121 łez - I.M. Darkss - ebook + książka

121 łez ebook

I.M. Darkss

4,3

Opis

Przeszłość, która ją prześladuje.

Przyszłość, której się boi.

Mężczyzna, o którym nie może przestać myśleć.

Emily jest młodą, atrakcyjną kobietą. Wydawałoby się, że niczego jej nie brak. Sama jednak uważa, że nie ma już dla niej nadziei i że nie zasługuje na miłość. Postanawia odebrać sobie życie.

Skaczącą z mostu kobietę dostrzega Derek i rzuca się jej na ratunek. W szpitalu próbuje dowiedzieć się o niej więcej, jednak niedoszła samobójczyni ucieka, nie zostawiając po sobie żadnego śladu.

Po roku spotykają się znowu. I tym razem to Emily ratuje Dereka. Po wszystkim próbuje zniknąć, jednak ocalony mężczyzna ma inne plany. Rozpoczyna się gra niedomówień, wzajemnego przyciągania i odpychania…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (269 ocen)
143
67
46
10
3

Popularność




PROLOG

Dwa lata wcześniej

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze wiedziałam, jak chciałabym umrzeć. Widywałam to w snach i w chwilach, gdy przegrywałam z cierpieniem. Obraz dający nadzieję. Jakby ktoś (lub coś) chciał uwolnić mnie z mroku, gdy już nie było dla mnie innej drogi.

Po zbyt wielu ranach zadanych za życia nie chciałam bolesnej śmierci. Śmierć była dla mnie kotwicą, więc pragnęłam, by przyniosła mi poczucie, że w końcu mogę wszystko. Żadnych granic, żadnych zasad. Ostatni i jedyny prawdziwy uśmiech.

Gdy we śnie nawiedzała mnie taka właśnie wizja, wizja własnej śmierci, za każdym razem odgrywałam rolę obserwatora. Patrzyłam z pewnej odległości na samą siebie, spadającą w bezdenną przepaść, ale nie czułam strachu, tylko spokój i akceptację. Mogłam być sobą. Prawdziwą, słabą, odartą z sił, niedoskonałą sobą. I po raz pierwszy, choć nikogo nie udawałam, czułam się coś warta. Warta tej chwili. Raz w życiu, na samym jego krańcu, nie byłam rozczarowaniem. Dla śmierci nie byłam rozczarowaniem.

Zawsze mnie fascynowało wszystko, co opadało na ziemię niesione wiatrem. Zastanawiałam się, czy upadek w tym miejscu jest przypadkiem, czy może jedynym przeznaczeniem tego było dotknąć jej właśnie tam. Jak naznaczenie ziemi na pamiątkę po naszym istnieniu. Ślad dłoni, ślad stóp, ślad życia i oddechu powracającego wyżej, niż kiedykolwiek mógłby być zaniesiony przez wiatr. Kropla deszczu. Mały, wielobarwny liść.

A dziś stoję na szczycie pięknie oświetlonego mostu. Mała i nieistotna, jak wszystkie te liście i krople, które uderzyły w ziemię. Jest cicho i spokojnie. Idealnie. Woda lśni w świetle księżyca i wygląda tak magicznie, że niemal słyszę, jak szepcze prośbę o zmącenie. I gwiazdy migoczące lekko, jakby posyłały w moją stronę nieme zaproszenie. Czy jest coś bardziej niesamowitego niż unoszenie się wśród gwiazd każdej nocy?

Nie pamiętam, ile razy zamykałam oczy i wyobrażałam sobie tę chwilę. Moment, gdy powierzam swoje życie sile wiatru, by sprawdzić, gdzie mnie zaniesie. Gdzie pisane mi będzie upaść po raz ostatni.

— Przepraszam? Czy wszystko w porządku? — Męski, pełen wahania głos przebija się przez moje myśli. Jednak jest tak odległy, że wszystko we mnie każe mi go zignorować i zrobić ten jeden krok dzielący mnie od poczucia bezpieczeństwa, za którym tak bardzo tęsknię.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dwa lata wcześniej

Sto dwanaście.

Zasłużyłam na kolejne — sto trzynaste. Jestem pewna, że zasłużyłam i Deks będzie zły. Będzie bardzo zły i rozczarowany.

Lodowe szpony zaciskają się w moim wnętrzu i nie potrafię powstrzymać dreszczy. Nie chcę, by Deks był zły. Być może gdybym zrobiła sobie sto trzynaste cięcie, zanim wróci, uspokoiłby się, bo dałabym mu pewność, że wiem, iż zasłużyłam na karę.

Kręcę się niespokojnie na skórzanej kanapie, wpatrując się w przygotowaną żyletkę.

Nienawidzę bólu. Nie chcę już tego więcej robić, ale wiem, że będę musiała, bo blizny na moim ciele mają mi przypominać, ile razy go zawiodłam. Często go zawodzę, chociaż naprawdę nie chcę. Kocham go tak bardzo, ale on nie potrafi pokochać mnie, bo nie umiem zasłużyć na jego miłość.

Łzy spływają po mojej twarzy, a strach przed gniewem Deksa zamienia się we wściekłość na samą siebie. Jestem do niczego. Nie potrafię zrobić nic, by stać się dla niego ważna.

Głośny trzask zamykanych drzwi sprawia, że mimowolnie dławię się oddechem.

Wrócił.

Wbijam wzrok w podłogę i zaciskam pięści, raniąc sobie paznokciami dłonie.

Proszę, nie bądź zły… Nie bądź zły…

— Dlaczego nie odbierasz jebanego telefonu? — pyta z furią podniesionym głosem.

Nie patrzę na niego, ale wiem, jak teraz wygląda, bo często go takiego widuję przez swoją bezmyślność.

— Przepraszam… — odpowiadam szeptem, nie panując nad trzęsącymi się rękoma. Odruch, by się nimi objąć i schować, jest bardzo silny, ale nie robię tego, bo to jeszcze bardziej zdenerwowałoby Deksa. — Bateria… mi padła.

Nie mam odwagi, by unieść wzrok, bo wiem, że jego piękne, szaroniebieskie oczy patrzyłyby teraz na mnie z obrzydzeniem, a ja nie chcę być dla niego obrzydliwa. Chcę być doskonała. Chcę, by patrzył na mnie z dumą i uśmiechał się, gdy mnie widzi… Ale on nigdy się do mnie nie uśmiecha. Nie tak naprawdę.

— Kpisz sobie ze mnie? — Jego krzyk roznosi się po apartamencie, a chwilę później szklana popielnica rozbija się z trzaskiem na podłodze. — Czy na twoim nowoczesnym telefoniku nie widać stopnia zużycia baterii? — dopytuje ironicznie, chwytając swoją zimną dłonią mój podbródek i zmuszając mnie, bym na niego spojrzała. I widzę to. Wszystko, na co zasłużyłam. Rozczarowanie, wściekłość, wstręt jarzą się w jego wzburzonym wzroku, który rani mnie równie mocno jak jego zbyt silny uścisk.

— Widać, tylko…

— Zamknij się. — Szarpnięciem odchyla mi głowę, by móc nachylić się nad moją twarzą. Jego palce zaciskają się jeszcze mocniej na moim podbródku, ale próbuję ignorować ból, bo Deks nienawidzi słabości. — Naprawdę do niczego się, kurwa, nie nadajesz. — Odsuwa się, ale jego napięte mięśnie świadczą o tym, że muszę być ostrożna.

— Proszę, nie mów tak — błagam ledwie słyszalnie i niepewnie dotykam jego dłoni.

Chciałabym go uspokoić, zapewnić, że mój błąd się więcej nie powtórzy, choć wiem, że ma rację.

— Powiedziałem, żebyś się zamknęła. — Wyszarpuje rękę z mojego uścisku, a później posyła mi długie, ostrzegawcze spojrzenie, gdy odzywa się niebezpiecznie spokojnym głosem. — Wiesz, że nie lubię się powtarzać.

Niepokój pustoszy moje wnętrze, a skóra zaczyna mnie mrowić ze strachu. Zmuszam się do wzięcia kolejnego oddechu, choć wiem, że Deks jest na krawędzi wybuchu.

Nie powinnam była się odzywać. Teraz on może zrobić mi krzywdę. Nie, to nie Deks mnie krzywdzi. Sama to sobie robię, bo jestem bezużyteczna, a on tylko próbuje mnie naprawić.

— Mam spotkanie z Kirą. Nie wrócę na noc. — Spogląda na mnie przelotnie znad komórki. — Jedź do domu.

Kira. Kira jest lepsza ode mnie i daje Deksowi to, czego ja nie potrafię. Ona wie, jak być dla niego wystarczająco dobrą, i nienawidzę jej za to, bo to ona odbiera mi jego miłość, której ja tak bardzo potrzebuję. Odpiera mi jego dotyk, jego uwagę i uśmiech.

Wpatruję się w niego ogarnięta smutkiem i żalem. Panicznie szukam powodu, dla którego zostałby ze mną. Jest mój. Muskam z uwielbieniem złoty pierścionek lśniący na moim serdecznym palcu i uśmiecham się mimo łez czających się gdzieś za moimi oczami. To ja jestem narzeczoną Deksa.

Jednak to Kira nie ma ani jednego cięcia. Jej ciało jest piękne, bo potrafi być dla niego doskonała. Ja nie. Ta świadomość sprawia, że ból narasta i promieniuje do każdego włókna mojego ciała, podobnie jak nienawiść do siebie samej.

— Dlaczego nie zostaniesz ze mną? Zrobię, co będziesz chciał. — Wstaję, by się do niego zbliżyć, a kiedy obejmuję go ramionami i czuję jego zapach, wszystkie obawy odpływają. Deks jest moim ukojeniem.

— Zaplanowałem noc z Kirą. Nie wiń mnie za to, że nie potrafisz dać mi satysfakcji w łóżku. — Jego chłodne, pełne kpiny słowa ranią mnie bardziej niż wszystkie cięcia na skórze.

Kręcę głową, jakby to mogło wyrzucić je z pamięci, i wdycham zapach jego perfum. Nie chcę, żeby tak mówił.

— Chcę spędzić z tobą trochę czasu. — Wtulam się w niego jeszcze bardziej, choć on nie odwzajemnia uścisku. Jednak pozwala mi się przytulić, więc nie może być bardzo zły. To budzi we mnie odrobinę radości i ulgi. — Nie chcę wracać do domu.

Nienawidzę mojego domu i nienawidzę tam przebywać. Wszystko w nim jest sztuczne i zobojętniałe. Wszystko w nim uświadamia mi, że nie ma tam nic naprawdę mojego, a tu mam Deksa.

— Kotku… — To pieszczotliwe słowo brzmi drwiąco w jego ustach, zwłaszcza gdy patrzy na mnie z tą duszącą mnie litością. — Jak ty miałabyś mi wystarczyć? Masz w sobie coś, czego nie da mi żadna inna kobieta? — Wydaje się niemal rozbawiony moją prośbą, gdy odsuwa mnie od siebie, odgarniając mi palcami włosy z czoła.

Opuszczam wzrok, a zażenowanie sprawia, że przez moment odczuwam mdłości. Następnie łzy napływają mi do oczu, bo odpowiedź może być tylko jedna… Nie mam.

— Powiedz to — szepcze mi do ucha bezlitosny rozkaz. — Chcę to usłyszeć.

— Nie mam — wyznaję żałośnie ochrypniętym głosem. Mam ochotę rzucić się na podłogę i płakać. Krzyczeć i znowu płakać.

Nie mam.

Dwa drwiące słowa odbijają się echem od ścian pomieszczenia i wracają prosto do mojej podświadomości, by przeszyć mnie na wylot. By mnie naznaczyć.

Czuję się taka brzydka. Taka zniszczona i niepotrzebna. Deks bezustannie daje mi szansę na poprawę, a ja ciągle go zawodzę.

— Więc? — upomina się ze znudzeniem. Znów sprawdza telefon i wiem, że chce już być z nią. Ja znów zostanę sama.

— Przepraszam — mówię ze skruchą, a on zadowolony potakuje i z uśmiechem wyciera mi łzy z policzków.

— Podoba mi się ta sukienka. — Obrysowuje palcem kształt dekoltu mojej bladoczerwonej sukienki, a we mnie natychmiast ożywają ekscytacja i euforia, bo udało mi się go zadowolić. — Włożysz ją na kolację z moimi przyjaciółmi w weekend.

— Dobrze. — Nie walczę z uśmiechem samowolnie wypływającym mi na usta. — Czy będę mogła zostać na noc? — pytam pełna nadziei, serce bije mi radośnie w piersi.

— Doskonale wiesz, że wszystko zależy od tego, jak się spiszesz. — Wplątuje dłoń w moje włosy i składa na moich ustach przelotny, boleśnie obojętny pocałunek. Coś wewnątrz mojej piersi wie, że nie tak wyglądają pocałunki pełne miłości, ale ja nigdy nie byłam tak całowana i bardzo się boję, że nigdy nie będę, bo nikt nie będzie w stanie mnie pokochać. — Idę i nie dzwoń, będę zajęty. — Puszcza mnie, a mnie natychmiast obezwładnia poczucie straty i tęsknoty.

— Kocham cię — wołam, gdy odchodzi, choć wiem, że nie odpowie mi tym samym. Nigdy nie odpowiada.

Odwraca się, a jego wzrok spoczywa na nieużywanej jeszcze żyletce. Lęk paraliżuje mnie w ciągu sekundy, bo nie chcę tego robić. Wszystko we mnie kamienieje w oczekiwaniu na wyrok. Spogląda na mnie, milcząc, przedłużając udrękę. Pulsuje mi w skroniach, ale dzięki ćwiczonej każdego dnia obojętności pozostaję niewzruszona. Chowam wszystkie swoje emocje, uczucia i lęki, bo Deks uważa ich okazywanie za brak wewnętrznej siły. Jeśli będę wyglądać tak, jakby nie można było mnie zranić, to inni uwierzą, że rzeczywiście nie można.

— Dziś ci odpuszczam. — Mruga do mnie porozumiewawczo, podrzucając klucze od auta. — Ta błahostka wyprowadziła mnie z równowagi, ale wiem, że się poprawisz. — Unosi kącik ust w wyrozumiałym uśmiechu.

— Dziękuję. — Wypuszczam drżący oddech i czuję, jak wszystkie moje mięśnie powoli się rozluźniają. Wiem, że Deks mi darował, bo mu na mnie zależy, i choć jeszcze nie może mnie pokochać, zrobię wszystko, by któregoś dnia usłyszeć wymarzoną odpowiedź.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dwa lata wcześniej

Tępy ból w skroniach odbiera mi zdolność logicznego myślenia. Mam wrażenie, że całe moje ciało jest bezwładne, a w gardle czuję lekkie pieczenie. Zmuszam się do uchylenia powiek, jednak zamykam je niemal od razu z uwagi na białe światło, które atakuje moje źrenice i tylko potęguje ból głowy. Przez chwilę nie potrafię sobie przypomnieć, dlaczego jestem w takim stanie, ale obrazy minionej nocy szybko uderzają do mojej świadomości. Skoczyłam. Tego jestem pewna. Pamiętam chłód wody, brak powietrza i otaczający mnie powoli, kojący spokój.

— Co się dzieje? — szepczę z trudem, usiłując rozejrzeć się dookoła.

— Nie ruszaj się, zawołam lekarza. — Nieznajomy mężczyzna porusza się szybko, spoglądając przelotnie na moją twarz. Dopiero kiedy ciepły uścisk opuszcza moją dłoń, dociera do mnie, że trzymał mnie za rękę. Ale… dlaczego?

— Co się dzieje? — pytam coraz bardziej zdezorientowana i zdenerwowana. — Nie powinnam tu być. — Ignoruję potęgujący ból głowy. Ogarniają mnie niepokój i rozczarowanie. Nie udało mi się. Wciąż żyję, oddycham. Wciąż czuję.

— Wszystko będzie dobrze. — Ciepła, silna dłoń obcego mężczyzny znów otacza moją, gdy próbuję się podnieść. Jego głos jest tak łagodny, że prawie mu wierzę, choć nie znoszę tych pustych, zbyt często powtarzanych, żałosnych słów. I wtedy spoglądam w jego oczy. Szaroniebieskie. Piękne, magnetyzujące, takie same jak oczy Deksa. Obezwładniająca panika rozlewa się w moim wnętrzu na samą myśl o moim ukochanym, który już nie jest mój, bo nie mogłam dać mu tego, czego potrzebował. Znów zostałam skazana na samotność. Nic innego mnie nie czeka.

— Witamy z powrotem — odzywa się radośnie kolejny męski głos. Gdy podnoszę załzawione spojrzenie, zauważam, że w pokoju pojawił się lekarz. — Jak się pani czuje? Mdłości, zawroty głowy? — dopytuje, przyglądając mi się uważnie, gdy świeci małą latarką w moje oczy. Dotyka mojego gardła, sprawdza puls i robi wszystkie te irytujące, lekarskie czynności, sprawiając, że mam ochotę kazać mu się odpieprzyć. Badania to ostatnie, czego mi teraz trzeba.

— Jak się tu znalazłam? — Lekceważę jego pytanie, nawet nie próbując być miła. Zamierzam stąd wyjść w ciągu trzech minut.

— Pan Blackwood panią przywiózł. — Zerka przez moment na mężczyznę, przy którym odzyskałam przytomność, po czym ponownie skupia się na mnie — Coś panią boli?

Wszystko, ale nie sądzę, by jakakolwiek dawka paracetamolu czy osławionej morfiny mogła mnie znieczulić, bo na ten ból medycyna nie wymyśliła jeszcze leku.

— Nic mi nie jest. — Mimowolnie podnoszę głos, czym przyciągam przeszywające spojrzenie przeklętych szaroniebieskich oczu. — Proszę mnie wypisać do domu. — Słowa kieruję do lekarza, jednak mój wzrok wciąż jest przytwierdzony do przyzywającego mnie spojrzenia mężczyzny o nazwisku Blackwood.

— Zalecam dodatkowe badania, nie może pani tak po prostu wyjść do domu po upadku do wody — poucza mnie z lekkim niedowierzaniem, patrząc na mnie, jak gdybym postradała rozum. — Prawie pani utonęła.

— Ale nie utonęłam. — Wzdycham zrezygnowana. — Wszystko mi jedno. — Zamykam oczy, wtulając twarz w poduszkę. Chciałabym zniknąć. Uciec od tych oceniających, wszystkowiedzących spojrzeń. Od żądań i oczekiwań, których nie mam już siły spełniać.

— Przyślę po panią pielęgniarkę. Musi pani podać jej swoje dane. Pamięta pani swoje nazwisko? — Wpatruje się we mnie z powątpiewaniem, marszcząc brwi.

— Oczywiście, że pamiętam, nie jestem idiotką. — Posyłam mu przeciągłe, sarkastyczne spojrzenie. Z trudem powstrzymuję się przed wyrzuceniem go z tej sali, ale zapewne i tak by mnie zignorował.

— Próbuję tylko uzyskać kilka informacji, amnezja jest częstym skutkiem takich upadków. Mogła też pani uderzyć się w głowę — tłumaczy z niezmąconą cierpliwością i spokojem, których mu zazdroszczę. — Proszę odpoczywać — dodaje, wychodząc na korytarz, a ja zostaję sama z Przeklętymi Oczami.

— Jak się naprawdę czujesz? — Choć nie patrzę w jego stronę, czuję, że się zbliżył, i nie podoba mi się, że jakaś część mnie ma nadzieję, iż znowu chwyci mnie za dłoń.

— Kim jesteś? — pytam beznamiętnie, ukrywając lęk i to, jak bardzo jego bliskość w irracjonalny sposób wytrąca mnie z równowagi, choć przywdziewam maskę obojętności.

— Zobaczyłem cię na moście i coś mi mówi, że nie weszłaś tam, żeby podziwiać widoki. — Barwa jego głosu jest tak samo niepokojąca jak jego oczy. Zachrypnięta, mocna i gorąca niczym świeżo uwolniona magma.

— Ty… Wyciągnąłeś mnie z wody? — Zapominam o udawaniu zobojętniałej, gdy znów na niego spoglądam.

— Tak. — Unosi kącik ust w pocieszającym uśmiechu i przysuwa krzesło jeszcze bliżej mojego łóżka. Nie podoba mi się pomysł skrócenia dystansu. — Powiedziałem lekarzom, że to był wypadek, ale wiem, że to nieprawda. — Pochyla się nade mną, tak by jego głos był słyszalny tylko dla mnie. Kiedy na mnie patrzy, mam wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek inny kiedykolwiek we mnie dostrzegł. Że widzi całą prawdę o mnie. Widzi pokruszone, zdeptane nadzieje i złamane serce.

— Dlaczego za mną wskoczyłeś? — Mój głos również cichnie, odzwierciedlając jego szept. Jest w tej chwili coś intymnego, jednak to przywołuje moją bezradność. Ten mężczyzna ma w sobie siłę, która już kiedyś mnie zniewoliła. Tę samą siłę, która mnie niszczyła, odzierała z marzeń, i tę, która pozostawiła na moim ciele sto dwadzieścia jeden blizn.

— Bo inaczej byś utonęła, ale tego właśnie chciałaś, prawda? — pyta, ale brzmi to bardziej jak stwierdzenie, bo wiem, że nie potrzebuje odpowiedzi. Zna ją i próbuje poznać mnie, ale ja nie zamierzam na to pozwolić. Nigdy już się przed nikim nie odsłonię. Nie będzie kolejnych ran.

— To bez znaczenia. Spełniłeś swoją powinność. — Uśmiecham się chłodno, nie kryjąc cynizmu. — Dobry uczynek zaliczony, teraz możesz sobie iść. — Wpatruję się w drzwi, dając mu jednoznacznie do zrozumienia, że nie chcę dłużej znosić jego obecności.

— Mam na imię Derek. Jak brzmi twoje imię? — Wydaje się zupełnie niewzruszony moją złośliwą odpowiedzią, gdy przechyla lekko głowę, by móc ponownie pochwycić mój wzrok. Wygląda, jakby dokładnie takiego zachowania się spodziewał, a odtrącenie było dla niego czymś naturalnym. Co z nim jest nie tak?

— Emily, i nie pytałam cię, jak się nazywasz. — Usiłuję obdarzyć go gniewnym spojrzeniem, ale powoli ogarniają mnie znużenie i odrętwienie.

— Cokolwiek spowodowało twoją próbę samobójczą, mogę pomóc ci się z tym uporać — mówi to z takim przekonaniem, że mam ochotę się roześmiać. Uratował mnie wieczny optymista, przekonany o pięknie życia i świata. Cudownie.

— To nie byłaby tylko próba, gdybyś się nie pojawił. — W moim tonie pojawia się niemal namacalny żal i poczucie zawodu. Chciałam tylko być wolna. Chciałam być sobą, ale świat, jak widać, jest w zmowie z moimi oprawcami.

— Może pojawiłem się tam, bo śmierć nie była ci pisana.

Cóż za wzruszające i piękne pieprzenie. Mam żyć dalej, chociaż wszystko, czego doświadczam, sprawia, że pragnę się więcej nie obudzić.

— Tak, to rzeczywiście przekonujący argument — ironizuję, uśmiechając się sztucznie. Kiedyś uznałabym tę jego ślepą wiarę za niezwykłą, bo dawniej też ślepo wierzyłam w ocalenie, ale ocalenie nie nadeszło, a ja jedynie konałam, czekając.

— Dlaczego próbowałaś się zabić? — Jego wytrwałość i upór w próbie uzyskania odpowiedzi powinny budzić we mnie złość, ale nic takiego się nie pojawia. Zamiast tego część mnie chce się poddać tej jego ostrożnej bezpośredniości. Pokazać mu prawdziwą mnie, ale jestem już za bardzo oszpecona, nie tylko na ciele.

— Bawisz się w psychologa? — Tym razem to ja nie próbuję ukryć, że zamierzam mu się przyjrzeć. Ocenić go przynajmniej fizycznie. Piękny nieznajomy, stworzony do podziwiania przez kobiety, dla których jest nieosiągalny. Kobiety takie jak ja. Mroczny, kochający się w czarnym kolorze i wizerunku drapieżcy mężczyzna. Jednak to wystające spod rękawów ciemnej kurtki tatuaże najbardziej przyciągają mój wzrok. Znam kilku wytatuowanych mężczyzn, bo mój brat pracuje w salonie tatuażu, ale nigdy nie uważałam pokrytej tuszem skóry za pociągającą. Lecz teraz nie pragnę niczego poza sprawdzeniem, jak daleko sięgają te zagadkowe wzory wygrawerowane na jego ciele. Żałosne i nielogiczne. Bądź rozsądna, za chwilę stąd wyjdziesz i nigdy więcej go nie spotkasz.

— Już od jakiegoś czasu — stwierdza od niechcenia, ale w jego oczach jarzy się odrobina rozbawienia i przekory. Chyba doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo przyciągającą aurę roztacza.

— Nie planuję zostać twoją pacjentką. — Mój wyniosły ton jest przeciwieństwem walczących we mnie emocji. Jego terapie na pewno skutkują. Mogę się nawet założyć, że jest więcej niż kilka kobiet, które wymyślają swoje problemy tylko po to, by móc zyskać odrobinę jego uwagi.

— Nie lubisz psychologów? — Jego słowa są żartobliwe, jednak powaga w jego spojrzeniu zdradza, że mnie sprawdza. Jestem dla niego niepewnym terenem. Nie wie tylko, że to teren pełen pułapek i przepaści bez dna.

— Mam was za przemądrzałych idiotów, którzy próbują rozwiązać problemy wszystkich wokół tymi samymi formułkami — odpowiadam zgodnie z prawdą, nie dbając o to, czy urażę jego dumę. Bardziej przysłużyłby się światu, zostając modelem na rozkładówce pisma dla niegrzecznych dziewczynek, niż jako psycholog próbujący rozwiązać niekończące się problemy innych ludzi.

— Szczera jesteś. — Śmieje się, zaczesując swoje czarne, potargane włosy palcami. — Myślę, że mógłbym cię polubić i że ty polubiłabyś mnie mimo swoich uprzedzeń. — Szaroniebieskie oczy rzucają milczące, kuszące wyzwanie, którego nie mogę podjąć. Teraz obojętność jest dla mnie tylko grą, ale kiedyś cała będę jedynie obojętnością.

— O tym właśnie mówię. — Kręcę głową, karcąco mrużąc oczy. — Kompletnie przemądrzały.

— Jednak się uśmiechnęłaś, ale twoje oczy pozostały smutne. — Jego głos łagodnieje i przez moment wydaje mi się, że naprawdę chciałby zdobyć mój uśmiech.

— Dlaczego tu siedzisz? — Celowo zmieniam temat. — Czujesz się zobowiązany, bo to ty mnie wyciągnąłeś? — Natychmiast żałuję swojego zbyt ostrego, nabrzmiałego goryczą tonu. To nie jego wina, że część mnie pragnie, by potwierdził, budząc tym we mnie jedynie wściekłość, a ta druga część… pragnie jego uwagi, czasu i po prostu jego. Co z kolei wywołuje moją wściekłość na samą siebie.

— Nie, po prostu wiem, że mógłbym zrobić więcej. Uratować cię też wewnątrz. — Jego dłoń znów pojawia się zbyt blisko mojej i choć tym razem mnie nie dotyka, mam wrażenie, że chciałby to zrobić.

— Mamy inne definicje ratunku. — Usiłuję powstrzymać wzmożoną chęć spojrzenia na odległość, jaka dzieli nasze ręce i zapanować nad dziwnym uściskiem w klatce piersiowej.

— Dla ciebie jest nim śmierć?

Wiem, że mnie prowokuje, chce, bym straciła kontrolę nad emocjami i dała mu zajrzeć głębiej. I choć nie mogę tego zrobić, bo zbyt mocno przypomina mi Deksa, to jest w nim coś takiego, czego nie dostrzegłam nigdy w moim byłym narzeczonym. Tolerancja słabości i gotowość podnoszenia innych po upadku. Może jednak dobrze wybrał zawód.

— Życie zabija nas każdego dnia. Moje robi to ze zdwojoną siłą i prędkością. Twoja terapia tego nie zmieni, psychologu. — Patrząc w te oczy, które powinny mnie przerażać, tym razem nie ukrywam bólu, jaki mnie zniewala. Nie chowam obaw i bezradności. Nie kryję pragnienia śmierci. Pozwalam mu dostrzec prawdziwą mnie, zanim zniknę bezpowrotnie.

— Pozwól mi spróbować, nie masz nic do stracenia. — Kiedy się odzywa, jego głos jest jeszcze bardziej zachrypnięty, a zmartwienie wyryte na jego twarzy sprawia, że wygląda na autentycznie poruszonego. To miłe móc przez kilka sekund się łudzić, że komuś naprawdę na mnie zależy. Jednak jesteśmy sobie obcy, a nasze drogi zetknęły się przez przypadek. Może to kolejny żart losu. To nieistotne. Już po wszystkim.

— Muszę iść do łazienki. — Nie patrząc na niego, zsuwam z siebie kołdrę i wyjmuję wbity w nadgarstek wenflon z kroplówką. Spodziewam się protestów mojego towarzysza, ale choć wiem, że mnie obserwuje, nie robi nic poza tym.

— Chyba nie powinnaś wstawać. — Z jego słów przebija niepokój, jednak chyba nie może się zdecydować, czy mnie zatrzymać.

— Nie jestem kaleką, poradzę sobie. — Gdy wstaję, Derek pojawia się obok mnie i przez moment patrzy na mnie tak, że mam wrażenie, iż najchętniej sam zaniósłby mnie do tej łazienki. — Mógłbyś przynieść mi wody?

— Wrócę za moment i lepiej, żebyś już była ponownie w łóżku. — Jego ton nie pozostawia miejsca na sprzeciw. W innych okolicznościach uznałabym to za seksowne.

— Wedle rozkazu. — Salutuję, znikając w korytarzu. Wychodząc, spoglądam na niego po raz ostatni.

Żegnaj, nieznajomy z przeklętymi oczami.

ROZDZIAŁ TRZECI

Widzę ją z nim. Z moim Deksem. Widzę, jak jej dotyka, pieści ją i całuje.

Ból eksploduje w każdym kawałku mojego ciała. Chcę zamknąć oczy, ale nie mogę.

Chcę odejść, ale moje ciało pozostaje bezwładne. Mam ochotę krzyczeć i płakać, ale nie mogę dopuścić, by dowiedzieli się o mojej obecności. Czuję się taka nieistotna i niewidzialna. Nieważna dla osoby, która tworzy cały mój świat.

Ręce mi się trzęsą, gdy dotykam twarzy, chcąc zetrzeć łzy, ale ich nie czuję. Opuszki moich palców pozostają suche, choć łzy nie chcą przestać płynąć. Nienawidzę tych obrazów. Słyszę śmiech Kiry i Deksa. Jest wokół mnie. Otacza mnie, odbija się echem w moim umyśle i doprowadza do szału. Chcę zniknąć, uciec. Chcę przestać istnieć.

— Dlaczego? — Moje usta same wypowiadają to słowo, które staje się nieznośnie głośne, choć powinno być szeptem. Wtedy on przenosi na mnie oczy. Piękne i budzące lęk.

— Co się stało, kotku? — Nagle Deks stoi już przy mnie, a Kira znika. Próbuję odnaleźć ją wzrokiem, ale pomieszczenie staje się coraz bardziej zamazane. Jedynie Deks pozostaje wyraźny. — Nie podobało ci się to, co zobaczyłaś? — kpi z wyniosłym uśmiechem. Dotyka palcem wskazującym mojego policzka, a ja mimowolnie cofam się o krok i wpadam na ścianę.

— Dlaczego… ty mi to robisz? — pytam żałośnie. Nie potrafię walczyć ze spowijającym mnie od wewnątrz bólem i dziwnym chłodem. To wszystko od zawsze było takie puste i takie bolesne. Jak powolne konanie.

— Bo jesteś nudną, małą, irytującą suką i tylko przy Kirze czuję się jak prawdziwy mężczyzna. — Jego ton nabiera gniewnej barwy, a w oczach zapalają się ostrzegawcze ogniki. To zapowiedź niebezpieczeństwa.

— Ona cię nie kocha tak jak ja — przekonuję żarliwie mimo narastającego we mnie strachu, gdy patrzę w jego bezlitośnie zimne oczy. Chciałabym go przytulić, poczuć się przy nim bezpiecznie, ale już nie potrafię się tak czuć. Zostaje tylko wszechobecna panika przed cierpieniem, jakie przynosi mi każdy dzień z Deksem.

— Naprawdę? — Śmieje się szyderczo, nachylając nad moim uchem. — Więc pokaż, jak bardzo mnie kochasz. — Jego złowieszczy szept wywołuje falę lodowatych dreszczy, przez które na moment tracę oddech. Zbyt dobrze znam ten scenariusz.

— Deks, nie…— Usiłuję się odsunąć, ale jego ciało pozbawia mnie możliwości ucieczki. — Proszę cię — błagam ledwie słyszalnie, nie mając już odwagi spojrzeć mu w oczy, bo wiem, co w nich ujrzę.

— Nie podoba ci się, jak cię dotykam? — Jego silna dłoń niespodziewanie zaciska się boleśnie na mojej brodzie. Gdy szarpnięciem unosi moją twarz, zmusza mnie do spojrzenia w jego mroczne i pałające nieposkromionym pragnieniem oczy. Tym brutalnym pragnieniem. — Nie lubisz mojej bliskości? — Cyniczne pytanie zastępują liczne pocałunki wzdłuż mojej szyi. Jednak to nie są czułe pocałunki. Są napastliwe i agresywne jak jego ręce wędrujące pod moją sukienkę.

— To nie ma nic wspólnego z bliskością — mówię z trudem, starając się zwalczyć coraz głębszy lęk przed tym, co ma nastąpić. Osaczają mnie bezradność i bezsilność, bo wiem, że nie mogę walczyć. Nie dam rady. Próbowałam już wiele razy, ale nigdy nie zdołałam wygrać.

— Dlatego właśnie nie potrafisz mnie zaspokoić. — Jego bezlitosne słowa już mnie nie ranią. Potrafię skoncentrować się jedynie na jego nierównym oddechu, który zdradza, jak bardzo podnieca go mój strach. Jak bardzo kocha poczucie władzy nade mną. — Żaden mężczyzna cię nie zechce.

— Przestań! — krzyczę bezwolnie, gdy do moich uszu dociera dźwięk rozdzieranego materiału, a ciało Deksa napiera na mnie z coraz większą siłą. Lodowate szpony zaciskają się wokół mojej piersi na znak, że nie powinnam była protestować. Tylko akceptacja może go uspokoić. Sprawić, że będzie łagodniejszy. Już za późno. Uderzenie nadchodzi niespodziewanie i jest tak silne, że gdyby nie blokujące moje ruchy ciało, upadłabym na podłogę.

— Nigdy nie podnoś na mnie głosu. — Groźba czająca się w jego głosie i wzroku jest oczywista, jednak to płonąca w nich chora satysfakcja wywołuje mój niepokój. Nowe łzy chłodzą mój bolący policzek, a metaliczny smak krwi na moich wargach dowodzi siły jego ciosu. — Spójrz na siebie. — Gwałtownym ruchem odwraca mnie w kierunku ściany, lecz na miejscu zimnej, chropowatej powierzchni jest teraz wielkie lustro odbijające nasze sylwetki. — Czuję tylko obrzydzenie, gdy na ciebie patrzę. — Jego zęby wbijają się w mój bark, a dłonie zaciskają się wokół mojego pasa, wywołując u mnie bolesne sapnięcie.

— Dlatego nigdy nie pozwalam ci zdjąć ubrań — wyrzuca z siebie surowe słowa, ozdobione oschłym spojrzeniem. Wtedy się orientuję, że na moim ciele nie ma już letniej, białej sukienki. Zamiast tego jestem ubrana jedynie w koronkową koszulę nocną, odsłaniającą większość mojego ciała. W tym niektóre blizny. — Nieważne, jak seksowny strój włożysz, ja wiem, że pod spodem jesteś oszpecona. — Niczym na znak zgody z jego wypowiedzią wszystkie szramy zaczynają mnie parzyć, jakby płonęły żywym ogniem.

— Nie… — Staram się wyrwać, odwrócić wzrok. Chcę rozbić to lustro, ale jedyne, co mogę zrobić, to patrzeć i chłonąć ten żałosny, godny wyłącznie pogardy obraz mnie.

— Spójrz mi w oczy. — Zanim mogę spełnić jego żądanie, wsuwa dłoń w moje włosy i szarpie za nie, przechylając moją głowę. Kłujący ból zmusza mnie do zamknięcia powiek, jednak tym razem milczę. Nie chcę napędzać jego bestialskiego poczucia satysfakcji — Zawsze, za każdym razem, gdy jestem w tobie, myślę o Kirze, bo na samą myśl o tobie chce mi się rzygać. — Jego głos zmienia się w przeraźliwy krzyk, a w ciągu kolejnych sekund ląduję w piekle. Moje obawy znajdują odzwierciedlenie w czynach mężczyzny, dla którego byłabym w stanie umrzeć. Deks rozrywa moją koszulę nocną, jednak nie zdejmuje jej ze mnie. Jego dłonie błądzą po moim ciele, omijając każdą z blizn. Zna na pamięć miejsca, w których są, podobnie jak ja. Czuję na sobie jego pozbawiony delikatności dotyk, jakby zostawiał ślady nie tylko na mojej skórze, ale też znacznie głębiej. Przepełnia mnie wstręt. Nie wiem tylko, czy jego źródłem jest to, co robi Deks, czy ja sama.

— Nie rób tego — proszę, walcząc z przerażeniem, gdy dostrzegam, że Deks sięga do zapięcia swoich spodni. — Nie chcę — powtarzam jak zaklęta, wbijając paznokcie w jego ręce. Oczekując ratunku, który nie nadchodzi. Nigdy nie nadchodzi.

— Przecież chciałaś mi pokazać, jak mnie kochasz. — Śmiejąc się triumfalnie, jakby za chwilę miał dostać wymarzoną nagrodę, popycha mnie w kierunku szklanego stolika. Gdy na niego upadam, zimna faktura szkła wbija się w moje nagie ciało, rozcinając je dodatkowo w kilku miejscach. Deks natychmiast pojawia się nade mną, wgniatając mnie w twardą powierzchnię jeszcze bardziej. Chwyta moje dłonie i unosi je nad moją głowę.

— To boli — jęczę, wijąc się pod nim. Licząc na to, że jakimś cudem uda mi się go zepchnąć. Czuję mrowienie na skórze, a moje mięśnie napinają się samoistnie, jakby wyczulone na nadchodzące zagrożenie.

— Nawet nie możesz dać mi dziecka. Nie masz nic do zaoferowania. — Jedna z dłoni Deksa zaciska się na moim gardle, lekko mnie podduszając. — Chciałbym, żebyś zdechła.

Nie tylko on tego chciał. Ja również. Gdybym mogła jeszcze coś poczuć, jego słowa raniłyby mnie tak samo mocno jak cięcia, które wykonywałam na jego rozkaz, ale gdzieś w środku czułam, że dzisiaj zostanę ostatecznie rozszarpana. Dekster zniewolił mnie, pochłonął i zniszczył. Oddałam mu wszystko, a on obrócił to w zgliszcza. To był kres wszystkiego. Właśnie umierałam i wiedziałam, że nikt nigdy nie przywróci mnie do życia.

— Nie… — Ucisza mój ostatni sprzeciw, przysuwając palce do moich ust. Płacz nie przynosi ulgi, gdy moim ciałem zaczynają wstrząsać coraz silniejsze drgawki.

— Mógłbym z przyjemnością patrzeć, jak uchodzi z ciebie życie. — Jego szaroniebieskie oczy płoną zwycięsko, gdy we mnie wchodzi.

***

Budzę się, gwałtownie otwierając oczy. Czuję pot spływający po ciele. Choć jeszcze chwilę temu było mi naprawdę gorąco, teraz oblewa mnie lodowate zimno. Rozglądam się po sypialni, szukając śladów czegokolwiek, co mogłoby świadczyć o tym, że przewijające się nadal w mojej głowie obrazy były jedynie koszmarem, a wszystko, czego doświadczam w snach, jest echem przeszłości. Niepewnie sięgam do stolika nocnego, by zapalić lampkę. Cisza, niezmącona, spokojna. Jestem bezpieczna.

Jestem wolna. Jestem niezniszczalna. Odsuwam wilgotne włosy z twarzy, usiłując odzyskać spokój.

— To nie wróci. — Wciągam powietrze, próbując zmusić rozedrgane ciało do zrelaksowania. — Jestem bezpieczna. Jestem wolna. Jestem niezniszczalna — powtarzam na głos słowa, które pomagają mi odzyskać równowagę. Teraz ja mam nad wszystkim władzę. Sama podejmuję decyzje. Ja ranię, ja porzucam, ja ustalam zasady.

Zaledwie chwilę później, jakby przywołane moją modlitwą, rozlegają się uderzenia kropel odbijających się o szybę. Deszcz zawsze działa kojąco. Uspokaja mnie i wycisza bardziej niż jakiekolwiek tabletki. Gdy czuję krople deszczu spływające po mojej skórze, zapach towarzyszącego mu wiatru, jakkolwiek to brzmi, mam wrażenie, że nie jestem sama.

Czy ktokolwiek zwraca uwagę na wiatr lub krople deszczu? Ludzie nie przywiązują wagi do kształtu kropel, do ich ciepła ani do siły czy aromatu wiatru. Wszyscy wiedzą o ich obecności, ale nikt ich naprawdę nie dostrzega. Zupełnie jak mnie.

Szybko wkładam spodnie i buty. Chwytam kurtkę, kluczyki od samochodu i zakradam się po cichu do drzwi. Ostatnie, czego mi trzeba, to tłumaczenie rodzicom, dlaczego nagle nabrałam ochoty na przejażdżkę w środku nocy. Gdy już jestem na zewnątrz, biegnę w stronę auta, nie kłopocząc się rozkładaniem dachu. Jadąc przed siebie, mam ochotę krzyczeć i śmiać się, i płakać. Uwolnić nagromadzone emocje. Odegnać dręczące mnie wizje. Łapię w dłonie kolejne krople, nie dbając o to, że już całkowicie przemokłam. To jeden z tych nielicznych momentów, który jest naprawdę mój. Gdy nikt mnie nie widzi, a ja mogę zdjąć maskę i odsłonić słabości. Unosząc głowę, przez wodę wpadającą mi do oczu z trudem dostrzegam migoczące na niebie gwiazdy. Uwielbiam deszcz także za to, że jest najlepszym kamuflażem dla łez.

— Pomocy. — Niewyraźny krzyk przedziera się przez szum wiatru, wprawiając mnie w dezorientację. — Proszę! — Kolejne słowo jest nieco głośniejsze, a ja natychmiast zjeżdżam na pobocze i biegnę w kierunku przerażonego głosu. Rozświetlające mrok płomienie przykuwają mój wzrok jako pierwsze, dopiero po kilku sekundach dociera do mnie, że otaczają one wbity w drzewo samochód.

— Cholera, niech to szlag! — klnę zszokowana. Gdy ostrożnie zbliżam się do zniszczonego samochodu, na tylnym siedzeniu zauważam małego, może siedmioletniego chłopca i zdaję sobie sprawę, że to jego wołanie usłyszałam. — Spokojnie, zaraz cię wyciągnę. Coś cię boli? — pytam, jednocześnie próbując ocenić jego stan. Nie widzę żadnych poważnych obrażeń, ale wiem, że to jeszcze nic nie znaczy. Moje studia medyczne mogą niewiele zdziałać, jeśli doznał urazów wewnętrznych.

— Noga w kostce, ale mój brat… — Przerywa na moment, zanosząc się płaczem, i wskazuje palcem na przednie siedzenie. — On nie może umrzeć. Nie może. — Kręci pospiesznie głową i próbuje zerwać z siebie pas bezpieczeństwa, jakby chciał przedostać się na przód pojazdu. Wygląda na tak przerażonego, że zaczynam się obawiać, iż za moment dostanie ataku paniki, który tylko wszystko spowolni, a w tej sytuacji liczy się każda sekunda. Samochód może eksplodować, jeśli płomienie zajmą większą część.

— Posłuchaj, musisz zachować spokój. — Podnoszę głos, żeby zwrócić jego uwagę, gdy próbuję otworzyć drzwi, by dostać się do środka. — Nie wykonuj gwałtownych ruchów. Nie wiem, jakich obrażeń doznałeś. — Słucha mnie, jednak nie odrywa przerażonych oczu od miejsca kierowcy, a ja mogę tylko mieć nadzieję, że jego brat nadal żyje. Drzwi w końcu ustępują, natychmiast pochylam się w stronę chłopca i odpinam jego pas, lecz gdy podaję mu rękę, znów zaczyna protestować.

— Niech pani pomoże mojemu bratu, proszę. — Zrywa się, chcąc zajrzeć za siedzenie swojego brata, ale udaje mi się go powstrzymać. Nie wiem, w jakim stanie jest ten mężczyzna, a chłopiec i tak zapewne będzie zmagał się z traumą po tym doświadczeniu przez długi czas.

— Pomogę, wydostanę cię w bezpieczne miejsce i wrócę po twojego brata. — Patrzę mu w oczy, by mógł dostrzec szczerość moich słów.

— Nie, najpierw on — sprzeciwia się nieustępliwie. Odsuwa się ode mnie, po czym dostaje ataku duszności. — Nie wyjdę bez niego.

— Zakryj usta i nos kurtką i postaraj się nie robić głębokich wdechów. Dym jest szkodliwy — instruuję, jednocześnie sama osłaniając go materiałem przed zapachem spalenizny. Głośny trzask rozbrzmiewający z przodu samochodu jest bardzo niepokojący, jednak zerkam w tamtym kierunku tylko przelotnie, nie chcąc pogłębiać strachu chłopca. — Nie zostawimy twojego brata. Im szybciej będziesz na zewnątrz, tym szybciej również on będzie bezpieczny. — Staram się, by mój ton był opanowany i łagodny, choć czuję adrenalinę pędzącą w moich żyłach. Nie odczuwam lęku o siebie. Jedyne, co w moim życiu było naprawdę moją decyzją, to studia medyczne. Chciałam ratować innych i teraz się nie wycofam. — Zaufaj mi. Mam na imię Emily, a ty? — Posyłam w jego stronę uśmiech i wyciągam do niego rękę.

— Denis — szepcze niepewnie, ale w końcu podaje mi drżącą dłoń.

— Jak słynny rozrabiaka. Trochę go przypominasz. — Zmuszam się do śmiechu, chcąc rozładować napięcie i choć trochę odwrócić jego uwagę od brata. Chwytam go delikatnie w pasie, by nie wyrządzić mu dodatkowych szkód. — Obejmij mnie i nie puszczaj, dopóki nie powiem. To może zaboleć, ale wytrzymasz, prawda? — Emocje na jego twarzy mówią mi, jak bardzo się boi, ale mimo to potakuje skinieniem głowy i nie walczy, gdy wyciągam go z samochodu.

— Jesteś bardzo dzielny. Zostań tutaj. Nie podchodź do samochodu, rozumiesz? — Jeszcze raz spoglądam mu w oczy i w tej samej chwili podnoszę się, by wrócić do jego brata. W duchu modlę się, by nadal żył.

— Czy on umarł? — Czyste przerażenie w jego głosie zatrzymuje mnie o wiele skuteczniej niż jego słaby uścisk. — Nie żyje? — Łzy spływają po jego małej twarzy, razem z deszczem zmywając ciemne smugi pozostawione przez dym.

— Jestem pewna, że twojemu bratu nic nie będzie, ale musisz mi pozwolić go wyciągnąć, dlatego obiecaj, że się stąd nie ruszysz. — Obserwuję jego wahanie, gdy bezradnie patrzy to w stronę samochodu, to na swoją zranioną nogę. Nie chcę się domyślać, jakie myśli dręczą teraz to bezbronne dziecko.

— Obiecuję. — Patrzy na mnie wzrokiem przepełnionym nadzieją i wiem, że jeśli go zawiodę, nigdy sobie tego nie wybaczę. Gdy dobiegam do przednich drzwi od strony kierowcy, przez chwilę zapominam o oddechu. Twarz mężczyzny leżącego bezwładnie na siedzeniu jest cała we krwi.

— O mój Boże. — Niepokój pożera mnie od wewnątrz, gdy rozpoznaję znajome rysy uwięzionego mężczyzny. — Derek? — Nie mam pojęcia, skąd ten potężny ciężar w mojej piersi ani skąd po chwili ta wszechobecna ulga, gdy wyczuwam pod palcami jego puls. — Słyszysz mnie? Nie odpuszczaj. Nie waż się — krzyczę błagalnie, choć nawet nie mam pewności, czy mnie słyszy. Wtedy jego powieki zaczynają się poruszać, a sekundę później jego przeklęte oczy odnajdują moje.

— Emily? — Jego szept jest tak nikły, że ledwie go słyszę, a mimo to ma siłę większą od rażenia pioruna. Zakorzenia się gdzieś w zakamarkach mojej obumarłej duszy.

Ogrom ekscytacji, jaka targnęła mną, gdy wypowiada moje imię, gdy jego zamglone, szaroniebieskie oczy natychmiast mnie rozpoznają, każe mi niezwłocznie wznieść mury obronne. Mimo to uśmiecham się prawdziwie po raz pierwszy od… Bardzo dawna. Wtedy mój wzrok pada na głębokie rozcięcie wzdłuż jego policzka i wiem, że nie tylko ja będę nosić blizny.

— Tak, jestem z tobą.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Do: Pan Zero

Witaj, Panie Zero.

Chyba mam na koncie dobry uczynek. Przyczyniłam się do uratowania komuś życia.

Cudowne uczucie, choć wątpię, czy będzie miało znaczenie na tle tego, jak podłą jestem na co dzień suką.

Znów śnił mi się mój eks, patrzyłam, jak mnie zdradza, a później doprowadziłam do tego, że mnie zgwałcił. Jestem totalnie spieprzona. Pewnie najbardziej zdefektowana osoba, z jaką przyszło Ci się męczyć!

A co u Ciebie?

P. 133

***

Po raz kolejny rozglądam się po szpitalnym korytarzu, nie mogąc zmusić się do opuszczenia pomieszczenia. Nie powinnam była w ogóle dziś tu przyjeżdżać, zwłaszcza że znajoma już wczoraj zapewniła mnie, że zarówno Derekowi, jak i jego młodszemu bratu nic nie będzie. Nie mogłam jednak zdusić w sobie potrzeby przybycia tu po raz drugi, co jest zupełnie bez sensu, bo przecież nie wejdę do niego, gdy jest przytomny. Mam ochotę się wykląć za swoje głupie zachowanie, a w szczególności za to, że od wypadku sprzed dwóch dni poświęcam Przeklętym Oczom niemal każdą myśl.

— Nie ignoruj mnie — zwracam się zirytowana do mojej przyjaciółki, która właśnie wychodzi z jednej z sal z jakimiś dokumentami.

— Jestem pielęgniarką, mam wielu pacjentów. — Przewraca oczami, nadając swojej wypowiedzi zniecierpliwiony ton, jakbym była dziś jej największym utrapieniem. Możliwe, że jestem. — Ale ten twój jest wyjątkowo seksowny, muszę przyznać. — W jej oczach zapalają się psotne iskierki, gdy sugestywnie porusza brwiami.

— Jak on się czuje? — Pozostawiam bez komentarza jej złośliwe zachowanie, tym razem chwytając ją za rękę, kiedy ponownie chce się ode mnie oddalić. Wiem, że jedynie się ze mną droczy, bo zdaje sobie sprawę z tego, że najbardziej na świecie nie znoszę być lekceważona. Wydaje się też dziwnie zadowolona moim niepokojem o jej pacjenta.

— Pytałaś o to już z dziesięć razy. — Wzdycha przeciągle, ale później na jej usta wpływa ten przemądrzały uśmieszek, gdy wymownie przenosi wzrok ze mnie na drzwi do sali Dereka i z powrotem.

Nieprawda, trzy, może pięć.

— Martwię się — odpowiadam oburzona jej sugestiami. Czuję się, jakbym została przyłapana na gorącym uczynku, i ani trochę mi się to nie podoba.

— Jest przytomny. Nie zagraża mu żadne niebezpieczeństwo — powtarza ze znużeniem po raz kolejny tę samą formułkę. — Dlaczego po prostu do niego nie wejdziesz? — Tym razem brzmi jak autentycznie wkurzona i gdy zbliża się do mnie o krok, mam wrażenie, że najchętniej zawlokłaby mnie do jego sali nawet wbrew mojej woli.

— Byłam wczoraj, gdy był nieprzytomny — usprawiedliwiam się bez przekonania, nerwowo zaciskając pięści w kieszeniach płaszcza. Mam ochotę zapytać o jego bliznę, ale mina mojej przyjaciółki uświadamia mi, że już stanowczo przegięłam z troską o Pana Przeklęte Oczy. — Nie chcę wyjść na jakąś prześladowczynię. Jest mi zupełnie obcy.

— Jak na zupełnie obcego dziwnie często o ciebie wypytuje — informuje z namysłem, a w jej spojrzeniu pojawia się konspiracyjny błysk. Później odwraca się z zamiarem odejścia.

— Wypytuje? — Staję jej na drodze, wpatrując się w jej oczy w oczekiwaniu kontynuacji, i właśnie wtedy dociera do mnie, że moja ekscytacja i entuzjazm w reakcji na jej słowa całkowicie mnie zdradziły. Niech diabli porwą tę przebiegłą żmiję!

— Pytał, czy wiem coś o kobiecie, która go uratowała. — Wylicza od niechcenia na palcach, robiąc stanowczo za długie pauzy. Piorunuję ją ponaglająco wzrokiem, ale ona zdaje się tego nie zauważać. Albo, co bardziej prawdopodobne — zupełnie to ignoruje. — Pytał, czy pojawiłaś się w szpitalu. — Wzrusza niedbale ramionami, ale jej oczy wciąż się we mnie wpatrują. — Jak na obcego, ma irracjonalnie wielką nadzieję, że cię znowu zobaczy. — Uśmiecha się tak szeroko i zarozumiale, że mam nadzieję, iż zostaną jej po tym trwałe zmarszczki.

— Przestań. — Wbijam w nią gniewne, sfrustrowane spojrzenie, co chyba bardzo ją bawi, bo po chwili zaczyna cicho chichotać. — Powiedziałam: przestań.

— Kręci cię, wpadł ci w oko, dlatego tak tu przesiadujesz — oznajmia z taką radością, że przez moment się obawiam, by zaraz nie zaczęła tańczyć na tym korytarzu. — Przyznaj. — Prowokacyjnie uderza mnie w bark, a ja muszę się odsunąć, bo naprawdę mam ogromną ochotę jej oddać.

— Idę do domu. — Wściekła, że nie udało mi się ukryć swoich emocji, natychmiast odwracam się do wyjścia.

— Naprawdę? Nie chcesz posiedzieć przy ukochanym? — dopytuje zdecydowanie zbyt głośno i ze zdecydowanie zbyt wielkim zawodem.

— Czasami jesteś gorsza ode mnie. — Spoglądam na nią przez ramię, okazując jej moje uwielbienie środkowym palcem. — Nic mu nie mów.

— Ta historia nie powinna się tak kończyć — krzyczy, kiedy zbliżam się do drzwi.

Tym razem jednak w jej głosie naprawdę brzmi rozczarowanie, a ja usiłuję uciszyć tę część mnie, która podziela jej zdanie. Gdzieś blisko mojego serca osadza się nieznany mi dotąd rodzaj przygnębienia i smutku, bo wiem, że już tutaj nie wrócę.

***

— Ciocia! — W drzwiach wita mnie rozradowana Kelly. Od razu chwyta białego, pluszowego misia, którego jej przyniosłam. — Tato, ciocia Emi przyszła — oznajmia, prawie piszcząc, i natychmiast wtula we mnie swoje małe ciałko, owijając się wokół mnie niczym bluszcz.

— Stęskniłam się za tobą, kochanie. — Odwzajemniam jej uścisk i nie mam najmniejszej ochoty jej puszczać, jednak Kelly bardzo szybko nudzi się przytulanie i bez ostrzeżenia wciąga mnie za dłoń do salonu. — Czy to nowa opaska? — pytam, przybierając zachwycony ton, gdy wpatruję się w śmieszną opaskę z błyszczącą kokardką ukrytą w jej włosach.

— Zaczekaj, coś ci dam. — Zrywa się gwałtownie, jakby przypomniała sobie o czymś bardzo istotnym. Po chwili podchodzi do mnie z opaską identyczną jak jej własna i wręcza mi ją ze słodkim uśmiechem. — Kupiłyśmy trzy. Jedna jest dla ciebie, druga dla mamy, a trzecia dla mnie. — Klaszcze z podekscytowaniem, kiedy obserwuje, jak niezwłocznie wkładam nową ozdobę we włosy.

— Dziękuję. — Odwzajemniając ten entuzjazm, całuję ją w zarumieniony policzek. — Pasuje do mnie, prawda? — Dumnie unoszę głowę, przybierając pozę niczym modelka mająca wyjść za moment na wybieg, za co zostaję nagrodzona uroczym chichotem sześciolatki.

— Jakoś niespecjalnie. — W pomieszczeniu pojawia się Rick, ojciec Kelly i mój wieloletni przyjaciel, a oficjalnie mój przyszły mąż. Uśmiecha się trochę kpiąco na potwierdzenie swoich słów, ale mimo że stara się wyglądać beztrosko, jego oczy przesłania cień zmartwienia.

— Tata jest zły, bo nie dostał swojej opaski — zdradza Kelly, szepcząc do mojego ucha, jednak jej szept jest na tyle głośny, że bez problemu dociera też do Ricka, przez co mam ochotę się roześmiać.

— Nawet Ramzes dostał kokardki, a też jest mężczyzną — broni się z prawie autentycznym oburzeniem Rick, zajmując miejsce na kanapie obok mnie.

— Ramzes to królik, tato — tłumaczy Kelly, śmiejąc się ze zbolałej miny ojca. Po chwili kręci z niedowierzaniem głową, jakby nie mogła uwierzyć, że jej tata też chciałby nosić kokardki dla królików.

— Może pójdziesz i dasz mu marchewkę albo inny owoc? — proponuje całkiem poważnie Rick, zerkając w stronę klatki Ramzesa.

— Marchewka to warzywo. — Dziewczynka wzdycha głośno, po czym w komiczny sposób kryje oczy dłonią na znak, że wstydzi się za ojca, bo nie widzi różnicy między owocami a warzywami, a sekundę później już znika w innym pokoju.

Uwielbiam te ich przekomarzania i niezwykłą relację, jaką tworzą między sobą. Taką, jakiej ja nigdy nie stworzyłam z moimi rodzicami.

— Co jest? — pytam, domyślając się, że Rick celowo wysłał Kelly do innego pomieszczenia. Zmęczenie widniejące na jego twarzy tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Wiem, że coś musiało się stać, i natychmiast zaczynam się niepokoić.

— Hope chce, żebyśmy się rozstali — mówi ledwie słyszalnie, wpatrując się nieprzerwanie w podłogę, a ja w pierwszej chwili wierzę, że się przesłyszałam, bo to… po prostu niemożliwe. Napięcie bijące od Ricka mówi mi, że tym razem to nie była zwykła kłótnia.

— Dlaczego? — Również zniżam głos do szeptu, mając nadzieję, że w ten sposób rozwijanie tematu będzie choć trochę łatwiejsze dla Ricka. Gdzieś wewnątrz jednak znam odpowiedź na własne pytanie. Ja jestem głównym problemem w ich związku, powodem dystansu Hope, bo to ja jestem dziewczyną Ricka w oczach jego rodziny i znajomych. Gdyby wszyscy się dowiedzieli, że Rick tak naprawdę jest związany z Hope, dziewczyną z domu dziecka, która kiedyś miała problem z uzależnieniem od alkoholu, nikt by jej nie zaakceptował i rozpętałoby się piekło. Tyle że Hope chciałaby, aby Rick był gotowy rozpętać dla niej piekło. Każda kobieta chciałaby tego od mężczyzny, którego kocha — świadomości, że dla niej, i tylko dla niej, jest gotowy zmierzyć się z samym diabłem.

— Ta sytuacja jest chora i nie wiem, jak mamy się z niej wyplątać. — Już nie szepcze, teraz zmusza się, żeby nie krzyczeć, przez wzgląd na obecność swojej córeczki. Wygląda na wściekłego i bezradnego. Dwa uczucia, którego oboje doświadczamy nazbyt często. — Jeśli zignoruję groźby rodziców, zemszczą się na Kat, a jeśli będę to ciągnął, w końcu stracę i córkę, i kobietę swojego życia — kontynuuje, szarpiąc się za włosy. Wydaje się taki zdruzgotany i zagubiony. Złapany w pułapkę, w którą wszedł dobrowolnie także dla mnie.

— Przepraszam. — Powstrzymując łzy, niepewnie wyciągam dłoń, by uspokajająco dotknąć jego skamieniałych barków. Bolesne szarpnięcie w moim wnętrzu zmusza mnie do zaczerpnięcia głębokiego oddechu. Potrafię być egoistką przy każdym, ale nie przy nim. Rick zastępował mi rodzinę, gdy zdawało się, że o mnie zapomniała. To on mnie przytulał. On mnie uspokajał. On rozmawiał ze mną nocami, gdy dręczyły mnie koszmary. — Wiem, że też jestem za to odpowiedzialna. — Jego smutne oczy patrzą na mnie tak, jakby się ze mną nie zgadzał, ale prawda jest taka, że gdyby nie czuł się wobec mnie zobowiązany, może nie musiałby brnąć aż tak daleko. To ja potrzebowałam narzeczonego na pokaz. — Miało być o wiele łatwiej, mieliśmy wszystkich nabrać i zyskać kontrolę nad sytuacją, ale chyba już niczego nie kontrolujemy.

— Nie obwiniam cię. Nigdy nie będę cię obwiniał. Po prostu nie wiem, co robić. — Z westchnieniem opiera głowę o skórzany zagłówek i zamyka oczy. Próbuje być silny, bo nie chce okazywać mi swojego rozdarcia i zranienia. Nawet w chwili, gdy wali mu się świat, pamięta o tym, że ja potrzebuję jego siły, by wierzyć we własną. — Ona chciałaby zostać moją żoną. Chce związku, którego nie będę ukrywał jak ostatni tchórz — drwi, zaciskając dłonie w pięści, a pełen szyderstwa i upokorzenia głos jest ciosem w moje serce, bo uświadamia mi, że Rick o całą tę spieprzoną sytuację obwinia wyłącznie siebie. Sądzi, że powinien znaleźć wyjście, które będzie dobre dla wszystkich, których kocha. Obawiam się jednak, że nie ma takiego wyjścia.

— To nie tchórzostwo. Nie chcesz zawieść siostry, dla której jesteś jedynym oparciem — zaprzeczam stanowczo, bo nagle czuję się zobowiązana, by dać usprawiedliwienie jego czynom. On ma ważny powód, by działać pod dyktando rodziców. Ja robię to z tchórzostwa. Ze strachu. On robi to, by chronić młodszą siostrę. Nie opuści jej. Nie wyrzeknie się jej, choćby musiał obrócić w popiół połowę świata. Zrobi dla niej to, czego Aleks nigdy nie zrobił dla mnie. Mój brat zostawił mnie samą, choć wiedział, z czym będę musiała się zmagać. Postanowił osłaniać Amarę, bo była młodsza, kiedy zaś ona znikała, wysyłana w różne podróże, a on zajmował się swoim życiem, ja zostawałam zupełnie sama. Skazana na uwagę rodziców, którą mogłam zdobyć tylko wtedy, gdy robiłam to, czego ode mnie oczekiwali. — Cholera, wybacz — przepraszam zażenowana tym, że zaczęłam płakać, nie zdając sobie z tego sprawy. Szybko wycieram mokre policzki i przywołuję na usta najprawdziwszy uśmiech, na jaki mnie stać, ale jedno spojrzenie na Ricka wystarczy, bym wiedziała, że nie da się zwieść.

— Em, łamiesz mi serce. — Jego głos lekko drży, jakby mój ból oddziaływał bezpośrednio na jego uczucia. W spojrzeniu błyszczą współczucie i troska. — Gdyby nie twój sprzeciw, dawno spuściłbym Aleksowi solidny łomot. — Mięsień drga na jego szczęce, ale jest jedyną oznaką wstrzymywanego gniewu. Rick nie znosi Aleksa. Chyba nikt poza moim bratem nie wywołuje w nim takiej furii.

— Skupmy się na twoich problemach. To jest najważniejsze. — Odwracam wzrok, nerwowo wygładzając spodnie. Poczucie, że w jakiś sposób pogłębiłam jego smutek, sprawia, że czuję do siebie pogardę.

— Chodź tutaj. — Rozkłada zapraszająco ramiona. — Bez dyskusji — ostrzega, gdy chcę zaprotestować, i wyszczerza zęby w cwaniackim uśmiechu, a moment później sam przyciąga mnie do uścisku. Wtulam się w niego z ulgą, która koi moją tęsknotę za takimi małymi gestami. — Ja jestem twoim oparciem i będę zawsze, gdy będziesz mnie potrzebować — przyrzeka, łapiąc moje załzawione spojrzenie, i wiem, że zamierza dotrzymać tej obietnicy. Wiem, że zrobiłby to, bo jeszcze nigdy mnie nie zawiódł i tylko on zdobył moje pełne zaufanie. Tylko on naprawdę mnie widzi, nawet gdy jestem w ukryciu.

— Nie możesz — odmawiam z trudem. Słowa nie chcą przejść mi przez gardło, bo utrata jedynego stałego elementu mojego świata wszystko zburzy. Stracę kogoś, kto zawsze pojawiał się przy mnie, gdy upadałam, ale zamiast mnie podnieść, czekał przy mnie, aż sama będę gotowa wstać. Uczył mnie walki i odwagi, ale teraz ktoś potrzebuje go bardziej ode mnie i nie mogę pozwolić mu, by to dla mnie poświęcił. — Hope mnie nie znosi i trudno jej się dziwić, skoro wszyscy wokół postrzegają mnie jako twoją przyszłą żonę i idealną partnerkę.

Chociaż Hope zna prawdę i wie, że jesteśmy jak rodzeństwo, wiem, że nie toleruje mnie też dlatego, iż zajmuję ważne miejsce w życiu Ricka. Przez jakiś czas godziła się na ten cyrk, bo nie chciała stracić ukochanego i próbowała zrozumieć jego motywy, ale powoli wszystko się zmienia. Chyba rani ją fakt, że Rick nie byłby w stanie wybrać między nami dwiema, gdyby tego od niego zażądała. Część niej jest też zazdrosna o moją więź z jej mężczyzną i może podświadomie obawia się tego, że nasza gra w którymś momencie stanie się czymś więcej niż tylko grą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki