jak mogę ci pomóc? — Nichols obwiązał wszystkie rany rolnika, jednak krew nie przestawała płynąć. Lekarz darł coraz to nowe pasy z tego, co niegdyś było koszulą, i zakładał nowe opatrunki.

— Przede wszystkim daj mi swoją marynarkę. I zobacz, czy w środku są jakieś koce. Cokolwiek, byle tylko go ogrzać. Jest w ciężkim szoku.

Mike zdjął marynarkę i podał ją lekarzowi, a ten natychmiast okrył nią rolnika.

— A teraz sprowadź karetkę, żebyśmy mogli zabrać tego biedaka do szpitala. Zrobiłem wszystko, co było możliwe w tych warunkach, ale teraz potrzebny jest prawdziwy sprzęt medyczny. — Medyk podniósł głowę i powoli rozejrzał się po okolicy. — Ale coś mi się wydaje, że na nadmiar karetek i szpitali nie będziemy tu raczej narzekać. — Napotkał spojrzenie Mike’a. — Gdzie my w ogóle jesteśmy, do jasnej cholery? — Zdobył się na uśmiech. — Błagam cię, nie mów mi, że tak się żyje w Wirginii Zachodniej. Córka namawia mnie, żebym otworzył tutaj gabinet. — Ponownie się rozejrzał. — Nawet ten film Wybawienie nie był tak popieprzony. A działo się to gdzieś w dzikiej głuszy, o ile dobrze pamiętam. My przecież jesteśmy zaledwie półtorej godziny drogi od Pittsburgha.

— Toto, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Wirginii Zachodniej — powiedział cicho Mike. Nichols zaśmiał się. — Nic się nie zgadza, James. Ani krajobraz, ani drzewa, ani mieszkańcy, ani… — Wskazał znajdujący się za ich plecami dom. — W Wirginii Zachodniej nie ma takich budynków, możesz mi wierzyć na słowo. Pomijając całą nędzę, ta chata nie jest jakąś rozklekotaną budą. Tak wielki i porządnie zbudowany dom — no i przy tym tak stary — u nas zostałby uznany za zabytek jakieś pięćdziesiąt lat temu.

Schylił się, żeby podnieść z ziemi broń, którą upuścił jeden z bandziorów. Po krótkich oględzinach pokazał ją Nicholsowi.

— Widziałeś kiedyś coś takiego? — Doktor pokręcił głową. — Ja też nie. Kern Hobbs twierdzi, że to jest rusznica, a on raczej wie, o czym mówi. Przez całe życie fascynowała go historyczna broń palna. To coś ma zamek lontowy, a takiej broni nie robią już od… chyba co najmniej dwustu lat. Nawet w czasach wojny o niepodległość każda broń miała już zamek skałkowy. — Przyjrzał się uważnie lufie. — No spójrz tylko, przecież to jest przynajmniej kaliber 19 milimetrów.

Chciał jeszcze coś dodać, ale przerwał mu Frank, który właśnie wyszedł z budynku.

— Teren jest czysty — oznajmił. Jackson był jak zawsze niewzruszony. Po części wynikało to z jego osobowości, a po części z tego, że skarbnik związku, jako jedyny oprócz Nicholsa, miał za sobą prawdziwe doświadczenia wojenne.

Mike przyjrzał się reszcie kolegów. Wszyscy zaczynali teraz odreagowywać niedawne zdarzenia. Lefferts leżał na plecach, przyciskając do boku opatrunek i wpatrując się w niebo. Ten sam młodzieniec, który bezlitośnie zabijał w ogniu walki, teraz sprawiał wrażenie otumanionego zwierzęcia. Oczy miał szeroko rozwarte, spojrzenie puste. Obok niego klęczał Darryl z głową wciśniętą w ramiona. Tak mocno trzymał się za kolana, że aż pobielały mu kłykcie. Don Richards i Larry Masaniello siedzieli z nogami wyciągniętymi przed siebie i podpierali się rękami. Ich broń leżała na ziemi. Widać było, że ciężko oddychają. Richards klął pod nosem, Masaniello, pobożny katolik, odmawiał po cichu Ojcze nasz.

Mike wypuścił ze świstem powietrze.

— Chyba wszystkich nas trochę ruszyło, James, z wyjątkiem ciebie i Franka.

Doktor zaśmiał się krótko.

— Tak, jasne. Którejś nocy obudzę się z wrzaskiem. Założę się, że Frank także.

Oparty o framugę Jackson potrząsnął głową.

— Na pewno nie dzisiejszej nocy. Jutrzejszej też nie, ale pojutrze będzie już niedobrze. Jak nic chwycą mnie dreszcze. — Spojrzał ponurym wzrokiem na pobojowisko. — Jezus Maria, nawet w Wietnamie nie widziałem takiej rzeźni. Ale na szczęście to głównie my strzelaliśmy. — Popatrzył na Mike’a kucającego obok doktora. — A jak ty się trzymasz? — zapytał, i zanim Mike zdążył odpowiedzieć, dorzucił: — Tylko mi tu nie pierdziel. Nie jesteś aż tak twardy.

Mike roześmiał się wesoło.

— Wcale tak nie twierdzę. Serio? Czuję się tak, jakby mnie tir potrącił. Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze żyję. — Wciąż widział, jak kroczy niczym maszyna do zabijania, zimny jak lód. Bach, bach. Po prostu. Jeden martwy, drugi…

Spojrzał na ciało mężczyzny, którego postrzelił na samym początku w ramię. Nie trzeba być lekarzem, żeby stwierdzić, że mężczyzna był martwy. Pocisk magnum musiał rozsadzić mu serce.

„No przecież właśnie dlatego kupiłeś to bydlę. I oni nazywają to «mocą obalającą». Chryste!”

Zacisnął usta, myśląc o tym, co właściwie czuje.

— Daj spokój, Mike — powiedział Frank. — Dzisiaj tego nie ogarniesz. Zaufaj mi. Na razie o tym nie myśl.

— On ma rację — zawtórował Nichols i wyprostował się. To przypomniało Mike’owi, że miał poszukać koców.

— Przepraszam — mruknął i ruszył w kierunku domu. — Frank, czy zauważyłeś gdzieś jakieś koce, gdy byłeś…

Nagle dobiegł ich krzyk Tony’ego Adducciego, który wychylał się z małego okna na piętrze i wskazywał na coś palcem.

— Znowu mamy kłopoty! — zawołał. Mike spojrzał we wskazanym kierunku. Z podwórza prowadziła mała dróżka, która następnie ginęła wśród drzew. Stojąc na ziemi, Mike nie był w stanie niczego dostrzec.

Ale Adducci najwyraźniej widział coś ponad wierzchołkami drzew.

— Zbliża się… yyy… Kurwa, Mike, przysięgam, że to prawda. Zbliża się dyliżans w towarzystwie czterech jeźdźców. Są góra czterysta metrów stąd. Będą tu lada moment.

Po chwili zaczął jeszcze głośniej krzyczeć.

— A za nimi biegnie kolejnych dwudziestu gości z zajebiście wielkimi włóczniami! Nie żartuję, do cholery jasnej, z włóczniami!

Wychylając się nieco bardziej, Tony spojrzał na leżące na podwórzu zwłoki.

— Wyglądają dokładnie tak samo jak tamci. Ci na koniach zresztą też.

Mike znowu spojrzał w kierunku wskazywanym przez Tony’ego. Droga wyglądała tak, jakby była przeznaczona dla wozów. Dwa rowy, a pośrodku ubita ziemia. Drzewa przesłaniające widok były oddalone o niespełna dwadzieścia metrów. Po chwili usłyszał zbliżający się tętent kopyt i czterech jeźdźców wypadło zza drzew. Oni również nosili hełmy i kirysy, a u boku mieli przypasane miecze. Mike dostrzegł, że przy ich siodłach wiszą jakieś wielkie pistolety.

Jadący na czele zauważył go i coś wykrzyknął. Cała czwórka momentalnie osadziła wierzchowce w miejscu. Po chwili dołączył do nich pojazd ciągnięty przez szóstkę koni. Woźnica gwałtownie ściągnął lejce, tylko cudem unikając kolizji ze stojącymi jeźdźcami, na skutek czego pojazdem zarzuciło w poprzek drogi, niemal go przewracając. Jedno z kół wpadło do rowu.

Tony użył słowa „dyliżans”, ale takiego dyliżansu Mike nigdy w życiu nie widział, nawet na filmach. Pomijając eleganckie wykonanie i wszelkie zdobienia, pojazd przywodził na myśl raczej mały kryty wóz.

Wysunięty do przodu jeździec ponownie coś zawołał. Tak jak i wcześniej, Mike nie zrozumiał słów, ale był już pewien, że mężczyzna mówi po niemiecku. Chyba że jego własna pamięć stroiła sobie z niego okrutne żarty.